Czy to Maraton na Antarktydzie? – Śniegołazy

Jak zapowiadaliśmy, tak zrobiliśmy. W sobotę 23 lutego 2013 pełni energii i entuzjazmu zebraliśmy się w okolicach dworca w Gdańsku Głównym, by wsiąść do specjalnego autokaru, który miał nas zawieść do Skarszew na start Śniegołazów. Miał to być spokojna, choć nieco dłuższa nocna wycieczka biegowa. Nikt nie przypuszczał co nas czeka. Była to cenna lekcja pokory.

Stawiliśmy się w gronie: Andrzej Jarmołowski (BBL Gdańsk), Bartek Łowicki (BBL Gdańsk), Olgierd Wąsowicz (Night Runners), Krzysiek Kolatzek (BBL Gdańsk), a także Piotr Pelpliński (BBL/AB) i ja. Z Otomina wyruszał Piotr Pietrzak (AB), który miał dołączyć do nas w miejscu spotkania grupy ze Skarszew i Otomina i wrócić z nami w drogę powrotną.

Gdy doszliśmy z autokaru na miejsce startu w Skarszewach zrobiliśmy sobie kilka fotek, poczekaliśmy chwilę na PKS, którym podróżowała druga część ekipy oraz na samochód Redbulla, gdzie dziewczyny rozdawały napoje. Humory dopisywały! Spotkaliśmy także znajomych z gdańskiej edycji parkruna w tym m.in. Zbyszka, który wraz ze swoim kolegą Rafałem zamierzali pokonać Śniegołazy marszobiegiem. Jak się okazało spotkaliśmy się z nimi jeszcze nie raz już na trasie, a zapewne spotkamy i w Bieszczadach na Rzeźniku, bo tam także będą startować.

Skontaktowaliśmy się również z Piotrem, czekał w Otominie na start. Rzucił żartem, że mamy wypatrywać czarnej kurtki i widzimy się za 3 godziny. Też nie przypuszczał jakie niespodzianki przygotowała dla nas Matka Natura.

Wyruszyliśmy o 20:30, chwilę przed startem reszty zawodników, a było wszystkich w Skarszewach ok. 100 osób. Niesieni falą euforii biegliśmy, nie przeszkadzał nam śnieg, dawaliśmy susy przed siebie. Niewiele później już znalazły się drobne problemy z odnalezieniem szlaku, ale był to zaledwie mały stopień schodków. Brnąc przed siebie zapadaliśmy się coraz bardziej w śniegu, z czasem dochodziliśmy do wniosku, że nie da się w tym biec. Śniegu po kolana, a czasem wręcz po pas. Biorąc pod uwagę, że nikt przed nami nie biegł, to my wytyczaliśmy szlak innym. Było ciemno, a trasa przebiegała m.in. przez bezkresne zaśnieżone pola. Można było poczuć się jak na jakimś maratonie na Antarktydzie. Odwracając się za siebie widzieliśmy tylko poruszające się liczne punkciki świetlne podążające naszym śladem.

Problemy z nawigacją narastały, z przedzieraniem się przez śnieżne zaspy również. Pobłądziliśmy, zboczyliśmy ze szlaku dodając sobie wpinanie i zejście z górki. Fundowaliśmy takie dodatkowe atrakcje sobie również później. Gdy próbowaliśmy odnaleźć właściwą drogę, dogoniła nas ekipa spacerujących, wspólnymi siłami wróciliśmy na szlak. Tam korzystając z niewielkiej ilości śniegu znów rozpoczęliśmy swój bieg. W chwilach zwątpienia Piotr coraz częściej korzystał z GPS.

Właściwie później było już tylko gorzej, o bieganiu nie było mowy… bo jak…bo właściwie czy jest sens się tak katować zimą, a miało być w końcu prawie 53 km w wersji optymistycznej. Momentami jakby opady śniegu i wiatr się nasilały. Robiło się coraz zimniej, a śniegu było coraz więcej, miejscami gałęzie uginały się od jego ciężaru. Okazuje się, że nawet zapasy- batony i czekolady zamarzły.

Znów dogoniła nas grupa pieszych, chciałoby się powiedzieć, że pojawili się znikąd, bo na prostych drogach nie widzieliśmy nikogo za sobą, ale sporo czasu traciliśmy na zatrzymywaniu się, by zorientować się w którą stronę zmierzać. Tym razem już nawet nie mieliśmy zamiaru uciekać. Brnęliśmy przed siebie. Szło coraz gorzej, coraz wolniej… mijała północ, pierwsza, a my wciąż nie byliśmy nawet w połowie. Gdzie ta nasza optymistyczna wersja, że o 2-3 w nocy skończymy?

Na trasie ŚniegołazówMiejscami szliśmy, bo ktoś wskazał drogę- przed siebie. Okazywało się jednak, że jest tam bagno, albo jakieś jeziorko czy rzeczka. Pod tą warstwą śniegu nic nie było widoczne. Niektórzy zmoczyli sobie przy tym nogi, choć i tak już w tej warstwie śniegu nie trudno było o przemoczenie.

No i wtedy zaczęły się problemy. Byliśmy przygotowani na bieg. Każdy miał jakieś ciuchy w zapasie. Niestety piętą Achillesa okazało się obuwie. Do biegu jak najbardziej- zresztą te odcinki, które udawało się nam przebiegać (a było ich bardzo mało) w adidasach przemierzało się bardzo przyjemnie. Niestety jak powszechnie wiadomo w większości ten typ obuwia nie jest przystosowany do brodzenia w śniegu po kolana czy pas. Zaczęły się problemy z zamarzającymi stopami i inne problemy zdrowotne..

Przychodzi czasem taki moment, kiedy trzeba podjąć tą jedną z najtrudniejszych decyzji – zejść z trasy. Bo czy świadomość ukończenia jest warta zaryzykowania własnego zdrowia? Choć ta pewna cząstka nie pozwala, nie chce dopuścić takiej wiadomości, jednak tym razem trzeba było podjąć tę decyzję.

Gdy dotarliśmy do głównej drogi oznaczonej numerem 233 w Miłowie Olo stwierdził, że jest to idealne miejsce by poprosić o pomoc swoją ukochaną Tamarę o bezpieczny powrót do domu. Reszta ekipy jednak mówiła, że nie ma kapitulacji, proponowali osuszenie nóg (w końcu Christos miał ręcznik przeznaczony na ewentualnie morsowanie po biegu) i owinięcie dodatkowo folią. W końcu trzeba być twardym i dalej przeć przed siebie. Do dalszych zmagań zachęciło poprawienie się na wierzchni- śnieg tylko po kostki.

Jednak niedługo cieszyliśmy się dobrymi warunkami, znów czekało brodzenie w śniegu po kolana. Wtedy Olo uznał, że nie ma szans, że nie warto ryzykować. Bartek też się borykał ze stopami i wychładzającym się organizmem. Było coś koło 2-giej w nocy, a my wciąż nie pokonaliśmy nawet połowy szlaki. Dłuższe przebywanie mogło tylko spowodować gorsze skutki, a nie wiadomo gdzie byłaby najbliższa kolejna szansa zejścia ze szlaku. Przed biegiem każdy z uczestników otrzymał mapę, jednak z uwagi na warunki atmosferyczne nic, a przynajmniej z tych w naszym posiadaniu nie zostało.

Powróciliśmy na główną szosę życząc Pi-rowi, Christosowi i Andrzejowi powodzenia. Oni gnali dalej. Szacowaliśmy, że utrzymując tę prędkość ok. 7 będą w Otominie, ale to również zweryfikowała trasa.

Czekając na transport w pobliżu sklepu i jednych z niewielu lamp w okolicy próbowaliśmy truchtać, by choć na chwilę odzyskać czucie zwłaszcza w stopach. Było już jednak coraz gorzej. Palce odmawiały współpracy, a każdy krok powodował ból… Spotkaliśmy też innych czekających na swoje środki transportu. Jedna grupa wyjątkowo długo czekała na taksówkę. Gdy my wróciliśmy do głównej drogi, oni już czekali. Po około godzinnym oczekiwaniu na nasz transport, oni wciąż czekali…

W trójkę, która zrezygnowała z dalszej walki pokonaliśmy w sumie 27,5 km. Tamara, która pomogła nam wydostać się z Miłowa i wrócić do Gdańska uznała, że nasza decyzja była zwycięstwem rozumu nad ambicjami. Jako biegaczka i lekarz na pewno wiedziała co mówi.

Piotr, Andrzej, Krzysiek, a także PotrP walczyli dalej na trasie!

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *