Tak się spełnia marzenia! X Bieg Rzeźnika

Bieg Rzeźnika, jeden z najcięższych biegów w Polsce mierzący bagatela 80 km po bieszczadzkich górach. To chyba to słówko najcięższy, sprawia, że rok rocznie zjeżdżają się tłumy biegaczy, by zmierzyć się z tym dystansem, ale i samym sobą.

W tym roku trzeba było wykazać się także szybkością, albowiem limit zapisów drużyn wyczerpał się po niespełna godzinie.

Miesiące przed startem…
Hasło „Wystartujmy w Rzeźniku” pojawiło się już dawno, dobry rok przed startem. Od tej pory przyświecał jeden cel: wystartować i ukończyć. Gdy ruszyły zapisy, lista startowa zapełniała się w zastraszającym tempie, na szczęście udało nam się na nią wskoczyć. Od czasu zapisów nastąpiły roszady w zespołach. Ostatecznie pojechaliśmy w składzie: Piotr Pelpliński, Piotr Pietrzak, Andrzej Wyrzykowski i ja.

Zaczęły się prawdziwe przygotowania zarówno treningowe jak i sprzętowe. Właściwie nie mieliśmy planu treningowego, większość z nas spotykała się przynajmniej raz w tygodniu na leśnym wybieganiu. Okazuje się, że nad morzem, choć przewyższenia są znacznie niższe, to urozmaicone tereny Trójmiejskiego Parku Narodowego także pozwolą na dobre przygotowanie do tak długiego, górskiego wysiłku. Zima była wyjątkowo długa, ale dobrze przepracowana. W kwestiach sprzętu, w moim przypadku głównymi inwestycjami był zakup camelbaka, a także butów trailowych, decyzja padła na Salomony Speedcrosy 3.

10 edycja, ale pod liczbą 13
Jest 2013 rok, podróż w Bieszczady zajmuje nam 13 godzin. Meldujemy się w domku z numerem 13. Żartujemy, że do pełni szczęścia brakuje nam 13 godzin w biegu… Nie wiemy jednak na co się szykować. Tylko duet Piotrów ma za sobą wyprawy na dystansie dłuższym niż maraton. Z Andrzejem mieliśmy jak dotąd tylko w biegowym CV maraton, ja zaledwie jeden i to ukończony w zeszłym roku. Nikt nie wie jak zachowają się nasze organizmy podczas tak długiego wysiłku. Nikt nie wie z jakimi warunkami atmosferycznymi przyjdzie nam się zmierzyć, pogoda tu jest mało przewidywalna. O biegu przeczytaliśmy już niejedno, wiemy o tym, że zdarza się iż żołądek lub stawy odmawiają posłuszeństwa…

Pomorze na południu…

Akademia Biegania

W czwartkowe przedpołudnie udajemy się odebrać pakiety startowe. Godzina otwarcia biura została przesunięta z 12:00 na 13:00. Rozmawiamy z biegaczami, niektórzy sami zagadują. Mamy na sobie koszulki Pomorze Biega i… jesteśmy rozpoznawalni. Niektórzy już o nas słyszeli. Kilku napotkanych biegaczy ma za sobą zaliczonych już jedną lub więcej edycji biegu, nasłuchujemy wszystkich wskazówek. Jest sporo czasu, udajemy się sprawdzić kawałek trasy. Już od początku zaczyna się błotniście. Przechodzimy ledwo z 400-500 m i już się gubimy… rodzi się coraz więcej pytań i wątpliwości. Wiemy, że trzeba uważnie przyglądać się oznaczeniom szlaku, rezygnujemy z dalszej drogi, bo jest coraz bardziej ślisko, wracamy do biura…

Gdy biuro ruszyło od razu zrobiła się długa kolejka, ustawiamy się w niej i cierpliwie wyczekujemy swojej pory, choć posuwa się bardzo powoli. Pakiety w dłoń i wracamy do domku, tam zerkamy do zawartości, całkiem bogatej zawartości: m.in. koszulka, worek sportowy, płyta z ćwiczeniami przygotowana przez Klinikę Rehabilitacji Sportowej Ortoreh (czyżby po biegu potrzebna była rehabilitacja?), znaczek na lodówkę biegu, a także płyta zespołu Wiewiórka na Drzewie i specjalne worki do pozostawienia swoich rzeczy na przepakach i mecie. Pozostaje tylko pytanie co w nie wpakować?

Jak wygląda trasa?

obieranie taktyki na trasę
Fot. Andrzej Wyrzykowski

Spotykamy się z Andrzejem Jarmołowskim i Adamem Rydzkowskim. Oni w Bieszczady zajechali już w poniedziałek po 23 godzinach podróży. Pokonali fragment trasy. Wieści, które przynieśli nie były optymistyczne: bardzo ślisko, a na połoninach strasznie zimno. W Chatce Puchatka temperatura wynosiła ok. 4 stopni, brakowało rękawiczek, a widoczność praktycznie żadna. Podkreślają, by uważać na oznaczenia. W pewnym punkcie jest prosta droga, aż się nią chce biec, ale szlak… idzie w bok. Wstępnie ustalamy iż chociaż pierwszy etap pokonujemy wspólnie w szóstkę, choć mi się wydaje to mało realne…

Bierzemy się za pakowanie na punkty. Okazuje się to dość trudne zadanie, bowiem co wziąć, by niczego nie brakowało? Staramy się to jakoś rozplanować. Na pierwszy punkt w Cisnej trafiają: batony musli, puszka z magnezem, wafelki i skarpetki (tak dla komfortu psychicznego), a także bułka z kurczakiem, a także zapasowe worki na śmieci (ochrona przed deszczem i wiatrem). Podobne rzeczy lądują do worka na przepak w Smerku, tam dorzucamy jednak jeszcze obuwie na zmianę (tak w razie czego), dorzucamy też koszulkę na zmianę (ma ponoć padać na starcie) i rozgazowaną Coca-Colę. Do plecaków, z którymi będziemy biec oprócz napełnionego camelbaka, wrzucamy: apteczkę (plastry na odciski, bandaże elastyczne itp.), a także wiatrówkę…

Wieczorem udajemy się na obowiązkową odprawę, tutaj wątpliwości czy jest ona na 18:30 czy 19:00, pojawiły się bowiem rozbieżne informacje… Przynosimy ze sobą worki na przepaki. Już nie będziemy się zastanawiać co zabrać, już nie będzie możliwości zmiany. Okazuje się jednak, że odprawa jest o tej późniejszej porze. W międzyczasie odbywa się pasta party, na które zapomnieliśmy karteczek… zjedliśmy obiad w domku, więc nawet się nie nastawialiśmy. Pi-r i Anrew67 dobrze gotują. Stojący obok nas biegacze pytają się czy chcemy karteczki i odstępują swoje. Okazuje się jednak, że trzeba czekać aż dowiozą, bo makaron się skończył. Rozpoczyna się przemowa organizatorów, w międzyczasie możemy się już posilić.

Wracamy do siebie. Już teraz myślimy tylko o starcie. Ustalamy pobudkę na 1:15. O tej też wstajemy. Nasze humory nieco się psują. Za oknem nie pada, to leje… Na tę ewentualność przygotowany mam worek na śmieci z dziurą na ręce i głowę. Nie zabieram czołówki, kilku biegaczy doradziło, że jest to element zbędny, albowiem początek i tak biegnie się po asfalcie i w tłumie. Zbieramy się i wychodzimy. Jest ciemno. Kierujemy w stronę autokarów, gdzie spotkać się mamy z Andrzejem i Adamem, którzy nocują 14 km od Cisnej. Widać już tylko przemarsz biegaczy, a właściwie światełek. Chwile zajmuje nam odnalezienie chłopaków, autokarów jest spora ilość, tak jak i zawodników. Pakiety ostatecznie odebrało 408 zespołów. Autokary ruszają, jeden za drugim. Sami się prosiliśmy by wywieźli nas gdzieś w środku nocy…

No to na start…

Na starcie

Przed nami ok. godziny jazdy do Komańczy. Jest po 2 w nocy… zastanawiam się co ja tu robię…Na szczęście przestaje padać. Nie kusimy się o rozgrzewkę, choć na kilka skłonów się decyduję. Na starcie w bębny uderza zespół Wiewiórka na Drzewie. Spotykam chłopaków z GT Rafała i Ziemka, którzy udzielają jeszcze kilka wskazówek z doświadczenia z poprzednich edycji. Nie mają plecaków, jedynie butelkę. Mówią, że nie ma sensu ich brać na ten odcinek, camelbaki odbiorą na przepaku w Cisnej. Wspominają iż czołówka jednego roku była niezbędna. Po krótkiej wymianie zdań życzymy sobie powodzenia i słyszymy wystrzał startowy…

I zaczyna się, zaczyna się walka o marzenie… Jest ciemno i tłoczno, kibice biją brawa (kibice o 3:30 w nocy!, zapewne rodziny zawodników, nieocenione wsparcie). Początek wolno, zresztą w tym tłumie się nie da szybciej, z każdym kolejnym kilometrem stawka się rozciąga. Jesteśmy szóstką w komplecie, jednak już widzę, że długo to nie potrwa. Natura Piotrów karze gnać do przodu, zresztą sami przyznali, że oprócz ukończenia chcieliby zrobić jakiś przyzwoity czas, a gdyby zmieścili się w 12 godzin, to wyruszą na trasę Hardcora. PiotraP wyrywa do przodu, Pi-r go powstrzymuje. Zrobiło się ciepło, chwila na schowanie bluzy z pomocą chłopaków i biegniemy dalej. Powoli się rozjaśnia. Czas płynie wyjątkowo szybko. Droga biegnie po asfalcie. Po pewnym czasie Piotry są już z przodu, ale wciąż na widoku. Chcąc wyminąć kałużę, ląduję w błocie… No pięknie, dopiero początek, a mnie już boli ręka…

Utrzymać swoje tempo…
Uznajemy z Andrzejem, że nie ma sensu nikogo gonić, Andrzeja z Adamem też straciliśmy z oczu, chyba zostali gdzieś z tyłu. Uznajemy, że najlepiej biec swoim tempem.
Od tej pory droga zaczyna już biec głównie po lesie, zaczynają się podejścia, których najbardziej się obawiałam. Do tej pory myślałam, że jest to mój słaby punkt, Rzeźnik pokazał, że idzie mi całkiem nieźle i czuję się dobrze. Pojawia się zator przy rzeczce. Już nieraz słyszałam, że na tych punktach nie ma sensu czekać. Czas na pierwsze zmoczenie. Na chwilę robi się zimno, z czasem mi już to jednak nie przeszkadza. Andrzej początkowo chyba też się tego obawiał. Dotąd nie biegał w mokrych butach.
Zerkam na zegarek, czas płynie jakby coraz szybciej… śmieję się, jakie to nienormalne o tej porze być już tyle na nogach, to przecież pora by przewracać się na drugi bok. Biegniemy, miejscami widoczność dość kiepska. Nagle zbiegliśmy w dół i oczom ukazał się pierwszy punkt- Przełęcz Żebrak. Oznacza to, że już niecałe 17 km mamy za sobą. Lekkie zdziwienie, że już tyle. Nie wiemy ile mamy zapasu czasu, zresztą na obecną chwilę nie ma to chyba znaczenia, przecież nie jest chyba źle, sporo ekip wciąż jest za nami. Nawet nie myślę ile do końca, czas mija szybko, kilometry też. Szybki łyk wody i gnamy dalej. Plecaki mamy pełne jedzenia, picia. Dotąd prawie nic nie zużyłam, zjadłam tylko batonika z żurawiną na śniadanie w biegu.

Bieg Rzeźnika
Fot. Andrzej Wyrzykowski

Czuję się wyjątkowo dobrze. Wpadł mi tylko jakiś kamień do buta. Nie biegłam w stuptutach tak jak i Andrzej, mu jednak więcej tych kamyków powpadało. Buty są już całe w błocie, wiemy, że nie będzie sensu ich nawet ściągać na jakimkolwiek punkcie. Skupiamy się na dotarciu do kolejnego punktu- Cisnej. Humory dopisują. Stawka się coraz bardziej rozciągnęła. Lubię, gdy ktoś biegnie przed nami, wtedy nie trzeba zwracać uwagi na oznaczenia szlaku. Góra, dół i tak na zmianę. Robi się jednak chłodniej, chwila zatrzymania by wyciągnąć bluzę, od teraz wiem, że lepiej przewiązać ją w pasie w razie czego, wkładanie i wyciąganie z plecaka jest bezsensowne. Biegniemy dalej, nagle oczom ukazuje się wyciąg i górką, którą musimy zbiec. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jest cała w błocie. Szybkie dotarcie w dół nie będzie łatwe, może okazać się wręcz ryzykowne. Zastanawiam się, czy nie łatwiej i bezpieczniej byłoby usiąść i zjechać, powoli docieramy jednak na dół, tam w razie czego czekają wolontariusze. Do przepaka w Cisnej już coraz bliżej. Gdzieś jeszcze miał tu być zbieg, przed którą także ostrzegali zaprawieni w bojach, by się mocno nie rozpędzać, bo tam najwięcej osób skręca stawy.

5:20/km…
Wbiegamy na asfalt, w nogach już ok. 31 km. Lecimy szybko, tak mi się przynajmniej wydaje. Pytam Andrzeja jakie mamy tempo, okazuje się, że ok. 5:20. Powoli zbliżamy się do pzrepaka. Tam wolontariusze już z daleka wykrzykują numery. Ludzie kibicują. Do naszego domku mamy niedaleko, śmiejemy się, że można skoczyć na prysznic. Przy wbiegu mijamy PiotraP, który jest mocno zdziwiony naszym widokiem, wydusza z siębie tylko „Ooo”, Pi-r biegnie kawałek za nim, rzuca cześć i z Andrzejem wbiegamy na boisko. Wolontariusze przy wejściu podają worek. Właściwie dochodzimy do wniosku, że nic nam nie potrzeba. Chcę napełnić Camelbaka, ale jest jeszcze pełny. Rozglądam się, trochę z zadziwieniem. Cześć biegaczy urządza sobie prawdziwy relaks leżąc. My nie chcemy się zatrzymywać, choć czuję się świetnie, to obawiam się, że po dłuższym zatrzymaniu, mięśnie odmówiłyby posłuszeństwa, nie siadamy więc nawet. Popijam tylko magnez z Andrzejem, zbieramy bułki z kurczakiem przygotowane przez PiotraP i ruszamy, dostajemy jeszcze żele od wolontariuszy. Choć obawiałam się ich użyć, bo nie testowałam takich, to jednak okazały się być bardzo smaczne i pomocne. Andrzej zatrzymuje się na łyk kawy. Nie musimy się spieszyć, mamy 1 godz. i 45 min zapasu.

Do przodu…

Ruszamy dalej. Wbiegamy na tory, by zaraz odbić w las. Te rejony już znamy, byliśmy tu dzień wcześniej, wiemy, że trzeba uważać na oznaczenia. Okazuje się jednak, że organizatorzy oznaczyli trasę dodatkowymi taśmami, nie da się więc zgubić.

Potem to już męcząca droga wiodąca cały czas w górę na Jasło. Po niektórych już widać pierwsze zmęczenie. Podejście zdaje się nie mieć końca. Potem to już właściwie na zmianę góra- dół. Gdzie się da to biegniemy. Coraz częściej można podziwiać widoki, widoczność jest bardzo dobra. Było tyle pod górę, to musi być i w dół., myślę sobie za każdym razem. Po jakimś czasie wbiegamy na tak zwaną Drogę Mirka, ok. 7 km po asfalcie. Wielu biegaczy ponoć narzeka na ten odcinek. Faktycznie, droga po nim się jakby dłuży, ale tuż za nią będzie kolejny przepak- w Smerku. Odcinek Cisna- Smerek, jest najduższym bez punktu kontrolnego, ok. 24 km. Mijamy się na zmianę z biegaczami, to motywuje, oni widząc nas biegnących, też decydują się na trucht.

Na przepaku spotykamy Paulę (niegdyś biegającą w GT) z koleżanką, minęły nas jeszcze przed drogą Mirka. Krótka wymiana zdań.Tym razem uzupełniamy zapasy picia, zabieramy bułkę. Mamy już 2 godz. zapasu. Na przepakach organizacja bardzo dobra. Szybko dostajemy swoje worki, szybko możemy je też oddać. Ruszamy dalej, znów droga wiedzie pod górę.

Przez cały bieg nie myślałam w kategorii całego dystansu, bardziej od punktu do punktu. Czasami uśmiechałam się pod nosem, gdy przypominałam sobie o radach, by bieg potraktować jak jakąś misję w Iraku, gdzie trzeba coś przetransportować z punktu do punktu.

Dystans powoli zaczyna być odczuwalny, coraz trudniej jest na zbiegach, pojawia się ból w czworogłowym… Wiem, że muszę dać radę, ale rozmyślam też nad stadionem. Ukończyć Rzeźnika, ale ważne by cało…

Docieramy na Smerek, a potem w oddali widzimy już Chatkę Puchatka. Obok schroniska stoją ratownicy, jeden z nich ściska mnie w ramieniu i pyta czy dam radę. Inni pytają, czy chcemy herbaty. Damy radę, w końcu do mety już niedaleko. „Nie jest tak niedaleko”- odpowiada, ale chyba widząc moją minę inny mówi, że już blisko. Lecimy dalej. Coraz więcej kibiców, coraz częściej słyszymy słowa uznania dla naszego wyczynu.
Mijają kolejne kilometry, docieramy do kolejnego punktu w Berehach Górnych. Tam Andrzej uzupełnia picie, ja biorę łyk Tigera. Stojąc czuję, że łydki zaczynają mi się trząść, stąpam więc z nogi na nogę. Pytam się ile zostało- 9 km odpowiadają organizatorzy. Już tylko 9 km, gdyby nie fakt, że w nogach jest już ok. 70.

„Ech Caryńska…zabrałaś siły me…”
Ruszamy na ostatni etap. Widzimy ludzi odpoczywających. Nie wiemy ile mamy zapasu, ale wiemy, że przed nami najtrudniejsze podejście na Caryńską. schody są masakrą, jak podnosić tak wysoko nogę… Ludzie kibicują coraz bardziej. Dopiero wtedy dociera do mnie co wyczyniam, że już od tak długiego czasu jestem na nogach. Kontroluję każdy kilometr, patrzę na tempo, zaczynam się tylko obawiać, czy wyrobimy się w limicie. Któraś z turystek mówi, że od początku liczą, jestem 18 kobietą. Życzą powodzenia. To motywuje, choć nogi bolą coraz bardziej. Wiem też, że Andrzej już od dłuższego czasu boryka się z bólem kolan, a także kamykami w bucie… Coraz częściej mijamy też biegaczy, którzy siadają gdzieś przy szlaku.

Bieg Rzeźnika
Fot. Andrzej Wyrzykowski

Gdzie ta meta?
Po zdobyciu szczytu słyszymy już od turystów: „jeszcze 30 min i będziecie na mecie”. 30 min brzmi bardzo optymistycznie i mało realnie.
Już wiem, że meta coraz bliżej… lecimy… odliczam do końca… doganiamy biegaczy, którzy minęli nas już dawno, krótkie pytanie: ile do końca- ok. 1 km. No to lecimy. Doganiamy Paulę z koleżanką, pytanie, ile do mety- ok. 1,5 km. Coraz bliżej, coraz bliżej…przyspieszamy…
Ile jeszcze- z 300 m ktoś odpowiada. Nogi niosą…ale nic nie widać, ani słychać… wbiegamy na polanę, pytam się wolontariusza- ile? 200 m odpowiada. Prosta, ale nic nie widać, kolejny wolontariusz- ile? 250 m… To gdzie ta meta… ale już słyszę strumyk… słyszę ludzi… biją brawa… patrzę na zegar i nie dowierzam. Jest 13:45:17. Sąsiedzi z Poznania opowiadali, że na jednej z edycji na mecie zespół tez uderzał w bębny, pewnie byłoby głośniej, ale i tak jest co wspominać.
Wielu twierdzi, że bieg Rzeźnika jest trudny, bo trzeba biegać parami. Biegacze w większości to indywidualiści, sporo par nie dało rady…Z Andrzejem biegło się super!

Meta
Fot. Piotr Pietrzak

Macha Pi-r dołączamy do nich. Okazuje się, że przybiegli niewiele przed nami. Tu ogromne zdziwienie. Siadam i patrzę na wszystkie smsy. W trakcie przychodziło ich mnóstwo, ale nie odczytywałam ich, domyślałam się jakie. Czuję uczucie spełnienia, ale i pustkę, że to już koniec. Spijamy piwo, to najsmaczniejsze, po tylu kilometrach wszystko smakuje dobrze. Zastanawiamy się, gdzie Andrzej z Adamem. Udajemy się do rzeczki, ale już odczuwam nogi, zaczynają się trudności w chodzeniu…
Zbieramy się do autokaru, tam dołącza Andrzej z Adamem. Też dali radę. Oni wysiadają wcześniej, my wracamy do Cisnej. Po wyjściu z autokaru każdy krok jest katorgą. Któryś z przechodniów śmieje się: „dzisiaj wszyscy wyglądacie podobnie”.

Docieramy do domku, szybko, w miarę możliwości ogarniamy się i zbieramy na wręczanie nagród i koncert. PiotrP rezygnuje i wraca do domku, z Pi-r i Andrzejem zostajemy chwilę na koncercie. Teraz piosenka o X edycji Rzeźnika nabiera nowego znaczenia. Naprawdę to przeżyliśmy i daliśmy radę. W kategorii par mieszanych z Andrzejem uplasowaliśmy się na 15 miejscu, do 13 blisko.

Było naprawdę wyjątkowo, choć kolejne dni sprawiały trudność w wykonywaniu podstawowych czynności. Cieszę się jednak niezmiernie, że dałam radę, choć wiem, że wielu twierdzi, że jestem jeszcze za młoda na takie zabawy.
Sąsiedzi z domku, sympatyczni biegacze z Poznania też dali radę, choć oni to już zaprawieni w biegach ultra, ukończyli coś w czasie ok. 12 h.

Na trasę Rzeźnika pewnie wrócę, może na 13 edycję, skoro ta liczba taka szczęśliwa, może na jakąś jubileuszową, albo na tę edycję, w której zechce wystartować AgataJ i będzie poszukiwać kogoś do pary. Duet Piotrów też już planuje start, jednak następnym razem zamierzają już ukończyć HardCora.

Komentarze

Komentarze

One thought on “Tak się spełnia marzenia! X Bieg Rzeźnika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *