Ekstremalne bieganie Morskich Komandosów

Właściwie nie wiem od czego zacząć, tyle wrażeń w tak krótkim czasie. Jak to się stało, że znalazłam się na liście startowej IV Biegu Morskiego Komandosa pamięci gen. broni W. Potasińskiego? Lubię wyzwania, też te ekstremalne, choć tak naprawdę obawiałam się tego biegu…

O biegu usłyszałam w zeszłym roku. Odbywał się 1 września, zaciekawiona zabrałam rower i aparat i tym sposobem znalazłam się w okolicach trasy. Nie widziałam wszystkiego, ale to co zobaczyłam wystarczyło, by obiecać sobie, że za rok będę po tej drugiej stronie. Zawodnicy wynurzający się z kanałów, wchodzący do bagna. Ciekawe wyzwanie. Cieszyli się, bo zobaczyli, jak niektórzy żartowali, zapomniane światło, gdzie indziej wędrowali rzeczką. Po Biegu Wulkanów wiedziałam, że chcę spróbować i tego.

Usłyszałam od organizatorów, do których należą Kolibki Adventure Park Gdynia i żołnierze jednostki Wojskowej FORMOZA, że zapisy ruszają na początku roku. Wyczekiwałam na ich rozpoczęcie i momentu, aż moja ksywka znajdzie się na liście startowej w kategorii SPRINT na 10 km. Hard? Może kiedyś. Tam na trasę dwukrotnie dłuższą zabrać trzeba dodatkowe obciążenie plecaka i atrapę karabinu, to może poczekać. Zadowolić zamierzałam się krótszym dystansem.

Miesiące mijały, do startu coraz bliżej, przerażenie rosło. Czy ja do końca wiedziałam na co się zapisuję?

Sobota 31 sierpnia 2013

Ok. 8 rano ustawiam się do biura zawodów. W pobliżu widzę dmuchaną bramę z napisem META, ale przed nią… ogromną zjeżdżalnie. Strach, ale i ciekawość.

meta IV Bieg morskiego komandosa

Wyszukuję się na liście, odbieram numer. Pani kieruje mnie po odbiór balastu. Jakiego balastu? Sprint miał być bez obciążenia. Na szczęście to pomyłka…siadam na piachu i wyczekuje startu, przyglądam się mapce. Chyba się zmieniła trasa w porównaniu do zeszłorocznej…

Spotykam Krzyśka Tokarskiego (Ogi), analizuje mapę i wychodzi, że tych słynnych kanałów w pobliżu klifów nie będzie. Jak to nie będzie? Z tym właśnie chciałam się zmierzyć…. Trudno znaleźć kogoś, by się spytać. Ci są od mierzenia czasu, inni od czegoś tam. Tak jakby nikt nic nie wiedział. Trzeba czekać do odprawy. Nie wiadomo nawet czy w ogóle jest depozyt. Ratuje Ogi. Rzeczy zostawiam u niego w samochodzie.

Krzysiek mnie też uspokaja, że nie mam co za bardzo się przejmować limitem. W ubiegłym roku ostatni zawodnik na sprincie miał coś koło 4 godz., a w Hardzie ok. 8:30. Zrobiłam się trochę spokojniejsza.

Czas zmierzać na start, na plażę w okolice dobrze znanego miejsca z treningów. „Ronda” na końcu alejek. Dojście jest bardzo dobrze oznaczone od Biura Zawodów na Kolibkach. Czerwone taśmy, miejscami kartki ze strzałkami i napisem „do plaży”. Trudno się zgubić, a może tylko mi się wydaje?

Z lekkim opóźnieniem stajemy na odprawie. Ta początkowo miała być o 9:45, zaczęła się ok. 5 minut później. W szeregu, jak przystało na klimat imprezy. Rozkaz, kolejno odlicz. Jest nas 46 osób. Wysłuchujemy o trudnościach na trasie.. o morzu i śliskich schodach bez poręczy. Brzmi groźnie… Ustawiamy się na linii startu. Część biegaczy w mundurach, jak to miało mieć miejsce w pierwotnej wersji, część w zwykłych strojach sportowych, na drugą opcję ostatecznie zdecydowałam się po zmianie regulaminu. Długie leginsy wydawały się być przyjemniejsze, zwłaszcza na odcinki wodne. Do tego obcisły bezrękawnik, by też lepiej przeżyć wodę, rękawiczki robotnicze i ochraniacze na kolana. Nie zdecydowałam się na buty za kostkę jak to proponowali w regulaminie. Postanowiłam dać jeszcze szansę starym Salomonom, które dość długo przeleżały już w szafie i choć z dziurą, to szkoda mi ich było wyrzucić.

Czekamy. Słyszymy, że jeden z zawodników się spóźni, bo zbłądził na odcinku Kolibki- plaża. Tam zbłądził? To co będzie na trasie. Pojawia się w końcu… w dżinsach. Potrzebuje więc jeszcze chwili na przebranie się w strój startowy. Organizator zwraca uwagę, by osoby z długimi włosami uważały, bo będą przeszkody z ogniem.

Wciąż myślę, czy to dobrze, że na kolana wzięłam ochraniacze. Nie chcę mocno styrać stawów, maraton czeka. Choć może nie będą potrzebne skoro są tylko małe kanały na trasie? Ostatecznie nie ściągam ich. Zobaczymy co będzie.

Następuje odliczanie. Na 0 ruszamy. 3…2…1…0 . Pora zacząć przygodę. Początek po piasku. Coś czuję, że biegnie mi się ciężko. Jestem gdzieś w końcówce. Jedyna obawa, że gdy zaczną się przeszkody, stracę czas w kolejce, by którąś ominąć. Tak się zdarzało na Biegu Wulkanów.

Długa droga po piachu. Inni zwalniają. Zbiegamy w końcu do brzegu, tam już zaczynam wyprzedzać. Czuję moc. Niedługo cieszę się jednak twardszą nawierzchnią. Wracamy na piach. Zaczynają się przeszkody. Tu gdzieś nad rurą, za chwilę przeskok, czołganie, nad belką, pod belką, znowu nad, znowu pod… przez rurę. Tak, zmieściłam się, choć się obawiałam, że będzie ciężko. Nigdzie nie czekam.

…a potem już plażą do wody. Nie ma fal, to dobrze. Mam iść po zewnętrznej stronie bojek. Bojki oznaczone są inicjałami BMK, od nazwy biegu. Pierwsze wejście, rześko i mokro, ale przyjemnie. Ciepło dzisiaj, trochę ochłody się przyda. Napieram. Idzie się jakoś przyjemnie i szybko. Ręce uniesione do góry. Zaczynają pływać numery startowe. Numery samoprzylepne, ale agrafki okazały się być niezbędne, by go nie zgubić. Momentami woda sięga po barki. W tą i z powrotem przepływa motorówka wytwarzając fale. Trzeba podskakiwać, ale nagle… tego nie było w planie. Zbliżamy się do mola w Orłowie, widzę kogoś przytulonego do słupa- podpory mola, a innych płynących. Czy aby podczas poprzednich edycji nie trzeba było pływać? Jak mus to mus. Tylko idzie jakoś tak ciężko. No tak, na rękach mam przecież rękawice, trochę przyduże. Chyba zamiast odgarniać wodę, zbierają ją do środka…a nogi? No na nich wciąż są przecież buty, które teraz wydają się być jakieś ciężkie. Bojka coraz bliżej. Krzyczę do chłopaków przede mną, którzy się zatrzymali, czy mają dno. Mówią, że tak. Podają mi pomocną dłoń, ja jednak nie mam tu jeszcze gruntu, ale za chwilę już go łapię. Z tyłu słychać krzyki, że ktoś się topi…

Jakoś niepewnie poruszam się do przodu. Zawodnicy przede mną ostrzegają przed kamieniami i chłodnym nurtem, podczas przechodzenia w miejscu, gdzie rzeczka za molem wpada do morza. Przechodzę przez nią. Co za chłodek. Na brzegu stoi jedna z osób od organizatora. Tu sam przypięty numer nie wystarcza. Na każdym z punktów należy głośno krzyknąć. Szybko zerkam na koszulkę mam go, nie zgubiłam, trzyma się i wskazuje liczbę 432. Spróbuję zapamiętać, bo jego znajomość przyda się na trasie.

Wychodzimy z wody, ktoś mówi, że najgorsze za nami. Woda po prostu cieknie ze mnie. Pierwsze kroki biegowe po plaży, by przyzwyczaić ciało do lądu, tego trochę mniej ruchomego. Czuję się wyjątkowo ciężka.

Wbiegamy pod lekką górkę. Tam obstawa, ratownicy informują, by uważać, bo jest ślisko, nie ma półpiętra, a schody są bez poręczy. To już słyszałam na starcie. Wbiegamy do opuszczonego sanatorium. Na schodach nie jest tak źle, choć faktycznie lepiej uważać na zakrętach. W gorę… a potem przez korytarz. Długi, lekko zaciemniony korytarz z pokojami po prawej i lewej bez drzwi, dość mocno zniszczone. Gdzieś jakaś ładna pajęczyna z jej właścicielem. Od razu nasuwają mi się obrazy z horroru „Tunel Śmierci” ;-).

Wybiegamy z budynku, gdzieś zaraz w las i do rzeki. Woda tu nieco chłodniejsza, ale można się przyzwyczaić. Woda po kostki, czasami trochę głębiej, a czasami natrafiam na jakąś dziurę, wtedy ten chłód ogarnia większą partię ciała. Próbuję biec i nawet się to udaje, choć kamieniste dno nieco to utrudnia. Czuję jak moje stawy skokowe wyginają się raz prawo, raz w lewo. Oby wytrzymały.

Nagle wybiegamy z rzeki na chwilę wąską drogą leśną, znów wykrzykuję numer i mamy z powrotem wracać do rzeki i gnać nią aż do morza. Staram się ostrożnie zejść z murka, ale nie zauważam, że wystaje coś ostrego. Niestety zahaczyłam, słyszę tylko jak w okolicy uda rozrywają mi się spodnie. Już dawno miałam się ich pozbyć, więc kompletnie mi nie szkoda. Zresztą wiedziałam, że po takich biegach ubrania często się do niczego nie nadają. Cieszę się, że nie skaleczyłam się, przecież to dopiero gdzieś między 3, a 4 km.

Uznaję, że coraz przyjemniej jest w tej rzeczce. Jeszcze tylko pod małym mostkiem i zaraz wybiegam na plażę. Tym razem jest jakby jeszcze ciężej. Buty już całkowicie mokre, zdają się przylepiać piach. Mimo wszystko biegnę. Jest gorąco. Czuję jak ze mnie paruje. Piasek się kończy, wbiegamy do lasu. Długa, płaska prosta. Idealna, by nadgonić. Tylko, ochraniacze na kolanach teraz zaczynają ciążyć jak jakieś odważniki. Nic, trudno. Prosta się kończy, a zaczyna górka. A na jej szczycie oznaczona droga zarówno na prawo, jak i na lewo. To którędy? Zatrzymuje się, jeden z biegaczy, chce wyciągnąć mapkę i sprawdzić. Ktoś z przodu krzyczy tutaj, znaczy się na prawo. No to gnamy w górę… ale po jakimś czasie widzę biegaczy pędzących w przeciwną stronę. Mówią, że nie to błędne oznaczenie, jednak na lewo należało się udać. Jedni bardziej stanowczo krytykują za to organizację, sama też się lekko wkurzam, no ale w końcu przyszłam się tu zabawić. Dłuższy dystans mi przecież nie zaszkodzi.

Wracamy na trasę, ale kilka minut straciliśmy, wyprzedziło nas dość sporo osób. Trudno. Jakbym nienaturalnie przyspieszyła. Adrenalina niesie. Teraz to ja wyprzedzam tych, których wcześniej zostawiłam w tyle. Trochę drogi po lesie, czasem dość krętej… i znowu w rzekę. Znów źle oszacowałam głębokość. Mały upadek, coś zakuło w kolano, ale wstaję i gnam dalej. Jakieś znowu kanały, ale z widocznym światełkiem na końcu. Sporo lasu i jakiś krętych ścieżek. Każdy kolejny zakręt zdaje się być zagadką.

Nagle wyjawia się kamienista ściana. Moja zmora. Chłopaki wskakują, Wolontariusz na górze spisuje wykrzyczane numery i pomaga. Staję kawałek dalej, staram się nabrać rozpędu, pędzę… na górze chłopacy czekają, by pomóc (to też charakterystyczne na biegach ekstremalnych, że ludzie dość często sobie pomagają)… i nagle źle oceniam odległości. Zatrzymuję się na ścianie… Ała… Chłopacy u góry łapią mnie za ręce i pomagają wciągnąć. Niesamowita pomoc. Potem z drugiej strony zeskakują. Patrzę w dół, czy ja by na pewno chcę skakać, niby to tylko ok. 2 m. Kiedyś takie zabawy należały do częstych wybryków, ale od jakiegoś czasu zaczęłam się obawiać o stawy.

Siadam, patrzę, szykuję się… po chwili słyszę, że tu jest drabinka. Tuż obok mnie, taka drewniana z mocniejszych kawałków gałęzi. Z chęcią z niej korzystam. Znów droga lasem. Czasem na trasie zamieni się z kimś słowo, czasem z kibicami… Ktoś pyta, czy jestem mundurowy (ich tutaj nie brakuje) czy cywil. Cywil odpowiadam, ale lubię wyzwania. Jest całkiem przyjemnie. Gdzieś znajduje się nawet odcinek po całkowicie twardej nawierzchni.

Czasem zerkam na Garmina, choć zdaję sobie sprawę, że w takich warunkach GPS wariuje, to jednak wydaje mi się, ze dystans będzie dłuższy niż wspomniane 10 km.

Zaczynam czuć ból w kostce. Na starcie otrzymaliśmy chipy na rzepę. Obawiałam się, że zgubię go gdzieś w błocie, czy bagnie, a że nie miała taśmy do bezpieczniejszego przymocowania, to postanowiłam schować go pod skarpetkę. Niestety po 8 km zaczął ocierać. Szybka poprawa i w drogę. Nie wiem co czeka mnie za chwilę i chyba to jest takie pasjonujące w tych biegach.

Już w oddali widzę wieżę. Nie wiem co to za jedna, ale widziałam jej zdjęcia w zajawkach z biegu. Ktoś wspomniał, że ma 178 schodów. Tradycyjnie podaje numer, zapamiętałam! I udaję się na górę. Idzie mi się jakoś wiarygodnie dobrze, a może to kwestia pokonywania codziennie schodów na 4 piętro po kilka razy ;-).

Choć droga kręta wiedzie na górę, to udaje się nawet wyprzedzić. Po pewnym czasie zapominam ile już naliczyłam stopni. Zgubiłam się przy 120 a tu jeszcze w gorę. Staje w końcu na jej szczycie. Ładny widok, ale zaraz skupiam się na tym co się dzieje. Na górze jest worek, a w nim zakrętki i…cukierki!!! Zabieram i jedno i drugie. Schodzę na dół. Tam znów podaję numer, wrzucając zakrętkę do pudełka. Cukierka zjadam. Choć to z tych wersji mini, to jakoś wyjątkowo pyszny. Od razu czuję przypływ mocy. Do mety coraz bliżej, tak mi się przynajmniej wydaje.

Staram się biec za kimś mając go na widoku, ale oprócz tego zerkam też na oznaczenia. W jednym z punktów biegacz przede mną leci prosto, ładna, prosta, płaska droga, tyle, że po prawej stronie miga mi biała kartka ze strzałką i kawałek taśmy. Krzyczę do niego, że droga prowadzi chyba na prawo. W jakieś wąskie koryto. Miałam rację… Lecimy, tyle, że wskakując złapałam się gałęzi przy pokrzywie…Na końcu słyszę, że mam lecieć w prawo. W lewo wiedzie trasa Hard i Team, którzy mają dwie pętle.

Znów normalna droga. Trochę pod górę, pod jakimiś gałęziami… w końcu gdzieś w tych krętych ścieżkach wbiegam na znajome rejony. Jest to bajorko, które widziałam na zdjęciach z przygotowań trasy. Tu pod górę, a zaraz z górki. Tę trasę przemierzałam już kiedyś, na Nocnym Biegu Przełajowym, a to oznacza, że to już Kolibki.

Biegnę, gdzieś tam jeszcze jakieś błotko, mam nadzieję tylko nie zgubić w nim butów. Słyszę głosy, tylko nie było jeszcze ognia, którego dym widziałam wchodząc na wieżę. O ile to z tego miejsca on się unosił. No i jestem na zbyt niskiej wysokości, w końcu zjeżdżalnia jest na dużej górce. Nic dziwnego, za zakrętem okazuje się, że przebiegam niedaleko bramy META, czyli koniec powinien być już blisko.

Choć to chyba tylko złudzenie albo jedno z tych zadań specjalnych o charakterze psychologicznym. Widzę taśmy, w zaskakująco dużych ilościach, a i osoby biegnące przede mną jakoś dziwnie w kółka. Zabawa trwa. Tu gdzieś przez opony, tu beczki, tu kałużę, tu skok przez ognisko, slalom z przeszkodami. Zaraz na drabinkę, by po zgłoszeniu numeru zjechać w dół na linie. Znów opony i czołganie się. Przed tym napis „pod napięciem”. Staram się być jak najniżej. Połowa za mną, tyle, że teraz te druty z czerwonymi szarfami są na dole. Chwila namysłu, jak je ominąć, gdy przed sobą słyszę radę od jednej z osób stojącej w pobliżu: „Przeciśnij się tu po lewej, to chyba nie jest pod napięciem”. No to próbuję, tyle, że po chwili prąd sprawdza moje przewodzenie. Jednak jest pod napięciem. Nie chcę już tego doświadczać. Wydostaję się z stamtąd jak tylko się szybko da. Droga zdaje się nie mieć końca. Tu opony, tam kałuża, tu znowu coś… a meta niby tak blisko. Wskakuję do jakieś kałuży. Jak przyjemnie się schłodzić, aż się nie chce z niej wychodzić.

Taśmy prowadzą do tunelu. Wchodzę do niego. Ciemno tu. Przed sobą widzę drewnianą ścianę. Czy tu da się przejść? Ale przed sobą słyszę głosy. Gdzieś musi więc być otwór. Po środku jest mała dziura. Tylko czy ja się przez nią przecisnę. Przekładam ręce i głowę i przedostaję się dalej. Tu czeka brama z lin, dalej jakieś beczki, jestem na jego końcu. Udało się.

Znów kręcie, ale bez przeszkód. Do czasu. Przede mną znów wyrasta ściana, tym razem drewniana. Nikogo nie ma za mną. Próbuję się wdrapać, o coś oprzeć nogi. Bez skutku. Buty całe obłocone wciąż zjeżdżają. No pięknie… utknęłam. Przybiega ktoś. Wskakuje, deklaruje pomoc, ale jakoś ciężko idzie. Chwilę później kolejni zawodnicy. Jeden z nich pomaga mi przedostać się na górę. Jeszcze tylko skok w dół i znów przed siebie. Do oka wpadło trochę piachu. Trudno coś z tym zrobić, no ale do mety przecież już wytrwam, choćby nie wiem co. Oko zaczyna trochę piec. Po chwili wybiegam już na drogę główną prowadzącą do Kolibek. Za bardzo nie wiem w którą stronę ruszać. Słyszę krzyki tutaj, na drabinę. No to w górę, a zaraz za nią zjazd w dół na linie. Tyle, że źle się złapałam…i zamiast zjechać, to praktycznie zleciałam w dół, lądując na tyłku. Od obstawy słyszę zapytanie, czy nic mi nie jest i czy ręce są całe. Jest ok, gdzieś tam czuję otarcie, ale przecież nie pierwsze dzisiaj. Wstaję i lecę dalej, śmieję się z własnej niezdarności na tej przeszkodzie.

Mijam zawodnika. Mówi, że jest głodny, chwilami zatrzymując się. Mówię, że meta przecież już blisko, to zaraz coś przekąsi. Droga wiedzie w górę, po schodach, czyli już na zjeżdżalnie? Hura, tak, już jestem na górze. Tutaj wytyczne, na plecy, bez żadnych wybryków. Nie spojrzałam w dół i to chyba dobrze. Zjeżdżalnia zrobiona jest z folii, a w dół spływa mały strumyk wody. Położyłam się na plecach i zaczynam czuć utratę panowania nad własnym ciałem. Przerażająca prędkość, zaczynam krzyczeć. Ta zjeżdżalnia to chyba pionowa w dół. Czuję jak uderzam, to plecami, to łokcie, jakbym zwyczajnie spadała pionowo w dół, a nie zjeżdżała. Dziwne myśli krążą w głowie, to się chyba źle skończy.

chlup

Nagle…wyhamowanie i ląduje w wodzie. Właściwie to znikam w jej głębinach szukając dna. Czy tu jest tak głęboko? Nie, to tylko moje złudzenie. Opieram nogi o podłoże. Trochę zachłysnęłam się wodą. Stoję, ale próbuję ogarnąć co się dzieje. Słyszę „Brawo dla kobiety”. Przeżyłam! Wychodzę z wody i jeszcze nieco niesiona emocjami tego, co przed chwilą przeżyłam, mijam linię mety.

Na mecie
Fot. Ewa Król

Podchodzi ktoś do mnie. Zawiesza medal i wręcza siateczkę Ziaji. Radość z ukończenie, choć i trochę niedosyt, bo zgubienie się spowodowało utracenie minut, cennych minut, ale teraz nie ma to znaczenia. Sprawdzam zawartość siateczki: koszulka i żel do mycia dla mężczyzn. No tak…kobiet zbyt wiele to nie startuje. Garmin wskazał ok. 14,5 km, ale z uwagi na teren, krętość i inne dziwne rzeczy na trasie, wiem, że nie jest to wiarygodny pomiar. Właściwie, ile by to nie było, to i tak była to super zabawa.

koszulka_bmk

Koszulka, choć już tradycyjnie za duża i bawełniana, to zakładam ją z dumą. Zamieniam kilka słów ze znajomymi. Zjazd ludzi na zjeżdżali wciąż robi na mnie wrażenie, choć sama przed chwilą też na niej zjechałam. Pochłaniam spore ilości napojów i zjadam grochówkę. Nie zabierałam wody na trasę, a w tym biegu, co jest wyraźnie zaznaczone w regulaminie, nie ma punktów odżywczych, ale zdecydowanie wpisuje się to w ekstremalny charakter zawodów.

Po chwili spotykam Krzyśka. Odbieram swoje rzeczy. Przybiegł w czołówce, choć zamieszania były spore. Nawet ktoś do nas podchodzi i pyta się, czy byliśmy tutaj na torze, odpowiadamy, że tak. Okazało się, że on go ominął, a nie był w tym chyba jedyny. Bieg to niezła odskocznia od tradycyjnego asfaltu.

Wspominając o tym biegu, nie mogłabym pominąć wszystkich kibiców. Dzięki za wszystkie słowa otuchy, trzymanie kciuków, obrazki motywujące. Ogromne podziękowania!

Nie wiem, czy organizatorzy zweryfikowali już wyniki z pojawieniem się zawodników na wszystkich przeszkodach. Mam nadzieję, że nic nie pominęłam, choć słuchając opowieści i patrząc na moc wrażeń, wychodzi na to, że doświadczyłam wszystkiego, co przygotowane było na kategorię Sprint. Wstępnie okazuje się, że pierwsza szóstka ma oznaczenia PK, jakoś zadziwiająco szybkie czasy jak na te warunki, no i nie mają zaliczonego punktu pomiarowego na trasie, a mi przypada 19 miejsce OPEN. Patrząc, że w biegu wzięli udział głównie panowie, to tak wysoka pozycja cieszy jeszcze bardziej.

Może warto jeszcze wspomnieć o prysznicach. Mieściły się w wozach z kompanii chemicznej. Klimat biegu zachowany.

Komentarze

Komentarze

One thought on “Ekstremalne bieganie Morskich Komandosów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *