Piotruś będzie miał pionizator

Do Otomina z 30 km. Początkowo jakoś idzie. Jednak dla mnie po chwili znów zaczyna się walka. Staram się jak mogę. Momentami nawet próbuję gdzieś biec z przodu na ile siły pozwolą. Docieramy do wioski. Już dobrych kilka km temu na nodze poczułam, że zrobił mi się pęcherz. Każdy krok jest niczym stąpanie na bosaka po szkle. Potrzebuję przerwy. Robię to, czego robić nie wolno. Nie widzę jednak innego wyjścia. Ściągam buta i skarpetkę. Muszę jakoś go zakleić. Bez tego nie wiem czy dam radę znieść ból przez jeszcze tyle kilometrów.

Fragmentami znów szlak bardziej przełajowy. To nie pomaga. W lesie łapię się kijka i staram się odciążyć nogę. Czuję swoje niedawne kolano. Idzie raz lepiej raz gorzej. Niestety w pewnym momencie już tylko to drugie.

Na trasieJakby tego było mało szlak ma dla nas kolejne niespodzianki. Przewalona kładka. Przedostajemy się kolejno na drugą stronę. Znów szacuję czas. Trzeba przyspieszyć. Staram się biec, Andrzej nawet się śmieje, że właśnie zaliczyliśmy podbieg biegiem. Lekki, bo lekki, ale zawsze. Mnie jednak boli. Boli coraz bardziej. Decydujemy, że docieramy do Otomina. Jak zdążymy tam przed 12:00 to podejmiemy decyzję co dalej.

Próbuję. Próbuję nadganiać. W nogach już jednak z 90 kilka km. Kalkuluję. Znów jest trochę pod górkę. Czas podjąć decyzję. Trudną decyzję. Zerkam na kolano – spuchło. Nie ma szans. Nie chcę by to był mój ostatni start. Przed startem kilka osób mi powtarzało bym pamiętała, że zdrowie jest tylko jedno. Ambicja jednak chce co innego. Jest presja czasu. To nie miejsce na ambicje. Bieg jest dla Piotrusia. Mówię chłopakom, że ja się doczłapię do Otomina. Tam niestety zejdę. Oni niech kontynuują bieg. To jedyne sensowne rozwiązanie w tym momencie. Co prawda już teraz trudno opanować łzy. Inaczej się nie da. Żegnamy się. Jeszcze przez chwilę widzimy ich przed sobą. Mi do Otomina potowarzyszy dwóch Michałów. Dzwonię – mówię, że jeśli o mnie chodzi nie ma szans. Kolano nie da rady więcej.

Droga do Otomina staje się drogą przez mękę. Każdy krok to ogromny, bolesny wysiłek. Dam jednak radę. Kilometry stają się jakby dłuższe. Na dodatek to teraz mym oczom ukazuje się jeden z najtrudniejszych podbiegów na całej trasie. Podejście przypomina raczej wdrapywanie się. Byleby tylko dotrzeć. Chłopaki mnie wspierają. Ja walczę ze sobą coraz bardziej. W pewnym momencie mam jednak wrażenie, że błądzimy. Nie podoba mi się to. Mijane małżeństwo mówi, że kilka minut przed nami biegło dwóch chłopaków w koszulce takiej jak ja – pomarańczowej „Pomorze Biega i Pomaga”. Czyli nie są dużo przed nami. Udali się tutaj na przełaj – mówią wskazując na trasę między drzewami. Też chyba pobłądzili. Mówią nam, że my tą trasą możemy nie dać rady. Wciąż zerkam na Garmina, metry się poruszają do przodu. To motywuje. O ile można mówić o jakiejś motywacji w tej chwili. Nabieram ochotę by się tu zwyczajnie położyć. Chłopaki mówią, że jest coraz bliżej. Michał deklaruje się mnie wziąć na barana. Ja jednak uparcie obstaję przy tym, że sama doczłapię się do samochodu. Otomin był bowiem punktem na którym umówiliśmy się z kierowcą z salonu VW Fota-Groblewski. Michał Sawicz pobiegł po Andrzeja. Kombinują załatwić mi transport nieco szybciej. Walczę. Wciąż walczę z własną niemocą i bólem. Poruszam się do przodu, jednak coraz wolniej. Wreszcie docieram do szlabanu. Z moich pomiarów wychodzi, że zrobiłam 101,037 km.

Wsiadam wkurzona do samochodu. Nie mam ochoty na nic. Jedziemy do Sopotu. Po drodze odstawiamy jeszcze Michała Mońkę. Zastanawiam się jak to będzie pokazać się w Sopocie. Tyle osób na mnie liczyło. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy mi gratulują, biją brawo. Mówiąc kobieto – masz przecież ponad 100 km w nogach i całą noc na trasie. Siadam na krześle w namiocie Radia Gdańsk. Krzysiek Piekło pyta się czy czegoś potrzebuję. Właściwie mam wszystkiego dość. Choć ludzie przychodzą gratulować, ja nie jestem w stanie powstrzymać łez. Nie udało się… Prowadząca spikerkę przynosi mi czekoladę do picia. Kolejne osoby gratulują. Przypominają, że ja przecież nie tylko wyruszyłam na trasę, że pomagałam w organizacji jak tylko mogłam, a ten dystans to dla nich i tak jakiś kosmos. Po jakimś czasie dociera wreszcie do mnie. Starałam się. 100 km pękło. No i jestem na nogach już tak długo bez snu. Nie udało? Czy tu mogło się teraz coś nie udać?

Piotr Szwed ze swoją żoną kombinują jakiś lód. W restauracji na hasło – potrzebne dla kontuzjowanej po 100 km, otrzymują cały worek. Nogę stawiam na karton i czekam na chłopaków. Im się na pewno uda. Gratulować pojawia się też Martyna Skwierawska z uczelnianego AZSu, która włączyła się w sztafetę, bieg na bieżni. Podchodzi też obecny na miejscu ratownik pytając się czy może pomóc. Mówię, że chyba lekko spuchło kolano. Patrzy. Chyba nawet nie tak lekko – mówi.

Gratulacje wciąż się sypią. Mam jeszcze pokonać w miarę możliwości z Piotrem i Andrzejem symbolicznie drogę przez Monciak. Na miejsce startu zanoszą mnie chłopaki. Teraz to już boli wszystko. Każda część mego ciała mnie nienawidzi. Bywa.

Fot. Maciek Drapella
Fot. Maciek Drapella

Czekam. Kolejne osoby podchodzą z gratulacjami. Może faktycznie pokonany dystans nie jest taki zły. Jest niedosyt. Każdy jednak powtarza, że i tak dokonałam czegoś niesamowitego.

Pojawia się Andrzej i Piotr. Dołączam się do nich. Ten finisz jest niesamowity. Na przedzie Policja. Za nami biegacze, wóz rajdowy akcji Kieruj bez Procentów. Za nim harleyowcy ze stowarzyszenia Motopozytywni. Po bokach obstawa znajomych biegaczy trzymająca taśmę Radia Gdańsk.

Fot. Pomorze Biega
Fot. Pomorze Biega

Przekraczamy metę. Przerywamy taśmę. Jest niesamowicie. Puszka w pobliżu Namiotu Radia Gdańsk jest wypełniona pieniędzmi. Warto było. Tylko w te 20 godzin udało się zebrać 4091,58 zł! Wcześniej spora liczba osób wpłaciła pieniądze na konto Piotrusia. Na dodatek okazuje się, że Radio Gdańsk ma dla nas niesamowitą niespodziankę. Wszystkie inne puchary mogą się schować. Ten „kawałek metalu” jest dla mnie najcenniejszy. Kosztował mnie sporo wysiłku. Właściwie nie tylko na trasie, ale i przy samych przygotowaniach.

Na mecie
Fot. Mirek Jasinski

Nagroda Radio GdańskW sobotę zasypiam z myślą, że brakuje niecałych 1300 zł i Piotruś dostanie swój pionizator. W niedzielę znajduje się Anonimowy Pomagacz, który właśnie taką kwotę wpłaca na konto. UDAŁO SIĘ!!! I to jest prawdziwy sukces! Gratulacje wciąż się pojawiają. Dałam z siebie wszystko co na daną chwilę mogłam. Trzeba wiedzieć, które ścieżki są do przejścia. A kiedy zaoszczędzić siły, by móc podążyć jeszcze innymi.

Strona: 1  2  3  4  5

Komentarze

Komentarze

6 thoughts on “Piotruś będzie miał pionizator

  1. Czuję podenerwowanie czytając to (szczególnie przygotowania i stres przed startem), mimo że już po fakcie – tak sugestywnie to opisałaś – jakbym tam był…! GRTULACJE po raz Ultra-N-ty!

  2. Raz jeszcze gratulacje, Agatka!! Relacja, jak i cała akcja – niesamowite!!! A Twoje ostatnie zdanie – czysta mądrość 🙂

  3. Ból jest tymczasowy, chwała jest wieczna 🙂
    Gratulacje, nie tylko za pokonanie takiego dystansu, ale za „rozkrecenie” akcji zakończonej sukcesem. jest kasa na pionizator ! Miałem okazje być na sztafecie w nocy. Odbiór akcji przez przechodniów był mega pozytywny, wiele osób gratulowało wam i nam i trzymało kciuki za powodzenie akcji zasilajac złociszami skarbonkę. To była jedna z akcji, która bede wspominał bardzo miło. Teraz zycze szybkiego powrotu do zdrowia !

  4. Piękny opis i teraz wszyscy „biegliśmy” z Wami a własnie tego jak Wam idzie brakowało w Sopocie, to były zawsze pierwsze słowa na zmianach : „Jak tam nasi ?? ” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *