XX Maraton Solidarności, gdy emocje już opadły…

Gdy emocje już opadły można napisać kilka słów o XX Maratonie Solidarności, który wystartował w 15 sierpnia na trasie Gdynia – Gdańsk. Jubileuszowa XX edycja, można by powiedzieć bieg z tradycją. Mimo to organizatorzy wciąż popełniają te same błędy, nie uczą się. W tym roku w końcu zmieniono trasę, ale tylko ze względu na utrudnienia  w budowie, które nie pozwalają poprowadzić trasę na Westerplatte. Zawodnicy udali się więc w stronę PGE Areny oraz w okolice Nowego Portu. Jednym ta zmiana odpowiadała, inni narzekali.

Mówią o tym maratonie, że jest jednym z najgorszych w polskich biegach ulicznych. Wydawać by się mogło, że organizatorzy powinni być już doświadczeni. Problemy wciąż są jednak te same. Jak może brakować wody na punktach odżywczych dla wolniejszych biegaczy? Jak można wydzielać wręcz ją zawodnikom spragnionym? Gdy ktoś złapał jeden kubek, wypił i sięgał po drugi usłyszał – „Pan już brał”. Podobnie gdy ktoś podleciał do punktu będącego po drugiej stronie i zabrał kubek z wodą, tu krzyk – „to dopiero na 40 km”. Chyba nikt nie powinien żałować wody w takich sytuacjach, zwłaszcza gdy jest jej deficyt na trasie. W tym roku pogoda znów w miarę sprzyjała jak na ostatnie upalne warunki. Co byłoby przy temperaturach w okolicach 30 stopni Celsjusza, które utrzymywały się jeszcze niedawno? Na samym starcie również wyniknął problem, samochody, które miały jechać przed zawodnikami przyblokowały część ulicy, a zegar tuż po starcie wskazywał już czas ponad 39 min…

Start nie cieszy się dużą popularnością. W czasach gdy takie biegi w innym miastach skupiają po kilka tysięcy zawodników, w Trójmieście liczba nie przekracza 900 osób. Mimo kiepskiej organizacji jest jednak aspekt, który przyciąga najbardziej – bieg po swoich rejonach. Gdzie będzie się miało więcej swoich własnych kibiców niż na miejscu? Dlatego też tutejsi biegacze czują do tego startu sentyment.

Z tym maratonem jakoś mocniej jestem związana od 3 lat. Dokładnie w 2012 roku zadebiutowałam na królewskim dystansie. Choć wszyscy zniechęcali, byłam ogromnie zadowolona. Zarówno z uzyskanego rezultatu jak i licznego grona znajomych na trasie. Rok później debiutowałam po raz kolejny w roli pacemakera na 4:15. Zadanie było dość odpowiedzialne, nie miałam dużego doświadczenia. Znów pojawiła się ogromna radość, że się udało zrealizować wszystko zgodnie z planem. W tym roku, no właśnie. W tym roku miałam ponownie wcielić się w rolę zająca. Poprowadzić na 4:00, pewne to już było od zeszłej edycji biegu. Kontuzja pokrzyżowała te plany, zresztą nie tylko te. Mogłam jednak jak się śmiałam zadebiutować po raz trzeci – w roli kibica.

Jeden ze znajomych biegaczy swoje przygotowania i sam bieg poświęcił swojemu przyjacielowi Jackowi Gaworskiemu – Maraton dla Jacka Gaworskiego, który walczy z SM i nowotworem., o czym wspominałam we wpisie – Biegiem dla Jacka. Do biegu i kibicowania przyłączyła się liczna gromada biegaczy.

Biegam dla Jacka

Do Gdyni zabrałam rower, dzięki czemu mogłam sprawniej przemieszczać się na trasie. Zresztą ten sposób transportu wybrała całkiem liczna grupa ABowiczów. Nasz peleton pomarańczowych koszulek stanowił chyba najliczniejszy mobilny punkt wsparcia dla startujących zawodników Akademii Biegania i Przyjaciół. Staraliśmy się przemieszczać dość sprawnie zatrzymując się w wybranych miejscach i czekając na „naszych”, ale dodawać i otuchy innym. Wręcz powiedziałabym, że chwilami to pędziliśmy jak szaleni by zdążyć.

XX Maraton Solidarności

Choć nie biegałam, to start budził wiele emocji. Tylu znajomych na trasie. Do tego dla niektórych był to pierwszy start. Stresowali się już od jakiegoś czasu. Wreszcie doczekali się swego własnego święta. Realizacji swych celów i marzeń. Staraliśmy się wciąż ich wspierać. Nasz peleton gnał, by kibicować w jednym punkcie, a następnie przemieścić się na kolejny. Po drodze znów wyprzedzaliśmy naszych biegaczy oczywiście krzycząc, gwiżdżąc i trąbiąc.

Bawiliśmy się przy tym świetnie, a widok radości na twarzach zawodników dodawał nam niezwykłego powera. Wiedzieliśmy, że to co robimy ma sens. Wszystko było fajnie dopóki nie dotarliśmy na metę. Widok szczęśliwych biegaczy, którzy właśnie realizują swój cel. To chyba wtedy napotkałam na własną ścianę. Chciałam stamtąd uciec. Zazdrościłam im tego biegania jak nigdy wcześniej… trochę moja przerwa już trwa. Na szczęście miałam aparat. Ten pozwolił skupić się na zrobieniu pamiątkowych zdjęć dla biegaczy. Zresztą stojąc na tych ostatnich metrach 42,195 km biegu również nie zabrakło emocji. Nie do końca wiedzieliśmy jak toczą się losy poszczególnych osób. W dużej niepewności wyczekiwaliśmy wszystkich na mecie. Gdy już dobiegli, można było odetchnąć z ulgą.

Warto było pozostać, warto było kibicować całą ekipą z Akademii Biegania na trasie. Po biegu uczestnicy napisali:

Jarek Skopczyński:

„To czego dokonaliście w trakcie tego biegu jako obstawa było nieziemskie. Nie doświadczyłem czegoś takiego nigdy w życiu, ale ten doping naprawdę mnie niósł. Mam gdzieś ten wynik. Wiem, że mogę pobiec następny maraton nawet w 6 h byle tylko znów przeżyć taką euforię.”

Zibi:

„DZIEKUJE BAAAAAARDZO CALEJ AB !!!
Super sie bieglo kiedy caly czas byliscie na trasie
Koles ktory biegl ze mna przez 3/4 dystanu wkoncu nie wytrzymal i sie pyta…
A TY ICH WSZYSTKICH ZNASZ ??
Bo gdzie bysmy nie byli ciagle slyszalem glosny doping…
ZIBI !!! ZIBI !!!
Dziekuje raz jeszcze”

Bartek Łowicki:

„Jeszcze tak na dobranoc odnośnie Maratonu Solidarności – Może nie ma najlepszej renomy, organizacji, terminu, trasy i pod wieloma względami ustępuje wielu polskim maratonom, ale za to ma wspaniałą grupę wariatów zrzeszoną pod szyldem Akademii Biegania  Nie biegną, a mimo to zdzierają gardła, klaszczą, gwiżdżą, dopingują na każdym kilometrze trasy  I to jest najlepsze w tym maratonie – Ludzie.”

Na koniec krótka relacja filmowa Biegam dla Jacka:

Galeria zdjęć z XX Maratonu Solidarności

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *