52. Bieg Westerplatte. Wszystko dzięki ludziom

Fot. Ania Szwed
Dream Team Fot. Ania Szwed

13, nie musi być pechowy. Może być jednym z wspanialszych dni w życiu. 13 września to kolejna edycja, już 52 Biegu Westerplatte w Gdańsku. W tym roku 10 km trasa z uwagi na remonty została znacznie zmieniona. Zarówno start i meta zlokalizowane były na Westerplatte. Osobiście widziałam w tym plus, bowiem bez większego ruchu mogłam być w pobliżu początku i końca zmagań jednocześnie. Z punktu widzenia zawodnika już nieco gorzej. Trasa bowiem przebiega przez odludne rejony. Trudno tu o typowo mieszkalne miejsca, a co za tym idzie – o kibiców. Do tego dość wysoka temperatura przy otwartych przestrzeniach mocno dała się we znaki. Ratownicy mieli wyjątkowo dużo pracy Niestety nie wszyscy byli w stanie dostosować intensywność wysiłku do aktualnych warunków pogodowych. Nie dotarli do mety na własnych nogach. Widok padających osób na trasie na 1 km przed metą nie napawał optymizmem.

Dla mnie był to bieg wyjątkowy. Nie startowałam, robiłam zdjęcia. W sumie tak już bywało i na ostatnich wydarzeniach sportowych. Tym razem jednak znalazłam się tam za sprawą wspaniałych biegowych przyjaciół. Obecny stan kolana po operacji znacznie utrudnia poruszanie się nawet w zwykłym codziennym życiu. Nie wolno mi jej bowiem kompletnie obciążyć, toteż styku z ziemią nie miała już dawno. Niezwykle przy tym pomogła biegowa rodzinka Szwed. Paweł z Anią zatroszczyli się o wózek, a reszta ekipy zebrała eskortę najmłodszych. Sam uśmiech nie schodził z ust, bowiem mogłam być tam ze wszystkimi. Nie myśląc o tym, jak odległy jest ten kawałek, który muszę pokonać by zmienić lokalizację jak to bywało jeszcze niedawno. Do tego Maciek Drapella zatroszczył się o dodatkowy sprzęt, by uwiecznić nieco też w formie wideo. Było niezwykle wesoło. Liczne grono znajomych trasę przemierzyło w plastronach „Biegam dla Jacka”, poświęcając swój wysiłek, a także popularyzując zbiórkę pieniędzy dla chorego Jacka Gaworskiego. Człowieka, który mimo tak wielu przeszkód wciąż walczy. Chyba nawet sam nie wie ile swoją postawą i walką daje motywacji innym osobom do mierzenia się z własnymi problemami. Znacznie bardziej błahymi niż walka o życie.

Fot. Paweł Marcinko
Fot. Paweł Marcinko

Samo spotkanie z całą gromadą przyjaciół i znajomych dało niesamowicie dużo energii do powrotu do pełnej sprawności. Jak i pisząc jak walczyć z kontuzją, nie ma nic lepszego niż wspaniali ludzie wokoło.

Fot. Ania Szwed
Fot. Ania Szwed

Wracając jednak do samego biegu. Przed startem były obawy, że impreza ta będzie dużym niewypałem z uwagi na osamotnione rejony Gdańska. Tymczasem obserwując to z boku można zaliczyć ją do całkiem udanych. Choć co prawda kilka niedociągnięć było. Zadanie też nie było łatwe. Nawet zdziwiłam się ile o tej porze turystów odwiedza Westerplatte. Być może były to też rodziny biegaczy. Choć jeśli tak, to trochę smutne, że nie wiedzą jak się zachować w kwestii wchodzenia na trasę biegu. Nie wszędzie droga była odgrodzona taśmami bądź barierkami. Jeden z organizatorów starał się co prawda jechać i odganiać ludzi na boki, ale z uwagi na brak wyznaczonej strefy nie wszyscy brali te prośby o zejście na bok do siebie.

Samo „miasteczko” przed i po biegu było dobrze przemyślane. Duża liczba Toi-toi, smaczne jabłka dla biegaczy i wody pod dostatkiem. Przy tej pogodzie było to niezwykle istotne. Do tego kawa z IDEE Kaffee. W pobliżu całkiem spora przestrzeń, w tym również tereny zielone, na których można było spokojnie przycupnąć. Ubiegłoroczne edycje z metą w centrum Gdańska nie dawały takich możliwości, ale było za to więcej kibiców.

Niektórzy byli trochę rozżaleni w kwestii dystansu. Bowiem do pełnych 10 km zabrakło ok. 200 – 300 m. Przed startem jednak wiadomo było iż trasa nie będzie posiadała atestu. Takie braki w dystansie oznaczają jednak, że trudno mówić o nowych rekordach życiowych. Do oficjalnych wyników trzeba by bowiem doliczyć od ok. 30 s do nawet ponad 1 min.

Co o imprezie sądzą sami jej uczestnicy?

Bartosz Łowicki:

Pogoda, atmosfera i mnóstwo znajomych uczyniły z biegu piknik na Westerplatte. Na szczęście organizatorzy się zlitowali nad nami i nie trzeba było biec pełnej dyszki.

Kasia Skopczyńska:

Bieg Westerplatte – to dla mnie impreza na stałe wpisana do biegowego kalendarza. Po pierwsze to jedyna „dycha” w Gdańsku, a po drugie jedna z najstarszych imprez biegowych w Polsce i do tego upamiętniająca bohaterów II wojny światowej. 52. edycja była bardzo udana – pogoda słoneczna, piknikowa zachęciła do zabrania Dzieciaków, aby mogły potowarzyszyć w naszych biegowych zmaganiach. Sam start z uwagi na planowany za 2 tygodnie debiut na królewskim dystansie, w 36. PZU Maratonie Warszawskim traktowałam treningowo i na luzie. Oczywiście po starcie przez pierwsze 2 kilometry dałam się ponieść tłumowi i poleciałam za szybko. Później jednak rozsądek i dająca się we znaki temperatura kazały mi zwolnić i aż do mety utrzymałam umiarkowane tempo, aby zakończyć z czasem 55,18, czyli zgodnie z założeniami. Sama trasa wąska przez jej dwukierunkowość, ale plusem tego rozwiązania była możliwość spotykania i pozdrawiania znajomych zawodników praktycznie na całej jej długości. Dziękuję bardzo kibicom, szczególnie tym Najmłodszym i wszystkim fotografującym – Wasz doping był nieoceniony!!!

Zibi Jakubek:

Westerplatte… Dla mnie to bieg na dyszkę bez którego nie byłoby września. Dzisiaj odbył się już 52 bieg. Pogoda rewelacyjna a atmosfera 1 klasa. Żal, że bieg nie kończył się jak co roku na starówce, ale chociaż trasa była zmieniona to i tak super dzisiaj sie bawiłem. Ważne, że czułem się w trakcie i po biegu rewelacyjnie. Co do organizacji – co rok jak dla mnie coraz lepiej. Wszystko dopięte na ostatni guzik, gdyby nie minimalne spóźnienie ze startem, ale to tylko maleńkie potkniecie. Szkoda że do następnego biegu trzeba czekać aż rok. Do zobaczenia za ROK ale zdecydowanie na trasie w stronę GDAŃSKA.

Maciek Drapella:

Moja pierwsza obrona Westerplatte (kurcze gdzie ja się uchowałem wcześniej ?) obrona była, tak do 6 km potem była walka z samym sobą i dobrze że mnie Ewa dogoniła to się jeszcze zebrałem na końcówce ale napiszę szczerze, że widok mijanej w każdym kierunku pomarańczowej szarańczy był budujący. Nie wiem czy to się przełoży finansowo na wsparcie Jacka ale warto było w tym uczestniczyć i być małą cegiełką w tej akcji. Dziękuję!

Zapraszam do galerii zdjęć: 52. Bieg Westerplatte.

Warto też zajrzeć do galerii Pawła i Marka Marcinko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *