Marzy mu się bieg z bratem… – historia Darka Lulewicz

Dariusz Lulewicz, znany również jako Bulee, jest częstym bywalcem imprez na Pomorzu.
Spotkać Go można również na zawodach w całym kraju. W biegach startował już niecałe 200 razy. Niedawno jego tegoroczny dystans pokonany biegiem przekroczył 3 500 km. Przybliżamy nieco historię Darka, która być może stanie się inspiracją dla niektórych.

Darek, właściwie można uznać, że biegasz od zawsze. Rozpoczynałeś w czasie, gdy bieganie nie było zbyt modne. Wręcz na osobę poruszającą się w nieco szybszym tempie patrzono podejrzanie bądź też uznawano za dziwaka. Jak wspominasz tamten okres?

Darek: Nie wydaje mi się, że to był tak odległy okres, bo było to raptem niecałe 8 lat temu. Oczywiście biegałem też wcześniej, bo mój pierwszy zapis w dzienniczku biegowym przypada na 2003 rok, ale były to zwykle słomiane zapały, czyli kilka wyjść, przetruchtanie 2-3 kilometrów, a po niecałym miesiącu biegania następowała u mnie kilkumiesięczna przerwa, dopóki znów nie postanowiłem się zmobilizować do ruchu, ale też zwykle na krótki okres. Można powiedzieć, że biegałem wówczas… na raty ;). Ja oficjalnie uznaję rozpoczęcie mojej przygody z bieganiem od 2 kwietnia 2007 roku, gdy treningi stały się już naprawdę regularne, a zapał nie przepadł, a wręcz wypełnił moje życie, gdy miesiąc później dołączyłem do biegowego teamu Grupa Trójmiasto i wkręciłem się na całego.

dariusz lulewicz
Międzyrzecz Podlaski Fot. zbiór Darka

A wracając do pytania – czy ja wiem, czy faktycznie nie było wtedy mody na bieganie? Może nie w takim zasięgu jak obecnie, ale dało się już zauważyć na ulicach wielu amatorów ruchu i raczej nie było to nic dziwnego. Inaczej co prawda było, np. w Międzyrzecu Podlaskim, niewielkim miasteczku, skąd pochodzi moja żona – gdy tam biegałem, to faktycznie patrzono na mnie jak na wariata, wręcz wytykano mnie palcami. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że… nadal tak jest, choć nie w takim zakresie jak dawniej. Zresztą, aby być uczciwym: też kiedyś patrzyłem na biegaczy jak na dziwaków. Pamiętam, jak w naprawdę upalne lato – temperatura sięgała spokojnie 30-35 stopni Celsjusza – jechałem tramwajem, ledwo mogąc w nim już wytrzymać, a obok nas biegli uczestnicy Maratonu Solidarności – wymordowani, niektórzy słaniający się na nogach, bo żar lejący z nieba wysysał z nich siły, ale uparcie prący wciąż do przodu. Dosłownie pukałem się wtedy w czoło. I co? Kilka lat później sam już zaliczyłem ten sam maraton i z pewnością to wówczas to na mnie patrzano jak na dziwaka. A kto wie – może ktoś tam wówczas w tramwaju z czasem też zmienił swoje nastawienie do królewskiego dystansu i teraz również biega?

Co nakłoniło Cię właściwie do rozpoczęcia tej formy aktywności?

Darek: Chyba jak w większości przypadków – chęć zbudowania kondycji, tak by bez problemu móc dobiec do uciekającego środka komunikacji miejskiej, ha ha; również obawa przed nadmiernym zgnuśnieniem i dostaniem brzuszka od siedzącej pracy. A później także… sąsiad, z czasem dobry przyjaciel, który wówczas maratony biegał już od kilku lat, a który widząc, że coś tam próbuję z tym bieganiem robić zachęcał, podpowiadał, mobilizował do nie odpuszczania. To on któregoś dnia zabrał mnie na spokojną przebieżkę alejką nadmorską na dystansie około 10-12 km, a że do tej pory biegałem do 5 km maksymalnie, skończyło się tym, że po wszystkim tak mnie wszystko bolało, że do wanny się dosłownie… wczołgałem ;). Powiedziałem wtedy: nigdy więcej, ale oczywiście kilka dni później znów biegałem, a alejka nadmorska stała się moją najczęściej wybieraną trasą. Gdy pomyślę, że teraz biegam tam dystans dwa razy dłuższy i nie sprawia mi on żadnego problemu, to aż nie chce się wierzyć, że kiedyś było inaczej.

Dariusz Lulewicz

Patrząc na Twój sposób poruszania się, widać, że masz problemy z nogą? Jak kiedyś wspomniałeś lekarze i tak bywa, że są pełni podziwu dla Twoich wyników. Czy raczej odradzają Ci tę formę ruchu?

Darek: Faktycznie mam problemy z prawą nogą, a raczej z całą prawą częścią ciała, która jest lekko szczuplejsza i słabsza, zaś sama noga krótsza o centymetr, przez co charakterystycznie kuśtykam. Mam tak od urodzenia, bo jestem z ciąży bliźniaczej, w dodatku z wczesnej i z powikłaniami, przez co urodziłem się z mózgowym porażeniem dziecięcym. Ale od razu zaznaczam, że to absolutnie w niczym mi nie przeszkadza. Co prawda wiem, że przez to wysiłek dla nogi jest większy, ale lekarze nigdy nie byli przeciwni memu bieganiu, a wręcz uważali, że to wzmocni moją kończynę, jednocześnie chwaląc mnie za to, bo w moim przypadku kosztuje mnie to trochę więcej sił. Teraz to i tak jest dobrze, bo dawniej cierpiałem na tzw. końskostopie, czyli chodziłem nią cały czas na palcach i dopiero operacja i wydłużanie ścięgna Achillesa pozwoliło mi móc postawić stopę na płasko. I ta moja dolegliwość też była w pewien sposób bodźcem do udowodnienia sobie, że jednak można zrobić coś wielkiego, będąc nie do końca sprawnym, choć szczerze mówiąc, nie uważam mojej dolegliwości za wielką niepełnosprawność. Ja naprawdę nie mam prawa do narzekań, bo mój brat bliźniak – Tomek, jest z kolei bardziej pokrzywdzony przez los – nie porusza się samemu, nie siedzi sam, porusza się na wózku, trzeba go karmić i pielęgnować. Na szczęście jest bystrym, wesołym, a co najważniejsze – szczęśliwym człowiekiem.

Marzy mi się kiedyś wspólny bieg z nim, coś na przykładzie Ricka i Dicka Hoytów, czyli ja biegnę, a ukochany braciszek siedzi w wózku. Wiem, że będzie ciężko, bo brat i wózek sporo razem ważą, ale trzeba się poświęcić i przynajmniej w ten sposób podziękować mu za to, że dzielnie mi kibicuje – w sumie to najbardziej z całej rodziny, bo często pyta mnie o biegi, o to, czy będę gdzieś startował, o to, jak mi poszło w zawodach i gratuluje kolejnego dobrego rezultatu. A wiesz co? Nawet dobrze się składa. Wykorzystam sytuację i publicznie ogłoszę, że obiecuję iż w pierwszym półroczu 2015 roku ukończymy wspólnie jakieś zawody – najpierw będzie to 5km, a potem 10km. Zobaczymy jak nam pójdzie, czy dam radę, a jeśli tak, to kto wie, czy nie spróbujemy zmierzyć się potem z półmaratonem, a może… i czymś więcej? Kto wie? Wszystko będzie zależeć od tego, czy przede wszystkim to dla mojej nogi nie będzie za duży wysiłek. Na początek jednak małe kroczki, czyli na pewno wspólne 5 km i 10 km. Taka deklaracja pozwoli mi się odpowiednio zmobilizować.

Do biegania zachęciłeś również Żonę, a także wkręciłeś swoją rodzinę, zwłaszcza w starty w ramach charytatywnego biegu w Luzinie. Jak to się udało?

Darek: Z żoną było łatwo, bo sama zaczęła biegać. Co najważniejsze, absolutnie jej do tego nie zmuszałem, nie namawiałem. Zwykle towarzyszyła mi na treningu na rowerze, aż nagle w pewnym momencie stwierdziła, że też chce tego spróbować. Pamiętam to doskonale, bo wiąże się z tym wesoła historia, którą do tej pory z humorem wspominamy. Uprzedzałem ją, że początki nie będą łatwe, że się nie da, ot tak, biegać od razu kilkunastu kilometrów, że powinna zacząć od marszobiegu, od krótkiego truchtu. Madzia jednak uważała że to przecież nie może być takie trudne, że bez problemu da radę zrobić kilka kilometrów. Zaproponowałem jej więc przebiegnięcie się na próbę wokół dwóch bloków na osiedlu, a to było raptem jakieś pół kilometra, więc ta hardo i z mocą podjęła się wyzwania. Zapału i sił starczyło jej na… połowę dystansu, a wróciła wolnym krokiem, cała czerwona na twarzy i sapiąca jak miech kowalski. Ale to było dla mnie bardzo miłe, że chciała sprawić mi przyjemność.

Mało tego, gdy potem wróciła do siebie, do Międzyrzeca Podlaskiego, bo wówczas jeszcze studiowała, nie zaprzestała treningów tylko uparcie i systematycznie biegała, zwiększając coraz bardziej dystans, aż w końcu doszła do pełnych dziesięciu kilometrów, z czego była bardzo dumna. I z czasem się również wkręciła na poważnie w bieganie. Gdy tylko przyjeżdżała do Gdańska biegaliśmy razem, coraz więcej, coraz dalej i coraz łatwiej, co mnie bardzo ucieszyło, bo mogliśmy razem spędzać czas i dzielić wspólną pasję – czegóż więcej potrzeba do szczęścia?

Biegi stały się od tamtego momentu ważną częścią naszego życia. Mało tego, nawet moje oświadczyny miały miejsce w… czasie zawodów, kameralnego krosu naszej grupy biegowej. Sporo razem przebiegliśmy kilometrów, sporo zaliczyliśmy wspólnych startów na zawodach. I to nie tylko na krótkich dystansach, bo żona ma zaliczone kilka półmaratonów. Szczególnie ten pierwszy na pewno zapamięta do końca życia, bo nastąpił od dosłownie kilkanaście dni po tym jak przebiegła swoje pierwsze dziesięć kilometrów. Po prostu w tajemnicy przed nią… zapisałem nas na półmaraton w Kępinie i zwyczajnie postawiłem przed faktem dokonanym. Dla Madzi był to wymagający dystans, bo nagle musiała się zmierzyć z odległością dwa razy dłuższą niż tą z treningów, zresztą przełajowa trasa dodatkowo nie ułatwiała zadania, ale jakoś daliśmy radę. Madzia była wypompowana, ale szczęśliwa, że mogła razem ze mną przebiec zawody. Ważne, że nie zniechęciło jej to do kolejnych imprez biegowych, a wręcz przekonało, że krążące po w ciele endorfiny są fajne. Teraz żona już nie biega, a raczej biega naprawdę rzadko, bo praca, a przede wszystkim wychowywanie dziecka, nie pozwalają jej na systematyczne treningi. Do poważnego biegania jednak na pewno wróci, bo obiecała, że kiedyś na pewno wspólnie przebiegniemy maraton. Będę cierpliwie na to czekał.

Oświadczyny po Krosie Grupy Trojmiasto
Fot. zbiór Darka

Co do reszty rodziny – tu już nie jest aż tak poważnie. Drugi mój brat z bieganiem miał styczność kiedyś, jako student AWF-u, a także jako sędzia piłkarski, ale teraz jego bieganie ogranicza się do grania raz w tygodniu w piłkę. No i wspomnianych przez ciebie zawodów w Luzinie, a konkretnie w biegu charytatywnego Skrzydło Anioła. Jedziemy tam zawsze całą rodziną, przede wszystkim dla Tomka, bo oprócz biegów ma tam miejsce paraolimpiada dla niepełnosprawnych dzieciaków i brat jest przeszczęśliwy, gdy może wziąć w niej udział. Zdrowy brat biega więc tam przy okazji. Pierwszy bieg wyszedł mu nawet wyjątkowo przyzwoicie, jak na brak treningów i udział niemalże z marszu, a także… widoczną oponkę na brzuchu, ha ha.

Rok później nie było już tak dobrze, ale najważniejszy był sam udział. Bo te akurat konkretne zawody są tak naprawdę nie dla nas, ale dla tych niepełnosprawnych dzieciaków, które zasługują na podziw, szacunek i wielkie oklaski. Luzino jest tak naprawdę najważniejszym dla mnie startem w roku, uwielbiam tą atmosferę, te zaangażowanie organizatorów i w ogóle cel imprezy – pomoc dla luzińskiej świetlicy. Przy okazji chciałbym namówić innych biegaczy, aby zapamiętali ten bieg, który odbywa się zawsze w czerwcu, i w przyszłym roku tłumnie stawili się przy okazji kolejnej edycji, bo mimo iż staram się namawiać innych, agitować, przekonywać, reklamować bieg, to frekwencja jest bardzo niska w porównaniu do innych imprez. A przydałoby się, by zjawiły się tam w końcu tłumy, bo naprawdę warto!

Darek i Magda
Fot. zbiór Darka

Reszta rodziny ogranicza się tylko do kibicowania, choć muszę powiedzieć, że swego czasu moja mama też troszkę biegała, ot po to, by utrzymać sylwetkę, w sumie nie wiem po co, bo powiem nieskromnie, że nie wygląda na swój wiek :). Obecnie kłopoty zdrowotne nie pozwalają jej już na bieganie. Tata zaś od kilku już lat zapowiada, że kiedyś może też spróbuje swych sił w bieganiu, ale na razie… na zapowiedziach się kończy. Może to i lepiej? Jeden wariat biegowy w rodzinie wystarczy :).

Na trasach często poruszasz się z wózkiem ze swoim synkiem. Bieganie z dzieckiem na pewno jest przyjemne. Co Ci się w tym najbardziej podoba? Na co trzeba się nastawić zamierzając wyjść na trening z dzieckiem w wózku? Jakie wyrzeczenia?

Darek: O tak, uwielbiam wspólne biegi z moim synkiem Robertem, a raczej on uwielbia biegać ze mną, bo to przede wszystkim jest wielka frajda dla dziecka. Robert już dobrze wie, kiedy idziemy biegać, bo na pytanie co będziemy robić, zaczyna charakterystycznie dyszeć ;). Fajnie jest móc tak wspólnie spędzić czas, bo to nas na pewno zbliża do siebie, a mały chłonąc tą całą biegową atmosferę być może też chwyci kiedyś biegowego bakcyla, co sprawiłoby mi wielką radość, choć na pewno nie będę na siłę namawiał go do biegania. Na razie tylko kilka razy synek biegł na własnych nogach. Po raz pierwszy rok temu w Luzinie, gdzie przebiegł całe 300 metrów, choć bardziej interesowały go wówczas kamienie leżące na drodze :). W tym roku było już lepiej. Luzino zaliczone zostało w pięknym stylu, bo mały walczył do końca, ale i bardzo cieszył się udziałem. Plus kilka innych, zwykle kameralnych i rodzinnych, zawodów. Ostatnio mieliśmy bieganie po plaży, przy okazji akcji Gdańsk Biega, ale wtedy zapału starczyło mu na jakieś 100 metrów, co i tak było wielkim sukcesem, biorąc pod uwagę podłoże, czyli grząski piasek. Ale liczy się, że kolejny etap rozwoju biegowego zaliczył, teraz to już na pewno będzie z górki ;).

mikołajkowy parkrun gdańsk

Pytasz też o nastawienie. Trzeba to na pewno lubić. Dziecko też musi mieć do tego pozytywne podejście, nie można na siłę zmuszać go do udziału. Trzeba też pamiętać, że taki trening trochę trwa, a nie każde dziecko będzie cały czas cierpliwie siedzieć w wózku. Robertowi na szczęście to nie przeszkadza, a wręcz rozsiada się w wózku niczym król i tylko brakuje jeszcze, by mną dyrygował i narzucał mi tempo, albo zarzucał, że zbyt wolno biegnę, cha, cha.  No i kosztuje to trochę więcej sił niż w normalnym treningu, bo dziecko i wózek trochę ważą, sam zresztą zauważam, że coraz ciężej pcha mi się wózek, ale nie dlatego, że ja robię się coraz słabszy, ale właśnie dla tego, że pasażer wózka robi się coraz cięższy :). No ale czego nie robi się dla dziecka. Poza tym tata też przy tym korzysta, bo niejako robi potrzebną biegaczowi siłę biegową.

Co do wyrzeczeń, chyba żadnych nie ma, przynajmniej ja takowych nie zauważyłem, a wręcz są z tego dodatkowe korzyści. Dla małego jest pewien rodzaj spaceru, przebywania na świeżym powietrzu, dla taty spędzenie czasu z dzieckiem, co jest ważne w kontaktach ojciec-syn. A dla mamy? Proste – tatuś idzie z dzieckiem na trening, więc mamusia ma wolne od facetów i całą chatę dla siebie :).

Dariusz Lulewicz

Nie da się ukryć, że często przesadzasz z nadmierną ilością treningów. Roztrenowanie nie bardzo wygląda u Ciebie jak roztrenowanie. Męczyłeś się również z różnymi kontuzjami. Czegoś się dzięki tym doświadczeniom nauczyłeś?

Darek: Ha, wiedziałem, że nie odpuścisz sobie tego tematu :). Tak, wiem, że biegam sporo, ale cóż – to jest po prostu mój nałóg. Jedni piją, drudzy palą, a ja biegam. Dużo, co skutkuje czasem kontuzjami. Palacz też doskonale zdaje sobie sprawę, że papierosy szkodzą, a mimo to pali, bo to jest silniejsze od niego. Podobnie jest u mnie. Nie potrafię zrezygnować na jakiś czas z biegania. Gdy z powodu kontuzji musiałem kiedyś na dwa miesiące zapomnieć o bieganiu myślałem, że zwariuję, dosłownie chodziłem po ścianach, tak bardzo moje ciało domagało się swojej porcji endorfin. Mało tego – gdy widziałem wtedy kogoś biegającego, aż zgrzytałem ze złości zębami i życzyłem mu, aby się… wywrócił. Wiem, to podłe, ale niech to posłuży za dowód, jak bardzo uzależniłem się od biegania. Powtórzę więc: nie potrafiłbym na jakiś zdecydowanie dłuższy czas nie biegać, nawet gdyby ktoś przystawił mi pistolet do głowy :). Nawet wspomniany przez ciebie okres roztrenowania jest u mnie nietypowy, bo jednak wtedy też biegam – co prawda znacznie rzadziej, znacznie krócej i znacznie wolniej. To nie do końca roztrenowanie, ja nazywam to luzowaniem od biegania.

Dariusz Lulewicz

Teraz i tak już biegam inaczej niż kiedyś, czyli ciut rozsądniej. Dawniej biegałem regularnie po 6-7 razy w tygodniu, czyli tak naprawdę nie pozwalałem ciału porządnie odpocząć, w dodatku lekceważyłem też ważną dla biegacza rozgrzewkę. Teraz tych treningów jest już 3-5 tygodniowo i tylko raz na jakiś czas zdarzy się większa ich ilość, ale zwykle to też jest wina… licznych biegowych przyjaciół, którzy co rusz wymyślają jakieś spontaniczne akcje biegowe, a ja z chęcią w tym uczestniczę. Rozgrzewka też jest obecnie ważną częścią treningu, choć przyznam, że czasem zdarzy mi się ją opuścić. Ale podejście do biegania na pewno mam inne niż dawniej. Po prostu zaczynam słuchać własnego organizmu. Ciało samo daje mi sygnał, że jest zmęczone i przydałoby się jednak odpuścić trening i dać mu odpocząć. I tak wtedy czynię. A gdy czuję, że mam okres fajnego samopoczucia, że super mi się przez kilka dni z rzędu biega – korzystam i cieszę się tym.

Nigdy nie stosowałem żadnego planu treningowego, bo nie dałbym rady aż tak się zmobilizować, by pilnować jego zaleceń – tego, że jednego dnia mam przebiec, powiedzmy 10km wolnym tempem, podczas gdy tak naprawdę energia mnie rozpiera i mam ochotę na dystans dwukrotnie dłuższy. I w drugą stronę. Plan kazałby mi zrobić długi wybieganie, a ja akurat nie miałbym na niego ochoty – bo czasem też się tak zdarza – i marzyłbym tylko o zostaniu w domu. Co wówczas mam zrobić? Przecież trzeba zrealizować ten cholerny plan. A tak robię to na co akurat mam ochotę, na co pozwala samopoczucie danego dnia. Zresztą, czy ja wiem, czy aż tak często biegam? Dobrze wiesz, że kilka ostatnio sprawdziłem to dokładnie i wyszło jak nic, że miałem w tym roku w sumie pięć miesięcy dni wolnych od biegania. Myślę, że to naprawdę sporo, choć wiem, że masz na ten temat odmienne zdanie, choć znam osoby, które biegają jeszcze więcej, a na pewno częściej niż ja. Zresztą w poprzednich latach tych dni biegowych było zdecydowanie więcej i w porównaniu do nich, to w tym roku naprawdę sporo odpuściłem. Skąd więc się wzięło aż tyle kilometrów, bo niedawno pękło mi 3500km przebiegnięte w tym roku? Ja po prostu biegam duże objętości na jeden trening, średnio jakieś 15-16km na jeden wypad, stąd wydaje się na pierwszy rzut oka, że rzadko odpoczywam, a wcale tak nie jest. Wydaje mi się, że mimo wszystko lepiej jest biegać 3-4 razy tygodniowo, ale dłużej, niż 5-6 razy w tygodniu krótsze dystanse.

A z tymi kontuzjami też nie jest tak źle – raptem było ich cztery czy pięć w przeciągu tych wszystkich lat :). Tak wiem, tłumaczenie nałogowca, ale i ktoś biegający z głową, pilnujący się, rozsądny nie uniknie kontuzji. Co rusz czytam o znajomych, których dopadła kontuzja, a wielu z nich to naprawdę doświadczeni biegacze, stosujący przemyślane plany treningowe. Jednak żeby było śmieszniej – częściej łapałem kontuzje czy jakieś drobne urazy w okresie gdy biegałem mniej, niż gdy szalałem z treningami. Zastanawiające, czyż nie?

Rodzinnie

Komentarze

Komentarze

One thought on “Marzy mu się bieg z bratem… – historia Darka Lulewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *