Wycieczka Biegowa na Górę Donas. Na skróty, czyli jakieś 2 km więcej

Nie ma w tym żadnej logiki. Jak kolejny raz wytłumaczyć, że jadę rano do Gdyni tylko po to, by przybiec do Gdańska? To samo robiłam przecież w ubiegły weekend. Tyle, że wtedy startując w zawodach, a teraz? Chyba jednak mimo wszystko brzmiało to lepiej niż gdy pewnego dnia oznajmiłam, że jadę do Tczewa, by przybiec do Gdańska. Gdynia – część Trójmiasta. Bliżej. Do tego w niedzielę miałam odpocząć, a tu już przed 6 rano z wielką trudnością zwlekłam się z łóżka. Tak naprawdę to przeklinając osobę, która wymyśliła tak wczesną godzinę. Tak wiem, wystarczyło spojrzeć w lustro by poznać sprawcę. Udział deklarowało ok. 20 osób. Nie mogło być inaczej. Trzeba było ruszać. Zresztą wiedziałam, że nie będę żałować. Mogłabym tylko gdybym została w domu. Przygoda czekała.

Trasę na ostatniej grupowej wycieczce zaproponował Paweł Szwed. Wystarczyło tylko wybrać dogodny termin i godzinę startu. Ustalić dojazd. Weekendy obfitują w imprezy sportowe. Ostatnia wyprawa pokazała, że nawet jak wybór jest duży, na rekreacyjne bieganie – zwiedzanie chętni się zawsze znajdą. Padło na 2 sierpnia.

Przed 7:30 na pętli w Oliwie zbierała się coraz większa grupa biegaczy. Niektórzy zdecydowali się przybiec. Inni skorzystali z dobrodziejstw komunikacji miejskiej. Zresztą i ta pomóc nam miała w dotarcie na start wycieczki – okolice Gdyni.

Na gore Donas
Fot. Mirek Jasinski

Około 8 dotarliśmy na miejsce – ul. Rdestową. Kolejne osoby już czekały. Pokręciliśmy się jeszcze kilka minut w okolicach przystanku. Kolejne osoby dołączały. Wreszcie w liczbie ok. 20 osób ruszyliśmy w drogę.

Na gore Donas
Fot. Paweł Szwed

Na początek Góra Donas. Nie miałam okazji na niej jeszcze być. Choć znajduje się w rejonach żółtego szlaku Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, a ten już pokonywałam. Nasuwało się również pytanie jak mocno ten najwyższy punkt Gdyni wymęczy nas na początek. No i czy może być coś czym nas te niedzielne bieganie zaskoczy? Przecież tereny powrotu znajome. No chyba, że większość się zgadza na czyjąś improwizację.

Ścieżka okazała się być dość łaskawa. Na 205,7 m n.p.m. wiodła trasa z lekkim nachyleniem. I tylko z jednym nieco bardziej stromym podbiegiem. Wyjątkowo łatwo. Od przystanku – ok. 1,6 km.

Na górę Donas
Fot. Kamil Szulc

Na szczycie czekała wieża telekomunikacyjna z platformą widokową. Mierzącą 70 m. Z tarasem widokowym na 26,5 m. W czasach II Wojny Światowej służyła jako punkt widokowy.

Gora Donas
Fot. Zibi Jakubek
na gore Donas
Fot. Mirek Jasiński

Po zwiedzeniu głównej atrakcji, napawaniu się pięknymi widokami, ruszyliśmy w drogę powrotną. Wyjątkowo pogoda dopisała. W ostatnich dniach przypominała już jesień, tymczasem w niedzielę jakby lato wróciło. Zwłaszcza na otwartych przestrzeniach promienie słońca były odczuwalne pomimo dość wczesnej pory. Na zegarku było ledwo po 8.

Dalszy plan zakładał bieg żółtym szlakiem. Do Oliwy, a dla chętnych do Wrzeszcza. Trasa przyjemna. Tempo spokojne. W końcu i poziom nas biegających był różny.

Fot. Mirek Jasiński
Fot. Mirek Jasiński

Po drodze na chwilę zatrzymaliśmy się przy Źródle Marii, gdzie można się było schłodzić wodą. Niektórzy zrobili przerwę na śniadanie. Jako danie – dominowały banany. Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy gdzieś było napisane by je zabrać. To już chyba taki stały ekwipunek biegacza. Ruszyliśmy dalej. Las i dobre grono znajomych. Bardziej lub mniej lubiących bieganie. Przeróżne tematy rozmów. W grupie raźniej, nie wszyscy są w stanie zmotywować się do samotnego, dłuższego pokonywania kolejnych kilometrów. Te mijały szybko, gdy się człowiek zagadał.

Bez większych trudności dotarliśmy w okolice Osowej. Ktoś zażartował by się nieco schłodzić i przebiec przez galerię miejscowego hipermarketu. Tak też się stało. Co prawda swoim widokiem zadziwiliśmy chyba niejedną osobę będącą w pobliżu. Uśmiechy nie opuszczały. Niestety uczestnicy tak.

W zależności od preferencji w swoje kierunki odbijały kolejni kompani wyprawy. Wracający na śniadanie, by resztę niedzielnego dnia spędzić z rodziną. Z ekipą biegnącą do Wrzeszcza – 6-osobową, znaleźliśmy się na Drodze Węglowej. Tempo lekko zostało podkręcone. I to tu zdarzyło się coś, dzięki czemu tradycja biegu z przygodami została podtrzymana. Przed sobą mieliśmy długą asfaltową prostą.

– Ja bym tu odbił na prawo. Trochę eksperymentalnie – powiedział Paweł. Nie bardzo chcący podążać dalej asfaltem. Na prawo rozpościerała się nieco błotnista od ostatnich ulew ścieżka. Lekko pod górę. Doskonale wiemy jak dotychczas kończyły się takie pomysły. Mimo to wszyscy się zgodzili. Droga asfaltowa na końcu też skręcała. Była nadzieja, że lekko skrócimy wycieczkę. Mało kto był nastawiony i przygotowany na dłuższe bieganie niż 20 km.

Znów znaleźliśmy się w bardziej gęstej części lasu. Gdzie wybiegniemy za bardzo nikt nie wiedział. Gnaliśmy przed siebie. Tylko, że coś było nie tak. Żadnego rozwidlenia, by znów wrócić na prawo na nieco bardziej główną drogę. Wszystko wskazywało na to, że podążamy w stronę lotniska. Zapadłą decyzja o biegu na przełaj. Wytyczając własną ścieżkę między drzewami. Wybiegliśmy na rozjeżdżoną trasę pod górę. Nie mając kompletnie pojęcia gdzie jesteśmy. Paweł ze stoickim spokojem przegryzał kanapkę, którą wyciągnął z plecaka. Wiedziałam, że coś dotąd było coś dziwnie „normalnie”. Znów nieco w prawo i w dól. Widok jadącego rowerzysty z naprzeciwka nas bardzo ucieszył.

– Dokąd dobiegniemy? – Paweł – sprawca zamieszania wypytał.
– Do Drogi Węglowej – usłyszeliśmy.

Po chwili byliśmy znów na głównej drodze asfaltowej. Na tej samej, którą Paweł nie chciał biec. Tylko, że teraz staliśmy z jakieś 80 m dalej. Zamiast jednak 80 m, zrobiliśmy koło 2 km. Taka to droga na skróty. Wszyscy widząc to wybuchnęliśmy śmiechem. Przecież Paweł spieszył się do Żony Ani, która już wcześniej wysłała SMSa.

Dla mnie zaczynały się schody. Na szczęście jak się okazało nie tylko ja odczuwałam coraz większe zmęczenie. W nogach było ledwo 20 km, a ja miałam wrażenie jakbym była na 55 km TUTa. Do domu nie było jednak tak blisko. I asfalt wiódł pod górę do Szwedzkiej Grobli. Na szczęście okolicę znałam znakomicie. Do parkingu ok. 5 km, a do domu jeszcze z 3. Motywacją stał się sklep. I ochota na zimny napój. Znajomość trasy okazała się przydatna. Wiedziałam na jakim skrzyżowaniu gdzie skręcać. I dobrze. Przy jednym rozwidleniu znów ktoś kierował bardziej w stronę Oliwy. Miałam już zwyczajnie dość. W ten słoneczny dzień, po 22 km biegu marzyłam o zimnym napoju i wylegiwaniu się w łóżku. Choć wiedziałam, że na to drugie znów zabraknie czasu.

Na pożegnanie lasu – bieg góra-dól. I znów wymiana zdań, że u nas prawie jak w górach miejscami. I wreszcie oczom ukazała się cywilizacja. Ulice, chodniki, bloki. Sklep. Jak niewiele potrzeba do szczęścia.

To była kolejna fajna, wspólna wycieczka. Na pewno nie ostatnia. Gdzie udamy się na kolejną? Pierwsze pomysły już są.

trasa

Przewyższenia:

przewyzszenia

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *