W poszukiwaniu motywacji…

Zbliża się Nowy Rok. Nowe postanowienia. Znów siłownie zapełnią się. Na ścieżkach biegowych zrobi się tłoczniej. Bardziej zmobilizowani wytrwają miesiąc, nieliczni zmienią coś na dłużej. Skąd czerpać motywację? – dostaje zapytania. Ostatnio często. Jak wstać na trening, gdy pora wydaje się być nieludzka. Idealna by co najwyżej przekręcić się na drugi bok. Jak wyjść z domu, gdy temperatura za oknem zachęca by usiąść pod kocem z herbatą. Zrobić kilka tych ćwiczeń, tak bardzo nie lubianych. Mawiają przecież że trzeba.

sciezka

Nie, wcale nie jest tak kolorowo. Bywa, mi też się nie chce. Chciałabym czasem poleniuchować. Usiąść z herbatą i dobrym filmem. Pospać do późna i nie czuć, że marnuje czas. Mój tryb życia bywa szalony. Jestem na drodze, która wybrałam sama. Wyboistą. Z górami i dolinami. Ciekawą. Nie zawsze dźwięk budzika zmobilizuje do wstania. Poranny trening zamieniam na wieczorny. Choć czasem ciężko, ruszam. Rano – mobilizuje wschód słońca. Niebo, pełne barw. No dobra, czasem chmur. Jedno pewne – kawa na rozbudzenie już nie jest potrzebna.

Żyjemy w czasach, w których ważną rolę odgrywa czas. Najlepiej zdobyć coś szybko i przy jak najmniejszym wysiłku. Niestety nie działa to w sporcie. Osiąganie jak najlepszych wyników wymaga sporo wysiłku. Mimo to spotkać się można z wieloma artykułami, poradnikami przekonującymi, że wystarczy tylko odrobina ćwiczeń bądź też krótki trening, dzięki któremu uzyskamy wymarzoną sylwetkę czy poprawimy swoje rezultaty. W sytuacji, gdy ktoś po kilkunastu latach wstaje z kanapy i postanawia coś zmienić w swoim życiu, faktycznie wystarcza niewielka liczba systematycznych ćwiczeń, by zauważyć poprawę kondycji. Z czasem jednak kolejny wzrost możliwości organizmu wymaga coraz większych nakładów treningowych. Potwierdzają to słowa Billa Dellinger: „Dobre rzeczy przychodzą z czasem, szczególnie w bieganiu długodystansowym.”

Nie wszyscy przepadają za bieganiem jako formą aktywności na stałe wpisane w tygodniowy plan zajęć. Są tacy, co niegdyś z uwagi na zmuszanie do biegania podczas zajęć w-fu, wręcz nienawidzili tego, zaś po zakończeniu edukacji – pokochali. Bywa, choć ktoś biega już dłuższy czas, to zwyczajnie nie znalazł w tym swojej iskierki, przerzucił się na inne dyscypliny, bądź też biega ale bardziej z przyzwyczajenia niż przyjemności. Zdarza się, brak radości z samej aktywności rekompensują ją spotkania ze znajomymi czy też przyjaciółmi na treningach.

Co mnie motywuje? Ludzie, którymi się otaczam. Przygody. Chęć poznawania. Ruszania w nieznane. Cele, które sobie stawiam. Ambitne. Biegi ultra. Nie oznacza to od razu, że trzeba startować na 100 czy 200 km. Dla kogoś może to być ukończenie maratonu w przeciągu roku, zdobycie Korony Maratonów Polskich, bądź też uzyskanie określonego wyniku na danym dystansie albo zmierzenie się z biegiem ultra czy też ekstremalnym. Cel łatwy – nie będzie budził dużych emocji. „Ambitne”, choć często wymagają sporych poświęceń, a także niejako konieczności akceptowania bólu, sprawiają, że po ich osiągnięciu np. przekroczeniu mety danych zawodów, jesteśmy niezwykle szczęśliwi. Czujemy ogromną satysfakcję. Znajdujemy w sobie nową siłę. Nasze chęci do dalszego wysiłku wzrastają. Widzimy bowiem, przynosi on efekty. Jak zresztą pisze Matt Fitzgerald:

„Zatrzymanie stopera w chwili ukończenia wyścigu ma bowiem dziwną moc, uzależniającą do tego stopnia, że jak tylko wyjdziemy spod prysznica, już planujemy udział w kolejnych zawodach.”

Wraz z rozpoczynaniem aktywności niejako wprowadzamy zmiany w naszym codziennym życiu. Czasem drastycznie. Zdarza się, ale nie zawsze, na początku dochodzi do fascynacji. Jakże wielu po wejściu w aktywny tryb życia, jest w stanie rozmawiać tylko o tym. Czyta wszystkie możliwe książki, artykuły jakie tylko wynajdzie. Człowiek wpada w obsesję na punkcie nowego hobby. Dochodzi do zachwiania równowagi. Wg psychologów jest to jednak normalne i naturalne zjawisko. Nie trzeba się go bać. Rozpoczynając przygodę ze sportem zaczynamy startować. Po każdym przekroczeniu linii mety jesteśmy coraz bardziej „głodni”. Na treningach wydłużamy kilometraż bądź też przyspieszamy. Z czasem każdy po zachłyśnięciu się nieco zwalnia. Z własnych obserwacji, powiem, że chyba jedną z najczęstszych przyczyn jest właśnie kontuzja. Adaptacja wymaga czasu.

Wracając do postanowień. Nie mam ich. Wytyczam cele i do nich dążę. Mierzalne. One są moim motywatorem. Nawet jak się nie chce, wiem – każdy trening to krok bliżej do realizacji marzeń. Planując poranne bieganie – odzież przygotowuję dzień wcześniej. Szkoda później, by bezczynnie leżała cały cały dzień na krześle. Przełamuje się bariera – lenia. Każdy z nas trochę w sobie go ma. Drobne bitwy, które toczymy sami ze sobą budują naszą siłę. Bariery mogą być różne. Logistyczne – związane z czasem. Zdaje się, że to jedna z najczęstszych wymówek jakie słyszę od znajomych. Jednak jak i zawsze powtarzam – „Kto chce szuka sposobu, kto nie chce szuka powodu”. Znacznie większą jest chyba bariera psychologiczna. Niejako zwątpienie we własne możliwości, czy też się do tego nadajemy. Przecież jest tylu lepszych zawodników, a początkujący może co najwyżej zamykać stawkę. Początki nigdy nie są łatwe, często osiąganie obecnych wyników przez wielu wymagało wcześniej sporego nakładu pracy. Nikt od razu nie został mistrzem. Chyba każdy z już biegających przez ten etap przechodził.

Co prawda już to wspomniałam. Największą motywację znajduję w ludziach. Słowach, wiadomościach i mailach, które dostaję. Wspólnych treningach, wyprawach, spotkaniach. Bieganie, choć sport indywidualny, to warto móc dzielić się wiedzą i przygodami z innymi. Zawsze ktoś znajdzie grupę otwartą dla siebie. Oczywiście czasem lubię pobyć sama ze sobą na szlaku. Najważniejsze są chęci. Nawyk zrobi resztę. Radość po treningu czy starcie, satysfakcję, będziemy chcieli poczuć wciąż na nowo.

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *