Podróż w poszukiwaniu siebie – Sztuka Cierpienia

Sport zmienia życie. Ludzi. Dowody są na każdym kroku. Ponury facet po 50-tce z nadbagażem w ciele, dziś maratończyk. 40-paro letnia kobieta niewierząca w siebie. Dziś dumna i szczęśliwa triathlonistka. Startująca w  podkreślających sylwetkę strojach. Takich przykładów wymieniać można wiele. Bardziej lub mniej drastycznych zmian. Inspirujących innych. Napędzających machinę. Czasem sport to drzwi do nowego świata. Niekoniecznie łatwego. Wymagającego wyrzeczeń. Jak i również będącego szansą na lepsze życie. 

sztuka cierpienia

Książka „Sztuka cierpienia” Niemeyer Shane zaintrygowała tytułem i okładką. Nie szukałam streszczeń, recenzji. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie wymagałam. Po prostu otworzyłam pierwsze strony. Zaczęłam czytać. Zanurzając się w świat zatraconego społecznie człowieka. Więźnia. Fizycznego oraz psychicznego. Narkomana i pijaka. Czującego potrzebę bycia docenienia. Bycia najlepszym – niekoniecznie w pozytywnych aspektach. Znającego bezdomność.

„Sztuka Cierpienia” to podróż w poszukiwaniu siebie. Wychodzenia z dna. Człowieka żyjącego bez celu. Szukającego śmierci. Dosłownie. Socjopaty. Warto dawać ludziom szansę – kryminalistom? Okazuje się, nie brakuje i dla nich pomocnej ręki. Czy możliwe by człowiek aż tak się zmienił? A jednak. Każdy potrzebuje celu. Większego. Głębszego. Niż kradzież, by zdobyć pieniądze na narkotyki czy alkohol. Pozwalającego poznać się, a nie zatracić. Sport może zastąpić wstrzykiwane prochy? Tak. Najważniejsze to znaleźć umiar. By nie wyniszczać swego organizmu.

„Wiem też, że nie mogę być takim egocentrykiem do końca życia. Ironman jest niezwykle egocentrycznym wyzwaniem (…) Trening oraz wyścigi wypełniają moje dni i myśli tak jak kiedyś branie narkotyków, a choć dobra kondycja bezsprzecznie niesie ze sobą korzyści zdrowotne, to obsesyjne skupienie na dowolnej czynności do niczego dobrego nie prowadzi. Mam świadomość, że zamieniłem jedną skrajność na drugą.”

Mało jest w niej opisów zawodów. Wielkich osiągnięć. Choć wielu i tak może zazdrościć wyników. Nie tak łatwo znaleźć się na liście zawodów Ironman Kona. Już sam start w Ironman (3,86 km pływania, 180,2 km jazdy na rowerze i 42,195 km biegu) budzi podziw. Trudno szukać też porad. Chyba, że poprzez niepowtarzania błędów autora. Chwilami poczuć się można jak na trasie zawodów. Triathlon, połączenie trzech dyscyplin nie jest bułką z masłem. 

„Spośród licznych wypadków, w jakich uczestniczyłem przez lata, mogę wymienić potrącenia przez samochody, przejechanie przez dżipa, wmeldowanie się autem w słup trakcyjny, dachowanie przy stosunkowo dużej prędkości, celowe okaleczanie się i przypiekanie ogniem, a jednak po żadnym z nich nie miałem takiej traumy jak po tym triathlonie.”

Książka to również lekcja. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Odbić się można i wypłynąć na powierzchnię nawet z samego dna. Trzeba tylko chcieć. Zarazem umieć zamknąć przeszłość. Nie wracać do niej. Tego autor też się uczy. Bywa, ma się ochotę podczas lektury, zamruczeć  pod nosem – no przestań się już nad sobą użalać. Weź się w garść. Już z tym skończyłeś.

„Bez względu na to, jak czarno widzimy przyszłość, każdego dnia, w każdej chwili możemy zacząć wszystko od nowa. Czasem wyzwaniem jest samo stanięcie na linii startu. Ale gdy ci się to uda, energia zgromadzonych ludzi poniesie cię dalej. Kiedy myślisz, że to już koniec, pojawi się ktoś, kto powie dokładnie to, czego ci trzeba – byś się nie poddawał. Musisz patrzeć w przyszłość, iść przed siebie i się nie zatrzymywać. Każdy dzień wykorzystywać do ostatka, a w najgorszym razie pamiętać o tym, że nazajutrz będziesz miał kolejną szansę.”

Książkę szczerze polecam.

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *