Recepta na ultra? Poznanie siebie

5, 10, półmaraton, magiczne 42,195 km… Często pada pytanie co dalej? Nowe rekordy życiowe? Może coś innego? Biegi ekstremalne czy ultra? Te zyskują coraz więcej zwolenników. Są tacy, nawet cenieni trenerzy, co uważają to za ucieczkę od prawdziwego treningu – prędkości. Zazwyczaj z tymi rodzajami biegów nie mieli nigdy żadnych styczności. Wybieramy to na co mamy ochotę, realizując własne cele. Kolejne schody. Jak trenować? Co jeść? Gdzie startować? Ilu ultrasów – tyle opinii. Żadnego uniwersalnego leku na sukces. Choć pod względem składu jesteśmy podobni do siebie, to zarazem zupełnie inni. Tak jak ultra. Tu trudno porównać wyniki nawet z tej samej imprezy. Warunki pogodowe mają znaczenie. Nieprzewidywalność – pociąga. Za pierwszym razem – przeraża. Tu jakby pierwsze razy są zawsze: na 50, 60, 80, 100, 150… W górach tych czy innych. Na mniejszych bądź większych przewyższeniach, po płaskim…

Treningi? To długi temat na osobne wpisy. Ze swoimi eksperymentuję. Widzę efekty. Utra wymaga czasu. Jak wszystko co ma przynieść długotrwale korzyści. Systematyczne zwiększanie kilometrażu. Cierpliwość, motywacja – bez tego będzie ciężko. Rady innych – warto słuchać. Każdy z nas ultra przeżywa inaczej. Zmaga się z przeciwnościami. Możemy próbować sposobów innych. Uniknąć niektórych błędów.

Moje pierwsze ultra? Rzeźnik. Wystarczył. Zatraciłam się w terenach górskich/leśnych. Obcowanie z przyrodą. poczucie wolności, napawanie widokami. Sprawiają, że na trasie czuję się tu i teraz. W odpowiednim miejscu i czasie. Nawet jeśli jakaś cząstka mnie przeklina każdy kolejny podbieg, kolejny kilometr, po którym ciało zaczyna się poddawać. Dlatego często mówi się – ultra biegnie się głową. Nie ma możliwości by coś nie bolało po kilku/kilkunastu godzinach wysiłku. Trzeba to zaakceptować już na starcie. Tak jakby masochizm. Nagrodą – satysfakcja. Z pokonania własnych ograniczeń, barier stawianych. Słów – „nie dam rady”. Ultra to coś więcej niż bieg. Przygoda. Pozwalająca poznać samego siebie.

Czego nauczyło mnie ultra? Nie ma rzeczy niemożliwych. Chcesz, próbujesz, nie tym razem to innym. w końcu zdobędziesz. Nawet jeśli dopadają Cię myśli –  nie dasz rady zrobić kolejnego kroku. Kilometr wydaje się być wiecznością. Jesteś gotowy zasnąć pod każdym mijanym drzewem. Siła jest w Tobie, we wsparciu Przyjaciół. Słowa otuchy, gdy cierpisz na trasie, ba, przeklinasz, bo jeszcze za to zapłaciłaś/eś, bywa niemałe pieniądze, pomagają. Wystarczy świadomość, ktoś – gdzieś trzyma za Ciebie kciuki. Zapewne przy okazji nazywając – szaleńcem. Porywającym się w podróż w nieznane. Ultra za każdym razem to nowa historia.

Sprzęt? Ma znaczenie. Głównie ze względu na komfort. Gdy docierasz do momentu w którym przeszkadza Ci wszystko, każda mała rzecz jest istotna. Pęcherze, obtarcia. Najlepiej robić wszystko by ich uniknąć. Inaczej zacznie się droga przez piekło. Bolesne. I długo leczące się rany.

Wygrana? W ultra wygrywasz przede wszystkim ze sobą. Możesz stawiać sobie poprzeczki czasowe, gonienia kolejnych osób. Tyle, że najtrudniejszym przeciwnikiem jest własna głowa. Zmuszająca ciało do coraz większych wysiłków. Próbujesz zagłuszyć własne myśli. Chęci poddania. Zawodnicy, nie są to typowi rywale, zazwyczaj u wszystkich znajdziesz pomoc i radę w razie potrzeby.

Ryzyko? Wpisane w tę dyscyplinę. Nieprzewidywalność, o której wspominałam, niesie je ze sobą.

Za co kocham ultra? Za te wszystkie wspomniane aspekty. Za możliwość sprawdzenia. Stawiania kolejnych poprzeczek. Motywację do realizacji marzeń. Niegdyś mało prawdopodobnych. Za uczucie spełnienia. Nie ważne które miejsce zajmujesz. Za wspaniałych Przyjaciół, których dzięki temu mogłam poznać. Za ten własny kawałek świata, na szlakach, dający energię do działań na co dzień.

13709891_985693551498993_542836690003596745_n

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *