Nigdy więcej? 51 Ekstremalny Rajd na Orientację Harpagan

– Mówiłaś nigdy więcej.
– Zapewne miałam na myśli, nigdy więcej w 2015 – odpowiedziałam bez zastanowienia. Znów pakowałam się na kolejną edycję Ekstremalnego Rajdu na Orientację Harpagan. Tym razem mądrzejsza. Choć nie spodziewałam się, że słów „nigdy więcej” w ciągu nadchodzącej doby użyję jeszcze tyle razy.

Kiedy myślałam „harpagan” przed oczami ukazywał mi się obrazek. Las, ulewa, rozstaj wąskich dróg, 23 godzina zmagań na trasie. I ja, choć wciąż na nogach, to nieco skulona. Ze łzami w oczach. Kompletnie nie panująca nad trzęsącymi się nogami. Czekająca jak na zbawienie, że ktoś wskaże dobry kierunek. Jak ja to wtedy ukończyłam mieszcząc się w limicie? Doprawdy nie wiem. Wędrówki na oparach za bardzo się nie pamięta. Balansowałam na krawędzi. Trochę z własnej głupoty. Jeśli myślisz, że ze sporym deficytem snu swobodnie pokonasz ponad 100 km, to się mylisz. Powinnam się cieszyć, wszak do mety dotarło tylko ok. 50 osób z 300. Pozostał niedosyt, nie w takim stylu powinno się kończyć. Za namową Pawła Szwed zapisałam się na kolejną edycje. Wiedziałam jakich błędów nie popełnić. Najważniejsze – odpoczynek, a głównie sen. W moim trybie życia czasem o niego ciężko. Byłam świadoma, jeśli go zabraknie, to start mogę sobie odpuścić.

Harpagan to takie prawdziwe ultra. Tu nikt nie oznaczy trasy. Możesz wybrać swoją drogę. Nie ma jedynej słusznej. Rozpatrywać je co najwyżej można w kategoriach odległości czy trudności. Raczej nigdy te dwa kryteria nie idą ze sobą w parze. Nie ma typowych punktów odżywczych, choć podczas tej edycji gdzieniegdzie uzupełnić można było wodę. Nigdy też nie wiadomo ile wynosi dokładny dystans. 100 km to jest w linii prostej. Zdarzy się pobłądzić, nawet gdy jesteś już na końcówce. Gdy ciało odmawia posłuszeństwa, trzeba je przekonać do tych kilku nadprogramowych kilometrów. Zgodnie z mottem, które przyświeca rajdu – „Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono”.

Baza tej edycji została zlokalizowana w szkole w Bytowie. Start – na zamku. Punktualnie o 21:00. Chwilę wcześniej wg numerów startowych – odbiór map obejmujących pierwszą pętle. Do znalezienia 8 punktów, 9 – w bazie. Ze sceny słychać odliczanie – 30 s, 15 s. Jakoś zatrważająco szybko upływają. Pada przyjemna mżawka. Ze wszystkich stron odbijają się światła czołówek. W powietrzy unosi się lekki strach przedstartowy mieszany z rządzą przygód. Tak, to chęć przeżycia czegoś sprowadza tu ludzi. Ostatecznie startujemy razem ze Zbyszkiem Kordułą. Jest też Witek Noga, leci jednak dużo szybciej. Choć my też nie zamierzamy się szczędzić.

przed startem

Już na początku próbujemy wyprzedzać. Lawirując między tłumem (jak mnie irytują osoby wymachujące kijkami do nordic walking) wybiegamy na główną ulicę, by za chwilę wskoczyć w leśny krajobraz. Biegniemy dość szeroką, utwardzoną ścieżką, Zadziwiając się ile tu jezior i rzek jest w okolicy. Spoglądam na zegarek. Nie dowierzam. Kilometry mijają niemal nieodczuwalnie. Wiem już jedno, będzie lepiej niż jesienią. Czuję się dobrze. Biegniemy. Widzimy fotografa, uśmiechamy się do zdjęć.

Harpagan 51/ fot. Aleksander Jasik
Harpagan 51/ fot. Aleksander Jasik

Dalej prosto, choć inni skręcają w prawo. Po chwili orientujemy się – my też powinniśmy. Na przełaj między drzewami wracamy na właściwą ścieżkę. Bez większych problemów docieramy do pierwszego punktu – parkingu przy jeziorze Głęboczko. Już z oddali widać światła i lampion. Odrobinę nadłożyliśmy dystansu. Podajemy numery startowe, odbijamy na karcie i dalej w drogę. Zbyt dobrze się biegnie. Tyle, że okazuje się – w złym kierunku. Zawracamy? Zbyszek sugeruje by pobiec trochę naokoło. Nadrobimy dystansu, ale może czasowo wyjdziemy na tym nie najgorzej. Po szerokiej ścieżce swobodnie się biegnie. Chyba nawet zbyt. Nie spoglądam na ziemię. Potykam się o kamień. Na szczęście nie wywracam. Żartuje – na coś przydały się ćwiczenia z wytracania równowagi. Meldujemy się w drugim punkcie mając już w nogach 2 km więcej. Trochę niepokojące, ale nie przejmujemy się tym zbytnio. Ruszamy dalej w zarośla Helenowo. Niekoniecznie kierując się ścieżkami. 4,5 km minęło błyskawicznie. Nieodczuwalnie. Podbijamy kolejne punkty bez strat dystansu: 4 – na rozwidleniu ścieżek, 5 – rozwidlenie dróg w Chabzewo i 6 – w pobliżu jezioro Leniwe. Tym razem przy namiocie nie widać lampionu. Gdzie jest? – pytamy się. Na końcu kładki – uzyskujemy odpowiedź. Drewniany pomostek, deszcz sprawił, że zrobiło się na nim dość ślisko. Na samym jego końcu czeka lampion. W nogach już ponad 30 km, a komfort dość spory. Nadrabiamy zaległości miejscowe spowodowane początkowymi pomyłkami. Znów jesteśmy coś w okolicach 40-50 miejsca.

Jest kolo 2 w nocy. Czas coś przegryźć. Wyciągam drożdżówkę. Wyjątkowo mi nie smakuje. Za słodka. Lecimy szukać zaznaczonej na mapie 7. Wybiegamy z drogi. Na rozstaju stoi chłopak, szczupły ok. 180 cm wzrostu, popija zdaje się energetyka. Widząc nas zaczyna zagadywać. Jego ekipa go zostawiła i pobiegła dalej. Go złapały skurcze. – Powodzenia i cześć – rzucił Zbyszek, kierując nas dalej. Odwracam się. Biegnie za nami. Zatrzymujemy się. On też. Po chwili słyszymy za plecami – to ja przyłączę się do was. Nie specjalnie się nam to podoba. Właściwie to w ogóle, irytuje mnie swoją osobą. Okazuje się, Zbyszka również. Często na imprezach sportowych można spotkać bardzo sympatycznych ludzi, ale on do nich zdecydowanie nie należy. W takiej sytuacji bym się pewnie spytała czy mogę dołączyć – tak by chyba wypadało. Schodzimy po skarpie do innej drogi, on za nami. Mamy w nogach już dystans maratonu i spora motywacje by zgubić „sępa”. Przyspieszamy. Sprzyja odcinek drogi asfaltowy Nie tylko oddalamy się od niego, ale i wyprzedzamy ekipę przed nami, zostawiając wszystkich daleko w tyle.

Za leśniczówką odbijamy w las. Nie widzimy już nikogo. Droga wiedzie na szczyt góry Siemierzyckiej – 7 punktu. Lampion umiejscowiony został na szczycie, ale wieży. Drewnianego punktu widokowego, przypominającego trochę nasz trójmiejski „Pachołek”. Nie widać nic, rozpościera się ciemność. Jest dobrze po 2 w nocy. Za dnia pewnie i jest tu ładny widok, teraz ogranicza się do zasięgu czołówki. Inni być może coś jeszcze zobaczą. Wszak czynny jest do godz. 13:00. To tylko utwierdza nas w przekonaniu – jest dobrze z czasem. Zbiegamy w dół, mijając całą grupę zawodników. We wsi na drogę przed nami wyskakuje pies – kundel. Nie jest przyjaźnie nastawiony. – Masz gaz? – pyta Zbyszek. Dopiero wtedy uświadamiam sobie czego zapomniałam spakować. Zazwyczaj na długich wybieganiach pod ręką, a teraz…brak. Zbyszek schyla się po kamień. Niepewnie idziemy. Okoliczni czworonodzy mieszkańcy nie byli zadowoleni z naszej obecności. Włączają się do szczekania. Tyle, że od innych odgradzał nas płot. Od tego – nie. Uff, można odetchnąć. Odbijamy begiem w polną drogę. Skok przez rów do lasu. Przecinka dziwnie zanika. – Mamy zły kierunek – dodaje Zbyszek. Gdzie my jesteśmy?

W lesie panuje cisza. Taka budząca aż trochę niepewność. Podnosząca adrenalinę, gdy do głowy zaczyna docierać co robisz – nocą ganiasz po nieznajomym lesie. Czy to bezpieczne? Co jakiś czas odezwie się jakaś zwierzyna. Pohukiwanie sowy. Gdzieś indziej trzask gałęzi. Jednocześnie ten spokój i dzikość ma swój urok. Pozwala całkowicie oderwać się od codziennego miejskiego zabiegania, mimo, że wciąż jesteśmy w biegu.

Lekko na przełaj wybiegamy na asfaltową drogę. Z niej szukamy przecinki w bok. Znajdujemy, choć bez pewności czy to ta właściwa. Pozostał ostatni punkt na tej pętli. Zbyszek zapatrzony w mapę wpada w jedyną kałuże w okolicy przykrytą liśćmi. Zatrzymujemy się, by wylał spokojnie wodę z buta. Znów nakładamy dystansu. Zaczynamy podążać na azymut. Miedzy drzewami, krzakami. Po terenach bagiennych. Stopa łatwo się zapada. Nie pierwsza to już dzisiaj taka przeprawa Skaczemy przez rów z rzeczką. Trzeba znaleźć wyjście z tych bagien. Znów przez rów. Ktoś tu jest. Inny zawodnik. Mówi – tędy. Faktycznie, po gałęziach łatwo przejść, gdy jednak przedostajemy się na drugą stronę – nikogo już nie widać. – Widziałaś, gdzie poszli? – pyta Zbyszek. Nie mam pojęcia – odpowiadam. Skupiłam się na przejściu bez wpadnięcia w bagniste tereny. Zbyszek szuka na prawo, ja na lewo. Żadnego miejsca, gdzie można by spokojnie się przedostać. – Raz się żyje, najwyżej zgubię buta – rzuca Zbyszek i przeskakuje przez rzeczko-bagienko. Spokojnie się da mocząc tylko jedną nogę – dodaje. Waham się przez chwilę. Skaczę. W końcu raz się żyje. Jedna noga ląduje w nieprzyjemnie grząsko – mokrym gruncie. Zabrałam dobre buty na takie warunki, dają radę. Kolejny przeskok. Przez błoto kierujemy się odmeldować na 8 punkcie.

– Zmoczone nogi? – pyta zawodnik, którego doganiamy. Jedna – odpowiada Zbyszek. – Ja dwie – zagaduje biegacz. Na punkcie czeka kubek wody. Żartujemy z obecnymi na nim ratownikami, że ciężko do nich dotrzeć. Słyszą to nie po raz pierwszy. Znów nadrobiliśmy, a tym samym spadliśmy na niższe pozycje. Wiemy jednak, wszystko rozegra się na drugiej pętli. Do Bytowa wracamy poboczem głównej drogi. Na szczęście mało ruchliwej o tej porze. Co jakiś czas tylko przemknie jakiś samochód.

Bytów jeszcze zaspany. Odbieramy mapę. Mamy dobry czas. Ponad 2 godziny lepiej niż jesienią. I jakieś ok. 4,5 km nadto. Nie jest tak źle. Kierujemy się do samochodu uzupełnić zapasy jedzenia. Decyduję się na zmianę butów. Pierwszą pętle poleciałam w ASICS FujiRunnegade, na bagnach, błotach, gałęziach sprawdziły się. Zresztą nie na pierwszą wyprawę je zabrałam. Teraz decyduje się na Asics Pursue 2. Czuję się jakbym przesiadła się z malucha do mercedesa. Miękko. Co prawda nie wiem jak sobie poradzą w mocnym przełaju, ale nogi czują już lekkie zmęczenie. I to jest to czego potrzebuję. Niepokoi ból łydek. Dotąd na zawodach umierały mi dwugłowy, stopy…ale nie łydki. Wiem jedno, nie ma opcji by zrezygnować. Wiedziałam od startu, będzie bolec. I trzeba ten ból pokochać. To jest Harpagan. W najgorszym wariancie za ok. 11 godzin będzie po wszystkim.

Nie tracąc zbytnio czasu ruszamy na drugą pętle. Już jest jasno. Czołówkę chowam do plecaka. Prosi się o drogę na skróty przez pole. Istnieje obawa, ze wylądujemy na prywatnym terenie. Gnamy naokoło. Choć z oddali widzimy skaczącego przez plot zawodnika. Znajdujemy lekko schowany punkt na polanie. Jesteśmy coś koło 20 miejsca. Słońce właśnie wschodzi.

bs13010764_933101846758164_838094339775472865_n

Widoczność dużo lepsza. Dzięki temu i nawigowanie idzie sprawnie. Podziwiam okoliczny krajobraz. Rozpościerające się pola. Lasy napełniające się zielenią. Jest pięknie, swojsko, spokojnie. Na zegarku coś koło 7 rano.

harpagan

12 punkt znaleziony. Pozostał już tylko maraton. Paradoksalnie brzmi to niezwykle optymistycznie. Nawet się z tego śmiejemy. Dla wielu taki dystans to abstrakcja. W głowie staram się zdusić myśli o bólu. Skupiając się na tym co dookoła. Tu słychać czaplę, a tam sarenki sobie swobodnie skaczą. Zazdroszczę im tej lekkości. Dogania nas kolejny zawodnik. Wspomina – 1,5 godziny szukał punktu w lesie. Już chciał zawracać do bazy. Rozmowa klei się sympatycznie. Przyłącza się do nas. Gawędząc czas mija odrobinę szybciej. Co jakiś czas mijamy rowerzystów, którzy wystartowali nad ranem.

bs12993470_933101796758169_7959400158277195373_n

Przecinamy główną drogę, wskakujemy w las. Byłoby pięknie, ale przed nami ukazuje się płot. Mapa nie jest aktualna, to i niespodzianki możliwe. Musimy go obejść. Pod górę. Nie pierwszą dzisiaj. Bytów to jednak urozmaicone tereny. Wiedziałam o tym. Kilka lat temu startowałam tu w Biegu na Mount Everest.

Akurat wydzwania ekipa z Gdańska. Skończyli biegać porannego parkruna. Tylko potwierdzam – nigdy więcej… Mimo, że czuję się dobrze, ale ból dokucza jakby bardziej. Coraz częściej na przełaj. Unikamy zbytniego nadrabiania dystansu. Góra, dół. Między drzewami, krzaczorami. Trzeba się tylko przedostać na druga stronę rzeczki. Powinien być most. Choć chyba to wyraźne nadużycie, gdy naszym oczom ukazują się gałęzie ułożone jak w szachownicę. Do tego spróchniałe. Nie wygląda to dobrze. Kawałek dalej jest zwalona kłoda. Chłopaki znajduję kije dla podpory i powoli przechodzą.

most

Nie wydaje mi się, by buty zapewniły mi przyczepność na mokrej kłodzie. Decyduje się na mostek. Niepewnie, na czterech. Za każdym razem sprawdzam lekkim naciskiem nogi czy wytrzyma. Jak się zwale to dwa metry w dól do rzeki. Powoli docieram na stabilny grunt. Dalej lasem. Nie ominie mnie jednak i przejście po kłodzie. Schodzimy stromą skarpą w dol. W moim przypadku zjeżdżam, choć staram się nie wpaść do rzeki. Łapię kija i spokojnie noga za nogą przeskakuje po kłodzie na drugi brzeg, gdzie czeka punk – 13.

harpagan

Nie pozostaje nic innego jak kierować się dalej. Z małymi dylematami zdobywamy i oddalony 6,5 km dalej – 14 punkt. Idzie dobrze, chyba wykrakałam za szybko. Bagna nakazują obejście dookoła. Przelot między kolejnym punktem to 3 km. Tyle, że się gubimy. Krążymy. To jest własnie Harpagan. W nogach blisko 90 km, a ty nie wiesz za ile osiągniesz metę. Musisz przekonać ciało, że zbłądzenie teraz to przecież tylko kilka kilometrów więcej. Za każdym razem myślę o jesiennych zmaganiach. Wtedy dałam radę, to teraz nie? Takiej opcji nie ma. Jak mawiają ból jest chwilowy, no dobra nawet jeśli towarzyszy kilka godzin, duma trwa wiecznie.

Podążamy leśną ścieżka. Słońce przyjemnie świeci. Z tego faktu korzysta też zwierzyna. Idę za Zbyszkiem, ten nadepnął na coś. Myślę – gałąź. Tylko, że się poruszyła. Po chwili koło moich różowych butów zaczyna pełznąć. Odskoczyłam ze strachem w oczach. Żmija? Oddalam się. Mówię coś do chłopaków. Piotr się cofa lekko przyjrzeć – faktycznie żmija zygzakowata – potwierdza. Cieszę się w głębi, że nie zaatakowała. Teraz w środku lasu? Byłoby niewesoło. Uważniej spoglądam na teren. Trawiasto – bagnisty.

Pokonanie 3 km zajmuje nam ponad 5 km. Bywa. Najważniejsze – punkt znaleziony. Ostatni dłuższy odcinek przed nami. Zbyszek kalkuluje, chciałby zrobić życiówkę harpaganową. Jest duża szansa. Tylko podstawa – już się zbytnio nie gubić. Znajduje w sobie motywację by przyspieszyć, nawet za bardzo. Zostawiając Zbyszka kilkaset metrów z tyłu. Zbyszek wykalkulował sobie jakie tempo będzie optymalne. Piotr rozgląda się w wiosce z nadzieją za sklepem. Bardziej optymistycznie, gdy naszym oczom ukazuje się starszy pan pchający rower. Niestety, nic nie ma. Czekamy na Zbyszka i odbijamy w boczną drogę. Znów wpłynęły dodatkowe kilometry. Do mety coraz bliżej z 10 km? Brzmi bardzo dobrze, gdy uświadomisz sobie, że niemal 100 masz już za sobą. Prowadzę burzliwą dyskusję ze swoim ciałem. Czuję się świetnie, ale łydki i stopy nie są tego samego zdania. „Jeszcze odrobinę, a potem sobie 3 dni przeleżycie, będę już korzystała z windy, obiecuję” – powtarzałam w myślach. Chyba jest już źle, gdy zaczynasz tak gadać. Świadomość 3 dni urlopu była swego rodzaju motywatorem. Mogę się porządnie styrać.

Jeszcze skok przez rów, przewalone gałęzie. Tyle już tego było. Cieszę się, bo nogi skaczą jakby posłuchały jaka nagroda je czeka. Co prawda już coraz częściej potykam się w lesie o nierówne nawierzchnie. Dziwnie pobolewa mały malec u nogi. Mamy tyle czasu, że nawet na czterech dojdę do mety. Choć właściwie samopoczucie wciąż dobre, tylko ten ból czasem zniechęca. 17 punkt zdobyty. Teraz już droga do mety. Na gałęziach niekoniecznie poprawnie stawiam nogę. Coś ukłuło. Zbyszek z Piotrem przyspieszają, ja decyduję się trochę wolniej. Dzwonią telefony. Powtarzam tylko – robię harpaganową życiowkę i nigdy więcej. Wreszcie moim oczom ukazuje się tabliczka Bytów.

13051632_933101553424860_376988318736011269_n

Zaczyna padać. Obieram kierunek zdobycia zamku. Jeszcze mijający rowerzysta się pyta gdzie. Wskazuję kierunek. Na mecie czeka Zbyszek. odbijam kartę i huraaa koniec. Gorzej, nogi też to usłyszały. Zaczynam chodzić jak kaczka.

bs12990921_933102046758144_8053384081889015954_n

Czas: 18:45:17 brzmi jak abstrakcja. Suunto informuje 109 km. Idziemy oddać karty. Ze wstępnych wyników – 26 miejsce OPEN i 2 wśród kobiet. Zbyszek – 21 OPEN. Wolę poczekać na te oficjalne. Zabieram rzeczy i udaje się wykapać. Z 30 min siedzę i próbuje pozbyć się bólu łydek, Jeszcze z większym przerażeniem spoglądam na stopy. Lecąc na przełaj nie ma się co dziwić, że poobijane. Nie obyło się bez pęcherzy. Zdjęcie zrobiłam na pamiątkę, ale ponieważ, zdaje się, niektórzy coś jedzą podczas czytania relacji, nie będę ich wrzucać. Pozostaje pytanie co ze sobą zrobić? Dekoracja dopiero o 22. Nie mam śpiworu czy karimaty, miałam na mecie być dużo później. Szukam dla siebie miejsca. Z jednej noclegowni na hali przenoszę się na drugą. W końcu na korytarzu zajmuje 4 krzesełka, próbując się zdrzemnąć.

Dekoracje rozpoczynają się od podsumowania Pucharu Polski. Witek Noga zajmuje 1 miejsce w kategorii weteranów i 2 w open. Teraz potraktował start rekreacyjnie, a i tak 11 miejsce było Jego łupem z czasem 16:15:47.

Harpagan 51/ fot. Aleksnder Jasik
Harpagan 51/ fot. Aleksnder Jasik

Potwierdza się moje 2 miejsce. Odbieram dość ciężką statuetkę. Co cieszy ogromnie. Kolejny tytuł „Harpagana” przyznany. „Wykazała się wytrzymałością i pokonała własne słabości” – informuje wręczony certyfikat. Powoli zaczyna docierać do mnie. Mimo, że nie w pełni formy, to jednak jest dobrze. Z porządnym treningiem – wszystko przede mną. Sukces zawdzięczam jednak Zbyszkowi Kordule z którym startowałam i Pawłowi Szwed, który namówił do startu.

harpagan

„Nigdy więcej” towarzyszyło mi jeszcze przez dzień. Harpagan, to trudne ultra. Nieprzewidywalne znacznie bardziej. Jest przygodą. Faktyczną możliwością sprawdzenia swoich sił. „Nigdy więcej” to klasyka startów. Ultra to ból, ale dające ogrom satysfakcji. Pokazujące, to co niegdyś niemożliwe, jest realne. Umierasz i rodzisz się na nowo na trasie. Znajdując w sobie pokłady sił. Zresztą czuję, jeszcze sporo z czasu można urwać. To jak będzie z tym nigdy więcej? Kolejny w październiku 😉

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *