Dziecko, Ty się nie boisz, tak sama? Rzeźnik Ultra

Przyszedł czas na start. Wystrzał. Na zegarku 22:00. Poziom adrenaliny wzrósł. Poczułam się jakby kopnął mnie prąd. Ruszyliśmy z Cisnej w stronę Jasła. Początek po asfalcie. Jak zrozumiałam dobrze na odprawie do 7 km towarzyszyć nam będą raczej utwardzone drogi, a peleton poprowadzi quad. Odpalając Suunto zdecydowałam się wybrać opcję bieg po trasie.

13238970_953525934715755_4141223465323169703_n

Pełnia, noc zapowiadała się wyjątkowo jasna. By lepiej widzieć co pod nogami, włączyłam czołówkę. Biegłam w tłumie jak to zawsze bywa na początku. Lubię ten widok długiego węża czołówek i migających światełek unoszących się do góry. Przygoda się zaczynała. Czułam się dobrze. Biegłam chyba momentami za szybko. Tempo kontrolowałam tylko na wyczucie. Trudno mi było określić na ile mnie dzisiaj stać. Wspominałam przed startem – I tak pobiegnę w Rzeźniku Ultra. Przetrwam wiele, tego byłam pewna. W końcu to nie pierwszy taki wypad. Z drugiej strony gotowa byłam na wszystko.

Wokół drzewa, utwardzona ścieżka. Z każdym kilometrem kolorowy świetlisty wąż rozciągał się coraz bardziej. W powietrzu wyczuwało się lekki chłód. Przyjemny. Gdy droga zaczynała się coraz bardziej wznosić wyciągnęłam kijki. Bez żadnego zatrzymania się odpięłam od gumki przy plecaku. Jednym zaciskiem rozłożyłam. Zgodnie z instrukcjami Jarka złapałam rączkę od dołu zaciskając kciukiem pętlę. Pozostało złapać odpowiedni rytm. Do tej pory kijki mnie strasznie irytowały u innych. Zwłaszcza tych, co nie potrafią z nich poprawnie korzystać. Machając na prawo i lewo utrudniając bieg innym. Nie chciałam by ktoś to samo powiedział o mnie.

Kilometry mijały niemal nieodczuwalnie. W pewnym momencie dobiegł do mnie zawodników mówiąc – dobre są te buty co mi doradziłaś. – To się cieszę – odpowiedziałam z uśmiechem. Trudno wszystkich spamiętać. Zresztą klientów spotykałam więcej. Na szczęście nikt nie składał reklamacji.

Po raz pierwszy nie wyczekiwałam poranka. Noc była piękna. Pełnia księżyca i wspaniały widok w wyższych partiach na zaspane nieco masywy górskie. Dla tych momentów warto było przejechać całą Polskę. Miejscami droga bardziej zarośnięta. Odrobinę przypominająca rejony dżungli. Wokół łopian. Uśmiechnęłam się, lubię takie klimaty. Najbardziej ucieszył mnie widok tabliczki – „droga bez szlaku”. Zbieg po jeżynach. Pamiętam ten intensywny zapach czosnku. Przez moment zastanawiałam skąd. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie – czosnek niedźwiedzi. Znów zaczęłam sobie nucić pod nosem:

„Noc w Bieszczadach, noc w Bieszczadach, Najdziwniejsza, jaką znam. Za jej uśmiech, za jej uśmiech, Za jej lekko gorzki smak. Tysiąc nocy, tysiąc nocy. W wielkim mieście mogę dać.”

Przy okazji zastanowiłam się kto uznał, że biegacze nie potrafią doceniać uroków przyrody. Owszem, tych najszybszych zapewne jak spytasz gdzie byli, to nie odpowiedzą, ale cała reszta biega właśnie dla tych widoków. Zresztą na którymś kilometrze mignęli mi strażnicy parku. No nic, nie ma co rozpaczać. Mawiają „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Nieznane pociągało.

Nieco za 17 km czekał pierwszy punkt pomiarowy. Wypiłam dwa małe kubki wody i ruszyłam bez namysłu dalej. Szacując, miałam wystarczająco zapasu płynu na kolejne 21 km. Następny punkt miał się znajdować na 38 km (miał)… Na punkcie  zrobiło się tłoczno, a tu czekała droga pod górę. Wąska, trudno wyprzedząć. Ktoś krzyknął czy punkt zaraz zamykają? Dopiero wtedy przypomniałam sobie o limitach. Zabawa zabawą, ale dobrze gdyby nie skończyła się za szybko. Stąpałam krok za krokiem uważając na korzenie. W nogach luz.

Za 30 km minęłam Piotra – zawodnika z Trójmiasta. Widziałam po prostu kogoś skulonego na słupku. Usłyszałam za plecami – „O, Agata”. Spytałam się czy coś potrzeba. Powiedział – leć. Zwymiotował, coś mu zaszkodziło.

Co chwila przychodziły SMSy. Zastanawiałam się czy to kwestia biegu przy granicy, czy też obserwujących zmagania online. Początkowo obiecałam sobie – nie będę zerkać w obawie o treści, których nie znoszę dostawać na zawodach, a o których Przyjaciele – wredoty nie zapominają. Tym razem było filozoficznie. Maciek napisał – „Normalni ludzie o tej porze śpią. Pozostali spełniają marzenia.” Musiałam przyznać mu rację.

Za pasmem gór zaczynała się pojawiać czerwona poświata. Do poranka było coraz bliżej. Gdzieniegdzie dopadał kaszel. Biegnący za mną zawodnik wspomniał – oj, coś nieładny. – Oj tam, oj tam – odpowiedziałam. Roześmialiśmy się. Tak brzmi standardowa odpowiedź ultrasa. Momentami nieco chłodniej się zrobiło. Wysokość robiła swoje. Od kolejnego punktu dzieliły kilometry, a trasa po zdobyciu miejscowego szczytu wiodła z górki. Miałam zapas czasu – punkt miał być na 38,5 km. Tyle, że w miarę zbliżania się do tego dystansu, nie było po nim ani śladu. Suunto poinformował 39 km. Dalej nic nie widać. Myślałam – może za zakrętem. 40 km – znów to samo. Zaczęłam rozmyślać czy może nie zgubiłam trasy? Ale oznaczenia były wciąż widoczne. Trochę bardziej z niepokojem zerkałam na zegarek. Punkt miał być czynny do 5 rano. Ta nieubłaganie się zbliżała. Wreszcie za 41 km ukazał się punkt. Wypiłam dwa kubki coli. Uzupełniłam bidon. Obecni wolontariusze kazali pędzić dalej. Do kolejnego punktu – 9 km – tak twierdzili – i 1,5 godziny czasu. Nieplanowane były już żadne przewyższenia także spokojnie powinno się dać radę. Było już jasno, a adrenalina zrobiła swoje. Przyspieszyłam. Przyjemny bieg zamieniał się w walkę z czasem. Nie jest lekko, ale w końcu to Rzeźnik Ultra – pomyślałam.

Droga utwardzona i w większości z górki pozwalała rozruszać szybciej nogi. Cieszyłam się, bo mięśniowo było ok, a i tempo poszło w górę. Na 43 km dobiegł do mnie Janek Pobłocki. Powiedział, że zostawił Hanię, by chociaż jedno z nich ukończyło. Dodał – Piotr też nie zdąży w limicie. Budził Go zresztą śpiącego na trasie. Janek wpadł tuż przed limitem na matę. Trochę to niesprawiedliwe, bo punkt nie był tam gdzie powinien być. Wiem, urządzenia GPS wariują w terenie i w górach, ale żeby niemal wszystkim? Zresztą czasowo też byłoby to podejrzane.

Powiedziałam do Janka by leciał swoje. Chciałam zostać sama. Pobyć trochę sama ze sobą. Nie miałam zamiaru przemyśleć całego życia na biegu. Delektowałam się nim jak mało którym, mimo, że właśnie zaczynałam walczyć z czasem. Przyjechałam w Bieszczady odpocząć, choć celem było się przy tym nieźle zmęczyć. Biegłam, analizując prędkości powinnam spokojnie dotrzeć z zapasem w okolice Jaworze – kolejnego punktu i przepaku zarazem. Nie zostawiałam tam nic. Chyba jednak uznałam to za szybko. Na 45 km musiałam się zatrzymać. Zwymiotowałam. Po raz pierwszy na zawodach ultra w życiu. Przez moment się załamałam. Co się stało? Nic nowego nie jadłam. Wszystko sprawdzone. Trzeba się było jednak wziąć w garść, jeśli nie miałam kończyć zawodów przed pierwszą połową. Ruszyłam biegiem próbując nadrobić stratę.

Na ok. 48 km przemknął obok mnie Piotr. Dodał tylko, że odrodził się jak feniks. Już wiedziałam, to znowu nie będzie 9 km jak twierdzili wolontariusze. Było ponad 11 km. Mimo to wyrobiłam sobie zapas 20 min. Uzupełniłam płyny w plecaku i bez zastanowienia pognałam dalej. Niektórzy urządzili sobie przerwę. Serwowali do jedzenia ryż z jabłkiem. Miałam swoje żele i batony. Trochę się bałam, że coś znów zaszkodzi. Wracałam do życia. Choć przez moment zrobiło mi się strasznie zimno. Założyłam kurtkę. Nie na długo.

Trasa wiosła w gorę. Wąską, przepełnioną gałęziami ścieżką. Fragmentami błotnistą. Co wywołało uśmiech na twarzy. Słońce dawało się we znaki. Kurtka wylądowała ponownie przywiązana w pasie. Do kolejnej maty pomiarowej 20 km – wg wolontariuszy. Tym oznaczeniem coraz bardziej przestawałam wierzyć. Z każdym następnym kilometrem przekonywałam się czemu organizator na ten odcinek dał więcej czasu. Droga do góry nie miała końca. Do tego wymagająca technicznie. Niektórymi ścieżkami chyba nikt dawno nie chodził. Gdzieniegdzie organizatorzy narysowali niebieskie strzałki, co pomagało. Samo oznaczenie szlaku pozostawiało wiele do życzenia. Zresztą na gubienie się skarżyło się trochę zawodników. Czy było słabe? Hmm, moim zdaniem nie było tak źle. Być może nie prowadziły nas taśmy niemal jak za rączkę. Niektóre imprezy do tego nas przyzwyczaiły. Należało być uważnym, rozglądać się. W newralgicznych punktach taśmy bądź strzałki wskazywały drogę. W innych – trzeba było trzymać się konkretnego szlaku. Jakiego? Na to wskazywały umieszczone tabliczki. Np. teraz 16 km podążaj czerwonym szlakiem. Być może było mi łatwiej. Tak z reguły biegam po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym.

Kilometry mijały, a trasa stawała się coraz bardziej wymagająca. Niektórzy siadali. Walczyli z kryzysami. To, że będą, to niemal oczywiste już na starcie. Oczywiste, ciało będzie się bronić przed „kosmicznym dystansem”. Słońce dawało się we znaki. Z coraz większym niepokojem spoglądałam na kończące się zapasy płynów. Nigdy aż tyle nie piłam, a teraz? Może zmiana klimatu, temperatura… Na ok. 67 km zostałam bez niczego. W gardle suszyło. Mięśniowo było dobrze jak nigdy, ale…potrzebowałam wody. Na dodatek wciąż pod górę, to i o strumyk ciężko. Starałam się gnać do przodu. Marzyłam o baniaku z wodą. Właściwie pocieszyłabym się nawet kałużą. Nie było jej. Lekko zdesperowana usiadłam na pieńku. Dogoniło mnie dwóch starszych zawodników. – Co wyj….?- powiedział jeden z nich. Uśmiechnęłam się tylko. Gardło miałam już przeraźliwie suche. Spojrzeli się na mnie raz jeszcze. – Dziecko, ale Ty się tak sama nie boisz? Ja tu nawet o niedźwiedziach nie mówię? – dodał. Rozbawił mnie tym. Trzeba było się znów wziąć w garść. Limity goniły. Tylko wody… za kilka? km powinna stać na stole. No i musi być z górki i jakiś strumyk….

Wg oznaczeń własnie kończył się czerwony szlak. Tym samym miałam nadzieję na punkt odżywczy. Jakieś to było moje zadziwienie kolejną tabliczką – teraz zielonym szlakiem. Mimo, że już na granicy czasowej, postanowiłam walczyć. Miałam nadzieje – będzie z górki. O jak się myliłam. Tyle, że znalazłam kałużę. Woda nie zachęcała do picia. Ściągnęłam chociaż buffa zamaczając go w niej. Było mi gorącą. Byłam zdesperowana. Nie przyglądałam się temu, że więcej w niej błota niż wody. Choć odrobinę mogłam się schłodzić.

Znów podejścia. W międzyczasie okazało się – wydłużyli limity na punkcie o 15 min. Poznana na trasie Basia dzwoniła, powiedziała – biegnie cała grupa. Byłam już blisko. Powinnam zdążyć. Tyle, że z górki okazało się być niemal pionową ścianą w dół. O zbiegu nie było mowy. Jeśli nie zawalczę – będę sobie pluła w twarz, że nie spróbowałam – powiedziałam sama do siebie. Na dole wcale nie było łatwiej – błoto. Można tu jeździć na nartach – rzucił zawodnik za mną. Biegiem. Byleby zdążyć w limicie. Wyjcie z lasu na główną drogę i jest w oddali. Wolontariusz nie nadążał w napełnianiu kubeczka colą. Piłam jeden za drugim. Jakbym nie przyjmowała płynów od co najmniej doby. Nie zwracałam szczególnej uwagi na ilość, choć wiem, na godz. nie powinno się przekraczać granic, które nasz organizm jest w stanie przetrawić. Próbowałam ugasić pragnienie. Napełniałam wszystko jak się dało. Wodą, na colę nie mogłam powoli patrzeć.

Wolontariusze dodali – mają patrzeć kto jak wygląda. Jeśli dobrze – mogą puszczać dalej. Chyba trzeźwo mówiłam. Mogłam kontynuować, właściwie to pozwoliłam sobie sama ruszać dalej. Nie zamierzałam rezygnować. Jak walczyć to do końca. Wspomnieli coś o trudnym odcinku. I dużej liczbie przewyższeń. Co jeśli ktoś zostanie na szczytach? Będzie problem dla organizatora – dodali. Na 92 km jest ekipa Kaszubskiej Poniewierki, najwyżej zadzwonię do kogoś – pomyślałam. Zgarną mnie.

Droga początkowo wiodła spokojnie pod górę. Można było zwiększyć tempo. Wciąż chciało mi się pić. Na szczęście miałam, ale co jeśli zaraz wszystko opróżnię? Powstrzymywałam się. Szeroka ścieżka, a wzdłuż rozpościerały się pola po jednej stronie i rzeczka po drugiej. Nie czułam się najlepiej. Zawahałam się czy aby nie zawrócić. Przypomniałam sobie o filmiku „pomorskich rzeźników”. Skoro mogłam być dalej na trasie trzeba było to wykorzystać. Zresztą nogi miały się świetnie. Zmoczyłam buffa. Kolejne strome podejścia nie zaskakiwały. Przewalone drzewa były niemal normą. Nad, pod, przez środek. Sprawiało to sporo radości. Trasa była coraz bardziej przyjemna. Gdzie się dało zaczynałam przyspieszać. Biec. Trochę jakbym dopiero wyruszyła na trening. Wróciły siły. Odrabiałam straty. Doganiałam kolejnych zawodników. Ostatni szczyt Chryszczata. Czułam zdążę. Co jakiś czas zamieniałam słowo z innymi biegaczami. No i biegłam do „swoich”. Kolejny punkt obstawiała ekipa Kaszubskiej Poniewierki. Dobrze po kilkunastu godzinach spotkać znajome twarze. Po drodze jeszcze urokliwe tereny jezior Duszatyńskich. Szlak dziwnie krążył. Nie przywiązywałam specjalnie wagi do tego czy moczę nogi w rzeczce czy nie. Gdzieś tam przecież czeka większa – tak wspomnieli na odprawie.

Już dawno przestałam wierzyć oznaczeniom kilometrażu. Jeszcze szeroka droga. Bez końca. Wreszcie jest mata pomiarowa. Nie musiałam się bać o limit. Przybiegłam ponad godzinę przed zapowiadanym na odprawie. Za zakrętem gwarno. Ekipa się bawiła w najlepsze. Z daleka Mariusz Adamczuk – dowódca punktu i wrześniowej imprezy Kaszubska Poniewierka krzyknął „biegnie nasza zawodniczka”. Od razu się miło zrobiło. Podbiegła Ania. Uzupełniła mi wodę w bidonach. Spytała czy coś potrzeba. Przyglądali mi się z niepokojem. Wzrok miałam jakiś rozbiegany i to błoto na twarzy… Oceniając obiektywnie to był najlepszy punkt. Jakoś tak najwięcej pozytywnych wibracji.

Przerażały śmieci zostawiane przez biegaczy. Ok. 200 m od punktu przy drodze leżała puszka od coli. Niestety w lesie nie brakło opakowań od żeli… Serio, tak ciężko je schować?

13267768_953525808049101_1626885713543370949_n

Pozostało 9 km do mety? Raczej w wersji bardzo optymistycznej. Już tylko po asfalcie. To zabijało moje nogi. Tuż za punktem do wyboru – przejście przez rzekę lub mostem. Buty były przeraźliwie brudne, całe w błocie. Wybrałam rzekę. Chłodno i mokro. Miejscami woda sięgała do kolan. Kawałek dalej jeszcze trzy takie przeprawy. Od nich nie było już ucieczki. Byłam pewna, medal zawiśnie na mojej szyi. Pozwoliłam sobie na jedyne zdjęcie telefonem wykonane na trasie. Dalej asfalt, palące słońce, ale wokół wiejsko-górskie klimaty. To co lubię. Wyprzedzałam kolejnych zawodników zostających w tyle. Samotnie pokonując ostatnie kilometry do mety. Czasem lekko pod górę, czasem w dół, po płaskim. Wreszcie moim oczom ukazało się sporo zaparkowanych samochodów. Strzałki nakazują skręcać. Słyszę – do mety ok. 2 km. Nie zwalniam. Choć długa prosta nie zachęca. 1 km – ktoś mówi. 500+ – brzmi zabawnie. Wyprzedzam. Jeszcze 2 km – słyszę. Morale upadają. W końcu widzę. Jest. Kończę zmagania. Do limitu jeszcze pozostało czasu. Janek już był na mecie, mówił – udało się, puścili Hanię dalej. Czekał na nią. Podjechał bus. Zabrałam się z czekającą ekipą.

Cieszę się., bo jak tu się nie cieszyć. Chciałam przygody, dostałam. Chciałam się zmęczyć – zmęczyłam. Pokonałam swoje słabości. Dotrwałam. Doświadczeni powiedzieli – trasa trudniejsza niż w roku ubiegłym. I ten dystans – niemal wszystkim wyszedł o 4-5 km dłuższy. Zgadzał się tym co ustawili rzadsze łapanie sygnału GPS w zegarku. Czyżby organizator wyznaczał trasę na tej opcji?

Busem gawędząc z ultrasami wróciliśmy do Cisnej. Jechał i jechał, a raczej szalał jak na miejscowych kierowców przystało. Wyprzedzał. Wtedy człowiek zdał sobie sprawę – jednak się trochę przebiegło.

Posypało się sporo miłych i pięknych słów. W Gdańsku czekała niespodzianka – jedyna i wyjątkowa. Piękniejsza niż niejeden puchar w pokoju. Tasak z opisem: „Agato, to był piękny Rzeźnik”. Paweł wręczył w imieniu „wredot” po biegu o wschodzie słońca. Filmik od „pomorskich rzeźników” przez który uroniłam łzy przed startem, już wydawał mi się mistrzostwem świata. Ekipa wciąż mnie zaskakuje.

Fot. Pia Regan-Jasinska
Fot. Pia Regan-Jasinski

Była „rzeźnia”, ale piękna. Całkowicie odłożyłam na bok rywalizację. Nie byłam specjalnie przygotowana. Była za to piękna przygoda. Jak lubię nieznana i pełna zmian. Z pięknem gór, dzikością lasu i wiejskiego klimatu. Walką z czasem – limitami. I serio, wcale nie chodzi o to by cały czas „zapierdzielać”, jak piszą co niektórzy. Chodzi o to by coś przeżyć. Doświadczyć. Takie jest właśnie ultra. Za każdym razem inne.

bsbsIMG_4662

Komentarze

Komentarze

2 thoughts on “Dziecko, Ty się nie boisz, tak sama? Rzeźnik Ultra

  1. Zazdroszczę biegu. Rzeźnik Ultra to nie przelewki, a mordercze bieganie prawie na najwyższym już poziomie. Niesamowicie ciężka trasa, często trudne warunki, jak również długa trasa sprawiają, że jest to jeden z najcięższych biegów w regionie. Rewelacyjne wspomnienia. Gratulacje 😉 trzymam kciuki za kolejne marzenia i ich realizację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *