I tak pobiegnę w Rzeźniku Ultra – przed startem

Kiedy w sobotę otworzyłam oczy budząc się w drewnianym, górskim domku, z lekkim przerażeniem uświadomiłam sobie co znów mnie czeka. Wiedziałam – lekko nie będzie. Z drugiej strony – chciałam tego. Potrzebowałam. Choć w głębi czułam – nie jestem przygotowana tak jak powinnam. Mimo to coraz częściej w ostatnim czasie nuciłam jedną z harcerskich piosenek pod nosem:

„Kiedy w domu cztery ściany, ciepły kąt, drzwi zamknięte, jak przyjemna jest ta noc, chciałbyś wrócić, chciałbyś poczuć znowu lęk, pod tym wichrem, pod tym wichrem, co w Bieszczadach drzemie gdzieś.”

Na mecie tradycyjnego Rzeźnika w 2013 r. powiedziałam – wrócę za 3 lata. I słowa zamierzałam dotrzymać. Nowa formuła dodatkowa rozgrywana na tydzień przed tradycyjnym Rzeźnikiem – Rzeźnik Ultra zwiększała apetyt. Jak tylko ruszyły zapisy – w grudniu, byłam już na liście startowej.

Rozejrzałam się po pokoju. Wszyscy jeszcze spali. Zamieszkałam w domku z wesołą ekipa z Trójmiasta, znajomych i znanych wcześniej głównie z widzenia. Zerknęłam na telefon. Liczba nowych powiadomień nie zaskoczyła. Zwłaszcza, że pomorska ekipa ruszała już po 5 rano na Bieg Papiernika w Kwidzynie. Godzina wczesna, ale wszystko z uwagi na środek transportu – zabytkowy IKARUS. Zdawali fotorelację. Trochę im zazdrościłam. Umieścili też filmik na moich tablicach.

Oglądając uroniłam łzy uśmiechając się od ucha do ucha. Wyobrażając sobie miny pracowników czy innych klientów widzących „wariatów” robiących sobie zdjęcia w jednym z supermarketów z reklamą „Rzeźnik”. Ich kreatywność nie zna granic. Dlatego też nudno, to nigdy u nas nie jest na treningach/zawodach czy wycieczkach biegowych.

Z takim wsparciem można wiele. Mimo, jak twierdzą niektórzy – spora ze mnie marzycielka, to należało i spojrzeć na to nieco trzeźwo. Miałam cel jeden – przeżyć przygodę i porządnie się zmęczyć. Sprawdzić nowe granice? Jednocześnie nie ryzykując za bardzo. Niedawny Harpagan zakończony wynikiem w czołówce, powyżej oczekiwań, nie przeszedł bez echa. O ile mięśniowo szybko wróciłam do siebie, to dało o sobie znać przeciążenie stawu kolanowego. Posłuszne odciążanie, odłożyło większość planowanych wybiegań na dalszy plan. Przyznaję, najzwyczajniej w świecie przez zaangażowanie w różne biegowe projekty, byłam też nieco przepracowana. Nie zamierzałam rezygnować ze startu, ale i bałam się. Za dobrze znam cenę walki o powrót do pełni sprawności. Na szczęście trafiłam pod dobre skrzydła Oli z FizjoLab, która szybko uspokoiła – nie ma powodów do obaw. Po obrzęku nie było już śladu. Wynalazła potencjalną przyczynę. Lewa strona jest mocniejsza od prawej, wciąż pozostałości po operacjach. Z racji, jak podkreśliła widać, że ćwiczę, roluję się i rozciągam, pracą domową zostało ćwiczenie na zakres ruchu. Na wszelki wypadek przygotowała zbroję na start. Jak i przystało na rodzaj imprezy – wygrały lampartowe tejpy.

lampart

Postanowiłam też skorzystać z tego co oferował organizator. Informacji o konieczności zmiany trasy nie przyjęłam z uśmiechem. Byłam rozczarowana. I nieco oszukana tak późnym opublikowaniem decyzji władz, iż w rejonach parku biegać nam nie wolno. Chciałam, jak każdy przemierzyć najbardziej urokliwe rejony. Pojawiła się cała rzesza specjalistów. Krytykująca władze, zachłanność organizatora. Na forach zawrzało. O ile w pierwszym momencie odechciało mi się pakować, o tyle w miarę upływu czasu uświadamiałam sobie, tak naprawdę dostaję to co zawsze lubię – nieznane. Wszystko to co wiedziałam o trasie przestało być aktualne. Czekała przygoda. Jedyna i wyjątkowa.

Na szczęście sytuacja nie psuła sportowej atmosfery w samych Bieszczadach. Miejsca spokoju, a jednocześnie zaczynającego tętnić życiem. Opanowywanego przez biegaczy przyjmowanych z gościną. Ba, nawet pan siedzący na schodach podzielić się zechciał z każdym swoim winem. Nie ważne, że przed godziną 12-tą. Miał nawet przygotowane kubeczki. Pochuchał, wychlapał co w środku, przecież będą jak nowe. Nikt jednak nie chciał chyba skorzystać. Butelka wina została samotnie na schodach.

13260017_953525301382485_998007559041406683_n

Start zaplanowany na 22:00 pozwalał wykorzystać dzień w pełni. Pogoda sprzyjała. Słońce świeciło przypominając o wakacjach. Tylko przez moment się odrobinę zachmurzyło i spadły krople deszczu. Rozpościerające się z każdej ze stron góry wprowadzały w stan błogostanu. Nie zabrałam laptopa, maila wyłączyłam, by cieszyć się z urlopu. Obecna ekipa Kaszubskiej Poniewierki wyczekiwała w gotowości wyruszenia oznaczenia trasy. Śmiechu przy rozmowach nie było końca. Na wszelki wypadek podczas grupowego wgrywania nowego tracka, świeżo upublicznionego przez organizatora, podałam i swój zegarek Suunto chłopakom. Nie zaszkodziło go mieć awaryjnie, a nawet i zamierzałam z nim biec.

Momentami dopadał stres mieszany z podekscytowaniem. Nie planowałam wyniku, nie nastawiałam się na nic. Chciałam się przecież po prostu zmęczyć. Odbierając telefony zastanawiałam się kto się bardziej stresuje. Czy aby nie znowu Przyjaciele? Zarazem fajne w tym wszystkim było to, że nie czułam presji. Choć może co niektórzy chcieli zobaczyć startującego Pawła w sukience. Ten zdeklarował się ją założyć, jeśli ukończę całość. Tyle, że raczej nie byłam na to gotowa. Wiedziałam, wytrzymałości tak szybko się nie traci, ale jednak przez 4-tyg. planu treningowego nie zrealizowałam za wiele. Mogło zadziałać na korzyść – odpoczynku, tyle, że pewnie sam tryb życia przydałby się odrobinę spokojniejszy.

Po 15-tej odebrałam pakiet startowy. Powróciłam do domku. Nie specjalnie chciałam przygotowywać przepaki. Zaplanowałam jeden w okolicach 103 km. Mecie krótszej wersji Rzeźnika Ultra, gdzie nie wykluczałam zakończyć zmagania. Tam trafiła odzież na zmianę. Całą resztę niezbędnych rzeczy pakowałam do podręcznej kamizelki – plecaka. Kurtka ASICS Fujitrail, batony, żele, do picia cola i izo, folia NRC, spory zapas baterii do czołówki, powerbank, mapa. Na zewnątrz przymocowałam kijki. Zamierzałam biec z nimi po raz pierwszy. Zabrałam ze względu ostrożności – by w razie co móc odciążyć kolano. Zarzekałam się, nie będę z nimi nigdy biegać. Pierwszy raz kije w ręku miałam 3 lata temu, przeraźliwie przeszkadzały. Czy zaprzyjaźnić się mogłam z nimi teraz? Miała pokazać trasa. Na pewno obecne są dużo lepsze. Choć na treningu używałam ich wcześniej tylko raz. No i poprosiłam o krótką lekcję poprawnego ich używania w górach Jareckiego, który z miłą chęcią ich udzielił.

Startujący zapadali w drzemkę. Też sobie na nią pozwoliłam. I nie ucieszył mnie budzik. Szybkie ubranie się i w drogę na odprawę. Kolejne rozczarowanie. Przepak przygotowałam w złym worku. Kierowałam się starymi oznaczeniami. Obowiązywały nowe. Na szczęście bez problemu wręczono mi poprawny worek by wrzucić rzeczy. Mogłam być spokojna. Choć zaraz czekała kolejna niespodzianka. Tracki udostępnione przez organizatora zawierały błąd. Od 70-90 km trasa wiodła inaczej. Szczegółowo ją opisano słownie, ale po 3 min już i tak nie pamiętałam początku.

Noc zapowiadała się chłodna. Księżyc świecił w pełni. Jeszcze tylko na chwilę zajrzałam ponownie do domku, by wrócić bezpośrednio przed startem. Dało się słyszeć walenie w bębny. Odpaliłam Suunto. 5…4…3…2…1…start. Ruszyliśmy przed siebie.

start

Komentarze

Komentarze

One thought on “I tak pobiegnę w Rzeźniku Ultra – przed startem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *