To nie miało prawa się udać…- Maciej Drapella o 2.PZU Gdańsk Maraton

Moja trzecia próba sił w maratonie … w pierwszym 5.16 , w drugim 5.15 ale jak tu żyć z „5” z przodu? Po afrykańskich upałach w obu Maratonach Solidarności, świadomie przeniosłem kolejna próbę na majowy miesiąc w nadziei na chłodniejszą pogodę. Było chłodniej choć czasami w morskiej bryzie za bardzo. Ale w ciągu 5-ciu godzin wszystko może się wydarzyć i wydarzyło. Start prawie bez wiatru, w miarę ciepło, potem trafił się deszcz i silny wiatr, który skutecznie utrudniał walkę na trasie. Gdy wszędobylskie skurcze zaatakowały na moim ulubionym 26 kilometrze, pod wiatr miejscami był marsz, a zbierałem się do „lotu” z wiatrem. Ostatnie 3 km pod wiatr i kiedy organizm już krzyczał z całych sił, że ma dosyć, goniąca ekipa z balonikami 5.00 była za daleko by nas złapać. Nas bo jak przez wszystkie moje maratony biegł ze mną mój Przyjaciel Paweł Szwed i jak zawsze motywował mój mózg na wszelkie sposoby bym wytrwał. Bez niego nic by się nie udało. Paweł jesteś WIELKI!

bsIMG_1981

Plan amatora

Musiałem mieć jakiś plan by mieć się czego trzymać w kryzysowych momentach. Plan był autorsko – amatorski, ale kto wie lepiej o stanie organizmu jak jego właściciel? Nie miałem czasu by przygotować się do tego startu tak jak bym sobie tego życzył. Wprawdzie zrobiłem 2 półmaratony i jeden dłuższy trening. Tyle, że w tym treningu na 26 km … zgasło światło i stanąłem. Szczerze powiem byłem przerażony, bo maraton tuż tuż i jak wiadomo ma trochę więcej jak 42 km. Podjąłem decyzje – przez 3-tygodnie tylko regeneracja i żadnego biegania. Regeneracja… hahaha, w mojej pracy? Wiele nocy zarwanych nocnymi kursami, żadnego biegania, kontuzja barku od machania szpadą. Do tego Achilles tez się czasami przypominał, że żyje swoim życiem.

A plan? Jedziemy z grupą 4.30 ile się da. Potem walczymy o jak najmniejsze straty. Wariat, za szybko, to amatorszczyzna …ale przecież ja jestem amatorem pełną gębą. O negativ split można w moim wykonaniu zapomnieć. Do 25 km szło jak z płatka, balonki 4.30 były wciąż w zasięgu ręki. Doskonała atmosfera na trasie, żele, izotoniki, woda, wszystko zgodnie z planem … aż do magicznego 26 km. Magicznego? Tak to właśnie w tym miejscu na 2 maratonach i długim wybieganiu moje nogi dopadają skurcze. Żadne potasy, magnezy, witaminy… skurcz i koniec. Żeby choć jeden ale jak jeden udawało się rozbiegać atakował kolejny za udo, łydkę. Góra dawała radę dzięki Pawłowi ale jak tu biec jak łydka przypomina kamienie? Musiałem z żalem odpuścić sympatyczną grupę 4.30 (zresztą nie ja jeden) i wdrożyć plan awaryjny – uciekać przed grupą 4.45. Udawało się to do 35 km. Podjąłem próbę „podwieszenia” się za nią ale niestety biegli za szybko… Jak dla mnie. Trochę marszu, więcej biegu. Czas uciekał nieubłaganie. I choć meta była niedaleko, to trzeba było zabrać się za pracę by nie paść łupem grupy biegnącej na 5.00 Zegarek pokazywał, że jak się by udało utrzymać to tempo to będzie dobrze… Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić gdy w nogach 37 km i 3 ostatnie pod wiatr.

Na 40 km wiedziałem, że się uda! Tylko 2 km i … aż 2 km. Paweł nie odpuścił i poganiał jak bydło rogate. Brakowało mu tylko bata J. Przedostatni skręt w kierunku mety znowu masowy atak skurczy, przed nami komiczny widok jak moje odbicie w lustrze. Biegnie, a raczej idzie na metę inny maratończyk ze skurczami w obu nogach i wyje jak wilk do księżyca. Było by śmiesznie gdybym nie szedł tak samo. Jeszcze jeden zakręt i widać metę z zegarem. Na nim 4.59.48 (brutto). Paweł krzyczy mi do ucha – damy rade złamać brutto 5 godzin. Było by, ale ja mam zamiast ud i łydek – 4 kamienie i kołysze się jak kaczka krzyżówka spacerująca po Sopockim molo… Rzutem na taśmę, a raczej na linie mety, bo przecież taśmę zakosił pierwszy na mecie, jakieś skromne 2,5 godziny wcześniej. Wpadamy z czasem 4.59.58 ! 20 metrów dalej by nie blokować innym mety leżę i wyję ze szczęścia. Udało się. Znajomi gratulują a po chwili Jarecki prawie łamie mi żebra dosiadając jak konia. Też szczęśliwy, że po miesiącach zgoli brodę o którą poszedł zakład. Jest pięknie! To nie miało prawa się udać a jednak udało!

bsIMG_3602

Przyjaciele…

Ogromne słowa podziękowania na trasie dla wszystkich znajomych i nie znajomych, którzy pokazywali się w najbardziej… oczekiwanych miejscach. Nie będę wymieniał z imienia bo może w ferworze walki kogoś nie zapamiętałem, ale bez Was to by się na pewno nie udało. Było Was wielu tym bardziej pomogliście mi w realizacji własnych marzeń. DZIĘKUJĘ!

Paweł – Przyjacielu drogi, bez Ciebie nic by nie wyszło, sam wiesz. Dziękuję za wszystkie 3 wspólne maratony gdzie nie dałeś mi odetchnąć i uwierzyć że się… nie da. Zapewne nieźle musiałeś się bawić, tak jak dziś i z pokorą znosić moje marudzenie ale należy Ci się pomnik!

Maratończyk amator

Komentarze

Komentarze

One thought on “To nie miało prawa się udać…- Maciej Drapella o 2.PZU Gdańsk Maraton

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *