Wyprowadzeni w pole. Tczew – Gdańsk

Już kiedyś o tym pisałam, bieganie pozwala poznać ludzi z pasją. Dla których wystarczy hasło i są gotowi do drogi. Jakiś czas temu Paweł zaproponował rodzinny wyjazd na parkrun Tczew otwarty z 3-tygodnie temu. Wpierw ojców z synami. Ostatecznie postanowili być tolerancyjni i udział mógł wziąć każdy. Ktoś kiedyś powiedział po kolejnej naszej serii wycieczek biegowych – „jedno jest pewne, tu nic nie jest pewnego”. Tak było i tym razem.

Szlak z Tczewa przemierzałam już kilkakrotnie: rowerowo, biegowo – nawet nie tak dawno. Lubię tam wracać. Pięknie, swojsko i nie tak daleko od Gdańska.

wschod

Budzik zadzwonił parę minut przed 5 rano. Śmiałam się w głębi do siebie – tak kończy się „wyśpię się w weekend”. Wystarczyło tylko wyjrzeć przez okno. Wschodzące słońce ubarwiające niebo w odcienie czerwieni mówiło – to będzie dobry dzień. Z dobrych kilka minut wpatrywałam się w ten widok. Warto było wstać choćby dla niego. Chyba zbyt rzadko doceniamy tak proste i zarazem dostępne uroki naszego świata.

Po 6 gotowa wyruszałam rowerem. Ciekawa, co zaskoczy nas tym razem? Niezwykle spokojna o sprzęt, mimo, że na rowerach zbytnio się nie znam. Zresztą w transporcie SKM z Gdańska Głównego do Tczewa panowie otworzyli serwis rowerowy. Guma złapana w drodze na peron nie stanowiła dla nich problemu. O dziwo nie u mnie, choć na tę ewentualność byłam przygotowana. Do dalszego przedziału donieśli, że nie brakło też krawca. Pozostało czekać na kolejne atrakcje.

serwis
Fot. Paweł Marcinko

W Tczewie zameldowaliśmy się w liczbie 13 osób na ponad godzinę przed startem. Objechaliśmy trasę. Nie trudna do spamiętania. Przez łąkę, a potem długa prosta bulwarem. Nawrotka na małym piaskowym rondzie i powrót tą samą drogą. Zjedliśmy śniadania i przygotowywaliśmy się do biegu.

Fot. Krzysiek G.
Fot. Krzysiek G.

Nie planowałam startu. Starając się godzić regenerację po Harpaganie z przygotowaniami do kolejnych zmagań. Nie dało się jednak przejść obojętnie obok żarcików związanym z „dramatem młodej biegaczki, która ma przebiec 5 km, a zazwyczaj biega 50”. Na pełną rekreację mogłam sobie pozwolić. Toteż tych 5 km niemal nie odczułam. Panowie, jak na nich przystało, ze spokojnego biegu, co niektórzy wykręcili jedne z lepszych rezultatów w tym sezonie. W dobrych humorach i doborowym towarzystwie wsiedliśmy na jednoślady.

Miejscowi wskazali nam drogę do McDonalda, najbezpieczniejszego miejsca na posiłek dla obecnych młodszych adeptów biegania. Dla dorosłych też, choć oferta jajecznicy nie zachęciła wszystkich. Naładowani porcją kalorii ruszaliśmy w stronę Gdańska. Główny szlak wiedzie ulicami. W tych rejonach niezbyt ruchliwych, z uwagi na skład ekipy staraliśmy się ich jednak unikać uciekając w boczne ścieżki. Zresztą to one pozwalają uświadomić sobie – nasz kraj jest jednak piękny. Przez pola ganiały stada sarenek korzystających z pięknej pogody. Słońce przyjemnie grzało. Momentami się we znaki dawały podmuchy wiatru. Nie zabierały uśmiechów z twarzy.

Nie w pełni pamiętaliśmy biegową trasę pokonaną z cztery tygodnie temu. Nie zawsze trzymaliśmy się szlaku. Jechaliśmy po piasku, płytach, kamieniach. W punktach newralgicznych padało tylko – gdzie teraz? Paweł, jak przystało sugerował drogę na skróty. Mimo, że już je dobrze znany, rzadko okazywały się być tymi prawidłowymi, oddaliśmy mu pałeczkę przewodnika. Chwilę później wyprowadził nas w pole. Przyzwyczajeni do atrakcji przyjmowaliśmy je z uśmiechem. Po wydostaniu się na asfalt doceniliśmy jak lekko się jedzie. W wiosce zrobiliśmy obiecaną przerwę dla najmłodszych na lody.  Wprawieni w bojach rowerowych radzili sobie na trasach bez problemu. Nigdzie się nam nie speszyło. Zresztą na kolejne „skróty” trzeba było mieć czas. Okazywały się być dodatkowymi kilometrami – pętlami z powrotem na te same ścieżki. Przynajmniej nie było nudno – wszyscy żartowali, nawet jeśli dokręciliśmy dodatkowe km.

Kilka zdjęć z telefonu z trasy.

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *