Na biegach ultra jestem prawdziwa, lubię siebie taką – Gosia Szydłowska

Gosia Szydłowska, Gdańszczanka, zawodniczka biegów ultra startująca w imprezach na całym świecie. Właśnie pakuje się do najważniejszego – Ultra-Trail du Mont-Blanc na dystansie 166 km z 9600 m przewyższeń. Marzenie wielu ultrasów. Sprawi tym samym sobie prezent urodzinowy. Na swoim koncie ma starty w: The North Face – Lavaredo Ultra Trail, Transgrancanaria, Łemkowyna Ultra Trail, Bieg 7 Dolin. Reprezentowała Polskę na Mistrzostwach Świata we francuskim Annecy.

gosia

Jak mentalnie ogarnąć dystans, który Cię czeka, niemal 170 km?

Gosia: Staram się o tym nie myśleć w ten sposób. W ogóle go nie ogarniam. Najdłuższy dystans jaki przebiegłam to 130 km. Wydawał mi się takim trochę maksimum jakie może znieść moje ciało. Głowa nie jak się okazuje, jak skończyłam 130 km, to poczułam, ciągle mogę więcej. Moja strategia jet taka, liczę sobie dystans od punktu do punktu. Absolutnie nigdy jak spoglądam na zegarek, to nie myślę o dystansie jako całości jaka mnie czeka. Nie robię tego. Raz to zrobiłam jak byłam na 80 km, miałam do przebiegnięcia 120. Pomyślałam, mam do przebiegnięcia maraton. Tyle, że w górach, to nie 4 godz, a 8 godzin. Wtedy mi się odechciało. Liczę od punktu do punktu. Zazwyczaj nigdy nie są dłuższe niż 17 km. W pewnym momencie zapominasz o dystansie jaki masz do przebiegnięcia. Po prostu biegniesz do następnego punktu. Następnego wodopoju. Myślisz o tym, że jesteś zmęczony, musisz napełnić bukłak czy chcesz coś zjeść. Demotywuje mnie wizja np. jeszcze 100 km przede mną. Najlepiej dzielić sobie całość na etapy. Jeśli są większe odległości między punktami w zależności od biegu, można sobie samemu podzielić, zrobić taką w cudzysłowie małą pułapkę – lapy w zegarku. Głowa zdecydowanie wtedy odpoczywa.

gos

Wspomniałaś o punktach odżywczych, co jadasz z reguły na biegach?

Gosia: Jak zaczynałam biegać, miałam to wszystko co wszyscy. Milion żeli energetycznych, batonów z jak największą zawartością wszystkich możliwych węgli, kofeiny itd. Szybko jednak od tego odeszłam. Trochę zdroworozsądkowo, a także ze względów osobistych m.in. problemów z żołądkiem, co jest taką trochę moją piętą Achillesową. Dla mnie odżywianie na biegu to klucz. Nigdy w życiu tak naprawdę na biegu nie czułam się super wycieńczona mięśniowo Często był to mój błąd w żywieniu, który przełożył się na to, że miałam problemy z żołądkiem. Nie jest to problem z kosmosu, nie traktuję tego jako – o nagle mi się przytrafiło. Uznaję, to jest mój błąd.

Obecnie  w plecaku staram się mieć maksymalnie 4-5 żeli energetycznych czy batonów. Reszta to są rzeczy, które sama sobie już przygotowuję: pieczone ziemniaki malutkie z dużą ilością soli, które zawijam sobie w sreberko. Jest to mała kuleczka, objętościowo podobna do żela. Jeśli jest możliwość przepaku, to rzucam sobie na niego makaron. Ugotowany, ale dente, z dużą ilością oliwy i soli. Dla mnie to jest najlepszy strzał energetyczny. Bez żadnych sosów. Wiem też, to mi nie zaszkodzi, jest to sprawdzona rzecz. Na każdym punkcie jeśli jest taka możliwość, to jem rosół zamiast izotoników. Właściwie w ogóle nie piję gotowych izo. Na starcie mam w jednym bidonie wodę, jeżeli to jest dzień i upał, a w drugim – swoje izo. Bardzo prosta mikstura: letnia przygotowana woda z dużą ilością wyciśniętej cytryny, miód, trochę soli. Smakowo z przewagą miodu. Na wieczór/noc/zimno mam herbatę. Zazwyczaj czarną z dużą ilością cukru albo owocową herbatę, też posłodzoną.

Zazwyczaj na wszystkich imprezach zagranicznych, teraz też powoli w Polsce, trzeba posiadać swój własny kubek. Jeśli na punktach dają herbatę, to tak sobie to odkryłam, muszą mieć wrzątek. Na jednym z biegów przytrułam się lekko miejscowym rosołem. To był też okres w którym na co dzień nie jadłam mięsa. Miałam wrażenie, rosół był mocno mięsny. Od tamtego czasu mam też ze sobą z 2 saszetki albo kostki rosołowe. Jak jest możliwość, zalewam taki gorący kubek wrzątkiem i piję zamiast herbaty czy miejscowych przysmaków. Wolę je mieć zamiast żela energetycznego. Wagowo wychodzi podobnie. Oczywiście w międzyczasie dorzucam trochę orzechów, rodzynek, które są na punktach. Zjadam pomarańcze. Przez całą trasę marzę zazwyczaj o arbuzie. Nigdy go nie ma na trasie, zazwyczaj dopiero na mecie, gdzie myślisz tylko o śnie często lub chce ci się rzygać. To jest apel do organizatorów, na trasie powinien być arbuz. Jest dobrze nawadniający i ma dużą zawartość potasu. Jeszcze w temacie żywienia, warto zainwestować w saltstick. Pamiętać o elektrolitach, by nas później nie zabrał ambulans. Tak, takie rzeczy się dzieją…

Jak się zapatrujesz na tabletki przeciwbólowe, które w środowisko ultrasów są coraz bardziej popularne?

Gosia: Przeraża mnie to. W życiu nie wystartowałabym w biegu, w którym wiem, będę biec przez 20 czy 30 godzin, nafaszerowana środkami przeciwbólowymi. One otępiają albo pobudzają, to zależy w którą stronę działają. Przy dużym wysiłku reakcje organizmu są bardzo różne. Bałabym się, że mogę zemdleć. Bałabym się również, że będą działały na mój organizm za mocno. Nie będę czuła bólu faktycznego. Zrobię sobie kontuzję mechaniczną. Odradzam. Mam ze sobą w plecaku jeden Apap i jeden Ibuprom kontrolnie. Na dobrą sprawę muszę sprawdzić ich termin ważności. Mam je z folią NRC zawsze, od lat. Zabieram za to Stoperan. Uważam, jest przydatny, gdy ma się problemy żołądkowe, tak jak ja. Jest też nowa, fajna rzecz – saszetki, chyba także Stoperan, choć na rynku znajdzie się pewnie i innych. Mam taką przypadłość, na co dzień mam niski poziom elektrolitów, wspomniane saszetki są tzw. po biegunkowe, maja duży strzał elektrolitów. Dorzucam ją do napoju, który mam. Są bezsmakowe, smakowe, owocowe… Tabletki/maści nie. Smaruję tylko stopy wazeliną przed startem.

Z przydatnych rzeczy, korzystasz z kijków?

Gosia: Zdecydowanie tak i bardzo wszystkich zachęcam do nauki korzystania. Zwłaszcza w przypadku 100 km i więcej ze sporymi przewyższeniami, to kijki ułatwiają, odciążają. Na stromych podejściach pozwalają odpocząć. Zaczynają pracować inne mięśnie. Na jednym biegu w Niemczech używałam kijków przez całość. Na mecie miałam owszem, mocno bolesne barki, lekki przykurcz szyi, ale kije pomogły mi biec przy trudnych warunkach. Wyprzedzać, mało kto je miał. Nie jest też wcale trudno się nauczyć ich użytkowania.

Lepsze jednoczęściowe czy składane?

Gosia: Zareklamuje te, których obecnie używam. Są to kije składane Black Diamond. Są lżejsze niż mój telefon. Zdarza mi się trzymać je w ręku przez odcinek ok. 30 km i właściwie zapominam, że je mam, są tak lekkie. Zdecydowanie składane. Używam ich długo. Nigdy mi się nic nie przyblokowało. Warto zainwestować w te kijki, nie są tanie, ale w moim odczuciu są dożywotnie. Warto wspomnieć, są składane, ale na takich gumowych łączeniach. Nie polecam tych na żyłkowych, miałam takie, kiedyś się zerwały. Odradzam skręcane, przy trudnych warunkach zacinają się, ciężko się je rozkłada. Zdecydowanie lepiej wypadają Black Diamond. Rozkładają się jednym ruchem. Preferuję kijki dłuższe. Jak na ultrasa, jestem wysoką osobą. Z długim kijkiem, nie garbię się aż tak bardzo.

buff

Poza wymaganym sprzętem, co znajdzie się u Ciebie w plecaku? Niezbędny ekwipunek, wiadomo, zależny jest od imprezy. Czy masz np. skarpetki na zmianę?

Gosia: Zawsze mam na zmianę skarpetki, z jeden bądź dwa plastry, ich też nie ma w obowiązkowym ekwipunku. Mam też w saszetce mokrą chusteczkę. Gdy coś się wydarzy stopom, głównie na nich się skupiam. Uważam, warto się zatrzymać, zdjąć tego buta, przetrzeć, założyć czystą skarpetkę. Jeśli jest możliwość przepłukać w strumyku stopę, która jest spocona, lekko ją osuszać. Dać jej trochę świeżości, nawet jeśli mamy włożyć nogę do tego samego buta. Co jeszcze… żelki 🙂 mam też zawsze dwa buffy. Miałam sytuację, że ten buff uratował mi gdzieś tam życie. Nie mam go nawet w plecaku, a na rękach. Jednym i drugim nadgarstku. Przydaje się do wszystkiego. Zgubisz czapkę, wypadnie Ci z plecaka – używasz buffa jako czapki. Zgubiłam kiedyś gumkę do włosów i nagle włos rozwiany na wietrze, użyłam buffa jako gumki. Mam koleżankę, której pękło zapięcie od stanika, co jest ekstremalną sytuacją, użyła buffa jako stanik. Można też go użyć w razie potrzeby jako opaskę uciskową, więcej razy się go owinie. Zastanawiam się co jeszcze mam takiego… Na zagranicznym biegu mam zawsze flagę, polecam patriotom. Tak się mówi, nic nie waży, a potem plecak ma 10 kg 😉 Mam też rękawice, nie zawsze są obowiązkowe. Na każdym biegu, gdzie wchodzimy na wysokość 2500 m n.p.m. przydają się. Bardzo szybko wychładzają mi się ręce. Wychładzająca ręka jest dla mnie gorsza niż obtarta stopa. Nie mogę chwytać kijków, otwierać plecaka… Polecam neoprenowe dla żeglarzy, wodoodporne. Te z ortalionem wodoodpornym są dla mnie za cieple. Zaparzają dłonie. Jedną parę rękawiczek mam ze sobą, drugą na przepaku. Co jeszcze? Muzyka, ja dla mnie.

Fot. Gosia Szydlowska
Fot. Gosia Szydlowska

No własnie, a jesteś zabezpieczona np. kolejną parą butów na przepaku?

Gosia: Zasada dla mnie jest taka, jeśli jest możliwość przepaku, dajemy tam wszystko, jeśli mamy oczywiście. Skarpetki, spodenki, drugą koszulkę, buty, czapeczkę, bluzę, kurtkę. Nawet jeżeli tego nie użyjemy, dajmy to. To nas nic nie kosztuje, a może być taka sytuacja, że będą wyjątkowo trudne warunki, burza, zmokniemy. Trzeba będzie się przebrać. Będziemy w komfortowej sytuacji. Co więcej, uważam, warto dać na przepak też ręcznik mały. Jeśli jest deszcz, co z tego, że pójdziemy się przebrać, gdy nasze ciało jest przepocone i mokre, odzież przesiąknie zaraz od naszego ciała. Jesteśmy świeżsi tylko przez chwilę. Dodatkowo na przepak warto dorzucić swoje ulubione jedzenie. Organizm na początku dobrze przyjmuje żele, batony, wszystko to co daje organizator: typowe energetyki: rodzynki, orzechy, babki, mające dużą zawartość węgli,. W pewnym momencie, gdy jesteśmy na np. ósmym punkcie i w koło jemy to samo, nie ma chyba takiego organizmu który ze smakiem i radością będzie to pochłaniał. Chodzi też o dobre samopoczucie. Dajmy więc sobie coś co lubimy. Niech to będzie baton, czekolada, cokolwiek, nawet kawałek marchewki. Każdy lubi co innego. Niektórzy jedzą chipsy, krakersy solone. Nie jet to wcale taka głupia sprawa. Dostarczają soli do organizmu. Na biegach międzynarodowych zauważyłam, coraz więcej ludzi je takie trochę „śmieciowe jedzenie”. Mam na myśli snack, jakąś przekąskę. Przez cały bieg dostajemy jedzenie typowo dla biegaczy. Ten przepak jest taką trochę nagrodą. Biegniemy, bo odłożyliśmy sobie piwo albo coś takiego naszego. Na przepaku mam nawet swoją drugą muzykę w razie gdybym zgubiła mp3 po drodze gdzieś, co mi się zdarzyło.

Byłam też świadkiem na długim biegu, gdzie w połowie dystansu osoby brały prysznic. To akurat było w bardzo dużym upale. W takich biegach jak Transgrancanaria, Madeira, polecałabym coś takiego. Dziewczyna, w tym samym czasie w którym zdążyłam napełnić plecak i chwilę odpocząć, wzięła prysznic. Da się to zrobić szybko. Super sprawa. Dostała nowe życie, w 40 stopniowym wówczas upale.

Polecam, żeby mieć kogoś na przepaku, jeśli jedzie z nami na zawody. Poza całym ekwipunkiem jedzenie, nic nie daje takiego kopa jak zobaczenie kogoś bliskiego. Bezcenne. Czy to mama, tata, kuzyn, wujek, warto wysłać na punkt. Niech czeka. Nie musi być biegaczem, nie musi się znać, nie musi nam pomagać, masować stop. Po prostu, żeby był/a.

1508098_10206879744776875_8633785262695189068_n

Wspomniałaś o karetce. Czy jest jakaś granica? Kiedy ją rozpoznać, byśmy nie zakończyli biegu w szpitalu?

Gosia: Początkowo wydawało mi się, że nie ma granicy. Biegałam 50, później 80, 100 i jeszcze dalej, to znaczy, ze cały czas da się dalej i jeszcze dalej. Granica stale się przesuwa. Wszyscy uczymy się na błędach. jest to najlepsza nauka. Tak też było ze mną. Pierwszy raz granicę poznałam na mistrzostwach świata we Francji w Vnseii., kiedy odcięło mnie. Najzwyczajniej w świece. Wcześniej słyszałam takie rzeczy tylko z opowieści lub widziałam na filmikach. Biegniesz i nagle dostajesz jakby strzałę. Ścina cię. Musisz usiąść. Coś takiego miałam. Był to wynik być może zbyt szybkiego początku biegu, złego odżywiania na trasie, nawadniania. Temperatura była dość wysoka. Miałam dość duży spadek elektrolitów. Na pewno miało też wpływ to, że kilka godzin przed biegiem byłam na kontroli antydopingowej. Pobierali mi krew, a ja takie rzeczy, może to się wydawać śmieszne, znoszę ciężko. To bardziej jest już głowa. Po prostu się stresuje, a jak wiadomo od razu człowiekowi też spada poziom potasu, magnezu, żelaza… Tego dnia wydaje mi się poziom moich elektrolitów był super niski. To była pierwsza nauczka. Oczywiście, walczyłam do końca. Jeszcze się kłóciłam, że wszystko jest w porządku i chce biec dalej. To była sytuacja kiedy z trasy zabrano mnie tak naprawdę siłą. To były mistrzostwa świata i przypuszczam, nie było nic do gadania. Przychodzi lekarz i mówi po prostu pani już dziękujemy, odcinają numer startowy i zabiera ambulans. Diagnoza – spadek elektrolitów.

Druga już była inna. Też zawody we Francji w CCC na dystansie 100 km. Znalazłam się pod kontrolą lekarza. Już od 40 km czułam, jestem przegrzana. Być może źle zabezpieczyłam się przed słońcem. Biegłam w daszku zamiast czapeczce. Zaczynałam mieć udar. Było mi słabo, Na pierwszym przepaku, gdzie już zdroworozsądkowo, ucięłam sobie drzemkę. Wiedziałam, to jedyny ratunek. Pomogła mi na tyle, że udało się przebiec jeszcze kolejne 20 km w totalnej nieświadomości. Nie pamiętam ich. Pamiętam tylko, że wymiotowałam…wodą. Nie mogłam przyjmować już nawet wody. Do tego było mi strasznie zimno, mimo uczucia przegrzania. Pulsowania skroni. To były skrajne uczucia. Uderzenie gorąca i jednocześnie dreszcze. Objawy udaru słonecznego. Dobiegłam do punktu kontrolnego. Zaczęłam mieć przykurcze już nawet dłoni, spadek elektrolitów nastąpił. W trakcie próbowałam się ratować saltstick’ami, czy magnezowi szotami, które dawali mi ludzie. Nie byłam jakoś przygotowana na taka sytuacje. Na trasie inni biegacze ogromnie pomagali. Jadłam to, ale mój organizm nie przyjmował. Jest bowiem coś takiego, jeśli czujemy się głodni czy osłabieni, to już jest za późno. Musimy reagować szybciej niż organizm to pokazuje. Tak jest tez z ambulansem. Jeśli czujemy, to jest ambulans, to będzie ambulans. Za wiele nie zrobimy.

Czyli pierwsze  nie bagatelizujmy pierwszych objawów złego samopoczucia czy problemow żołądkowych czy fizycznych np. kontuzji po upadku. Warto stracić 3-5 min u lekarza i opatrzeć ranę czy tez skontrolować kontuzję bądź niedogodność niż potem 3 godziny leżeć w krzakach i umierać. Próbując się podnieść. Ciężko jest się podnieść z takiego stanu. Też nie zawsze to się udaje. Uważam, że w takich sytuacjach musimy mieć kogoś kto pomoże. Dużą rolę ogrywa tu osoba na trasie –  inny biegacz. Fizycznie pomoże, ale też zmotywuje. Jak jesteśmy sami, zazwyczaj odpadamy z biegu.

11150793_10206884589257984_8417342663356520046_n

Gdzie jest granica? – wracając do pytania. Uważam, granica jest tam, byśmy sami wyczuli na ile możemy sobie pozwolić. Jeśli pojawia się myśl pierwsza o zejściu z trasy, zazwyczaj jest to alarm. Ja to tak nazywam. Zazwyczaj każdy z nas go gdzieś ucisza. Jeśli czujemy, że pojawia się drugi raz, trzeci raz… piąty…dziesiąty myśl o zejściu z trasy, musimy sobie zadać pytanie co jest przyczyną? Czy to, że się po protu poddajemy? Czy przyczyną jest problem, który dotyczy naszego zdrowia i bezpieczeństwa. Przy wersji „b” jak najbardziej powinniśmy sobie pozwolić na zejście z trasy. To co robimy to nasza pasja, ma nam dawać radość. Tu nie chodzi o robienie tego za wszelką cenę. Robiąc sobie krzywdę. Tylko by robić to z głową. Kończyć bieg z uśmiechem. Mieć satysfakcję z tego co się zrobiło. Nie musimy udowadniać niczego komukolwiek. To nie są Igrzyska Olimpijskie. Nie biegniemy po wielkie pieniądze. Mówię tu o sobie, może są takie osoby, które biegną by komuś coś pokazać. Jeżeli tak, ok, robią to może a wszelką cenę, po trupach. Nie jestem taką osobą. Nie dotyczy mnie to. Nie rozumiem tego. Jeżeli pojawia się jakiś komunikat w mojej głowie, że zaczynam balansować na granicy zdrowia, to nie mam problemu by zakończyć bieg. Jestem fair wobec swojego organizmu. Należy mu się to. Szanuję go, dostał i tak już mocno na wielu biegach. To jest ważne, by zaprzyjaźnić się z organizmem, głową przede wszystkim odgrywającą dużą role w bieganiu ultra. By sobie powiedzieć – słuchaj stara, nic się nie dzieje. Odwaliłaś kawal super roboty, dziś nie jest ten dzień. Są tez inne czynniki zewnętrzne, odpuszczamy. Sztuką nie jest przebiec 42 km tylko przez 42 lata jak mówi Skarżyński. Tego się trzymajmy. Sztuką nie jest przebiegnięcie setki, tylko to by przebiec sto takich setek, ale by biegać przez „x” lat. Szanujmy swoje zdrowie, nie dzieję się nic strasznego gdy zejdziemy z trasy. Nie traktujmy tego jednak ekstremalnie. Jeśli to jest tylko głowa, powalczmy.

10001275_10203401121013455_797511209_n

Jak później, przezywałaś swoje zejścia z trasy?

Tak, choćby drugie zejście z trasy, gdzie była to moja decyzja. Lekarze nawet sugerowali mi bym się położyła, miałam duży zapas czasowy. Mogło, być tak, że za 2 godz bym ruszyła. Wtedy czułam jednak, to nie ma sensu. Wiedziałam, jak się obudzę za dwie godziny, nadal będzie noc, będzie ciemno, będę w tym samym momencie biegu. Nadal będę miała przed sobą podejście na 2000 m. Nadal będzie trudno. Czułam, mój organizm i tak już jest zmęczony. Te 2 godz za wiele by mi nie dały, aczkolwiek może warto próbować. Zadałam sobie pytanie co jest ważniejsze? Być na mecie czy pobiec w kolejny biegu, który jest za kilka tygodni w zdrowiu? Chciałam być zdrowa. Pierwszy raz pojawiła się myśl, mimo dużej walki w głowie, dużego już wtedy doła z powodu nieukończonego biegu, poczucie bezradności, pomieszane z tym, ze czujesz się cieniasem przed sobą. Zawiodłeś sam siebie, tyle się trenowało… Miałam coś takiego, poczułam dałam z siebie wszystko. To uratowało moja głowę. Wróciłam do hotelu, popłakałam chwilę, ale byłam dumna. Z tego, ze podjęłam dojrzałą decyzję, że dojrzałam do tego, potrafię zejść z trasy. Nic się złego nie dzieje. To nie jest koniec świata. Wręcz dzieje się coś dobrego, jestem zdrowa.

Dól jednak będzie zawsze, tego się nie da uniknąć. Warto się wyłączyć. Tydzień/dwa po, warto zrobić sobie jakieś luźne bieganie bez zegarka, zabierając psa, przyjaciela. Włączając do treningu rower. Czy też wystartować w jakiś biegu o nagrodę wójta. Porobić coś innego, by zmniejszyć sobie poziom rywalizacji biegowej, odżyć. Dobrze wystartować w czymś małym, który na pewno ukończymy. Nie ma co się porywać na coś wielkiego.

Odnośnie snu. Pamiętam filmiki, gdy spałaś na trasie, kiedy warto spać?

Gosia: Nagrano mnie, kiedy położyłam się jak kłoda na drodze i ucięłam komara.Regularnie widzę biegaczy i to takich, co robią dobre wyniki w biegach ultra powyżej 120 km. którzy, tam gdzie jest możliwość: łózka/maty, to śpią. Ucinają rożne drzemki 20, 40 minutowe. Uważam, iż u kogoś kto na co dzień ma rytuał z drzemką, jest czymś super. Jak wiadomo nasz organizm niektórych rzeczy uczy się na pamięć. Jeśli przyzwyczaimy do takiego trybu dnia w którym krótki sen jest, to nie stracimy, a zyskamy. Naładujemy baterie. Osoby nieprzyzwyczajone, mające problem z zasypianiem, nie polecam. Może zadziałać w drugą stronę. Np. osoby będące w ruchy, bywa, lepiej reagują w ruchu. Mogą za mocno rozleniwić ciało. Ciężko będzie wstać i biec. Na to warto uważać. Dobrze wypróbować sobie. Wiadomo, gdy zależy nam na wynikach, naprawdę dobrych rezultatach, to takie coś nie może mieć miejsca.

Nie ma co ukrywać, na co dzień normalnie pracujesz. Nie masz łatwej pracy. Jak to pogodzić z treningami ultra?

Gosia: Rozmawiałam ostatnio ze swoim przyjacielem o tym. Jestem na takim etapie, gdy nie muszę się przygotowywać do treningu, nie muszę czegoś planować. Jestem zawsze gotowa. Jak to wygląda? Bez względu na to jaka jest pora dnia, jakie buty biegowe mam na sobie. Czy ma długie czy krótkie spodenki, bawełnę czy tez nie, czy jestem nad morze/w lesie/trasie, jak mam czas idę pobiegać. Nie ważne czy 5 czy 25 km, staram się wykorzystywać każdy wolny czas na trening. Daje mi to super radość, Od czasu gdy nie kontroluję tego tzn. nie biegam patrząc ślepo w zegarek, moja głowa ma luz. Czerpię jeszcze większą radość. To się sprawdza w biegach ultra. Wiadomo krótsze dystanse np. przygotowanie do maratonu wymaga innego treningu. to inna bajka. W takim położeniu jakim jestem ja czy inni moi przyjaciele, którzy biegają ultra, polecam. Nie ważne czy w biurze czy w samochodzie, warto mieć buty/strój/ręcznik. I wykorzystać każdy możliwy czas. Nie ma czegoś takiego jak brak czasu. Codziennie tracimy go na rzeczy takie jak zakupy/oglądanie telewizji. W tym czasie można zrobić trening. Bieganie to taki sport w którym nie ma wymówek. Wszystko jest w nas, naszych chęciach. Moją złotą radą, jest to by to po prostu lubić. Gdy ktoś biega by schudnąć, komuś coś udowodnić, uciec od problemu, to mnie nie zrozumie. Nie będzie czul tego co ja czuje. Robię to bo lubię.

1800329_10204965779488939_6094097973946943548_n

Da się Twoim zdaniem określić dla kogo są begi ultra?

Gosia: Biegi ultra mogą być dla każdego, trzeba mieć choćby podstawowe przygotowanie. Jeśli nawet nie biegowe na dystansie dłuższym niż maraton, to trzeba mieć obeznanie w górach. Nawet to jest ważniejsze. Warto wiedzieć z czym to się je.Osoba, która nie chodziła po górach i nie biegała, jest zagrożeniem. Nie tylko dla innych, ale przede wszystkim samego siebie. Góry są specyficznie. Zmienia się w nich pogoda dużo szybciej, Niektórzy bagatelizują takie rzeczy. skoro lato, to można mieć krótki rękawek twierdzą. Nie ma kogoś takiego o kim powiemy – nie nadaje się, warto się przygotować. Zaciągnąć rad od osób z doświadczeniem. Nie czytając często głupot, które znaleźć można w sieci. To na biegach ultra widziałam najbardziej absurdalne sytuacje. Gościa, który w połowie biegu ultra siadał i zapalał papierosa, czy też kompletnie nieprzygotowane osoby.

Wspominałaś o bieganiu z muzyką. Czego najczęściej słuchasz?

Gosia: U mnie to ekstrema taka trochę. Mam mix muzyczny. Na biegach bardzo lubię słuchać muzyki poważnej, klasycznej. Gdzieś tam jest mi bliska gra na pianinie, fortepianie. Lubie słuchać dźwięku, koi mnie. Są i sytuacje i momenty, gdy potrzebuje pobudzenia, to mam muzykę z „łupanką”. Lubię też muzykę instrumentalną bez wokalu. Ta z wokalem rozprasza. Poza tym wybieram muzykę chilloutową. Trzeba z  tym uważać. Zmęczenie połączone z błogostanem może doprowadzić do sytuacji w której wybijemy sobie zęby. Raz mi zdarzyło się potknąć. Zaczynamy się mocno wyłączać. Nie słuchajmy muzyki nocą. Tam uwaga ma jeszcze większe znaczenie. Do tego mamy też przecież lampkę, która skupia uwagę,, Należy tez głośność ustawić tak by słyszeć biegaczy dookoła. Rożne rzeczy się dzieją, czasami trzeba komuś pomoc…

To jeszcze na koniec. Za co pokochałaś biegi ultra?

Gosia: Pokochałam, bo dają mi wolność. w robieniu tego co lubię, pokonywania barier. Dają czas. Tylko i wyłącznie taki dla siebie. Biegi ultra rzucają w ekstremalne sytuacje, wywołując emocje. Bywa, jeden bieg ultra jest w stanie pokazać mi jak się zachowuję w rożnych sytuacjach. Jak reaguje. Taki trochę sprawdzian. Za to kocham. Jestem taka ja – prawdziwa, bez maski, udawania. nie mam przed kim udawać, jestem tylko ze sobą. Lubię siebie taka. Pewnie za to lubię i te biegi. Biegi ultra są dla ludzi odważnych. Może powinnam wrócić do pytania wcześniejszego. Tchórz nie nada się na ultra, trzeba mieć w sobie odwagę. Nie chce stawiać ultrasów na piedestał. Trzeba mieć jaja, ultra wymaga mocnej głowy. Pozdrawiam wszystkich ultrasów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *