Bieg 7 Dolin – piekło w niebie

Było po 18:00. W rejonach Bacówki nad Wierchomlą zachodziło właśnie słońce. Niebo przybierało barwy żółci mieszanej z pomarańczą, a nad górami zaczęła unosić się lekka mgła. Poczułam jak coś zachodzi we mnie. Wysłałam smsy do Przyjaciół BŚ – wybaczcie moja zabawa się kończy na 88 km. Rozpłakałam się jak dziecko, któremu ktoś z ręki wyrwał ulubioną zabawkę. Najzwyczajniej w świecie nie byłam w stanie powstrzymać łez. Ten zachód słońca, nie miał być takim zachodem. Piotr z którym się znamy z imprez i szlaków, z którym mijałam się wielokrotnie na trasie wspomniał – boli. Bolało, bo przecież nie tak miało być. Przecież w zeszłym roku poszło tak ładnie, wróciłam nawet dwoma medalami… Chciałam sobie powiedzieć jesteś cieniasem. Nie mogłam. Tylko w tym roku przetrwałam zmagania z wiatrem 140 km/h w górach, Ekstremalny Rajd na Orientacje Harpagan ukończony ze świetnym rezultatem 2 miejscem, czy Rzeźnik Ultra. Było tego więcej. Czy mogłam nazwać siebie cieniasem?

tepp001

Nie rozmawialiśmy z Piotrem za bardzo. Porobiliśmy sobie zdjęcia przy zachodzie słońca. Chyba najlepiej rozumieliśmy się nawzajem w tym momencie. Przezywaliśmy podobne  rozterki. Chłopaki zaczęli wysyłać smsy dopingujące, że to przecież koniec. Już z górki. Ile można na mnie czekać. Odpisywałam – przegrałam, bo w tym momencie nie było mnie stać na więcej. Próbowali dalej, że mam ruszyć tyłek, że przecież są tacy co czekają bym zeszła. Tylko co mnie oni obchodzą? Oczy już miałam pełne łez. Moje odpowiedzi na smsy były jak nigdy – spadaj…czy później mocniejsze. Nie pomagały. Kazali mi biec, a przecież chciałam, ale nie mogłam… Nawet zawodniczka, która dosiadła się do mnie w autokarze, który miał mnie zabrać z tych gór, próbowała mnie pocieszyć. Bo jak można przegrać tuż przed metą, mając pokonane niemal wszystkie szczyty po drodze, 88 km w nogach…? Też tego nie rozumiałam… Przegrać z kilkoma minutami, a przecież już doszłam do siebie. Odzyskałam życie. Oddychałam normalnie. Mogłam biec dalej…Byłam skłonna tylko wykrzyczeć – nienawidzę tego, że tak to kocham. Choć mój głos się tylko łamał. Autokar pełny zawodników, ale panowała cisza…albo tylko ja wyłączyłam się na tyle, że już nic nie słyszałam.

Odebrałam depozyt w niedzielny poranek i siedziałam na Expo. Nie chciało mi się nic, nie musiałam nic. Nie spieszyło mi się nigdzie, nie miałam ustawionego żadnego przypomnienia w telefonie. Ogarnęła mnie pustka, życia dnia bez celu. Nie zabrałam aparatu, nie mogłam zagłuszyć myśli skupianiem się na najlepszych ujęciach. Pogodziłam się w pewnym stopniu już z tym co się wydarzyło, choć niedosyt pozostał.. Nosiło mnie. Nic mnie fizycznie nie bolało, a przecież miało. Nie chciałam zasnąć z myślą, że dzień spędziłam na niczym, marnując go. Z życia trzeba korzystać, póki jest. Wiedziałam, będę mieć wyrzuty sumienia jeśli nic nie zrobię. Skoro brak było jakichkolwiek ograniczających mnie godzin, uznałam, spędzę je na szlaku, w górach. W miejscu, gdzie najlepiej dogadam się sama ze sobą. Kilkanaście minut później ze spakowanym plecakiem i kijkami w ręku kierowałam się na szlak. Nie miałam celu. Coś mnie prowadziło na te ostatnie km biegu. Te z górki, tym razem dla mnie pod górę. Zaczęłam rozmyślać nad wszystkimi płynącymi słowami. Nad tym co napisała Magda – Agato, podziwiam Cię za to co robisz i jak niejednokrotnie pokazałaś, że jesteś mocna i masz w sobie ducha walki. Tym co wspomniała  Agnieszka – dla wielu to abstrakcja. najważniejsza w pasji jest pamięć początkującego. ty już wiele szczytów zdobyłaś uwierz. Właśnie na kolejny zmierzałam.  I tym co dodała Asia – Słabo znam się na matematyce, dlatego od ilości wolę jakość. Jeżeli przez te 88 km miałaś takie widoki, to nic piękniejszego nie mogło Cię spotkać. To ile dostałam wsparcia zaskoczyło mnie samą. Wiadomości, smsów. Jeśli coś w życiu naprawdę wygralam, to zdecydowanie Przyjaciół. Tych, którzy nie udają, ale zawsze są na dobre i złe. Podążając przed siebie, przypominałam sobie obrazy dnia poprzedniego.

Miesiące przygotowań, sporo wyrzeczeń, rezygnacja z kilku projektów, by mięć czas na sen, którego zazwyczaj mi brakuje. Bez tego miałam się pożegnać z treningami. Codzienne pobudki z widokiem na mapę przyklejoną na drzwiach. Codzienna walka, by ruszyć w pełni sprawną na trasę. Przed, pojawiły się problemy zdrowotne. Cena płacona za zbyt intensywny tryb życia. Tuż przed lipcowym TUTem. Na dwa dni przed z trudnością pokonałam 3 km. Ból pojawiał się i znikał. Nieoceniona Ola z Fizjolab zdiagnozowała przeciążenie kręgosłupa  Nie zabroniła startować, nie wyglądało to źle, obtejpowala, radziła uważać. Zleciła ogrom pracy domowej. Stanęłam na starcie, ale bez ciśnienia, nie bolało przynajmniej na początku. Tyle, że ból się odzywał za często. Po pierwszym punkcie uznałam, schodzę. Ola tez wspomniała, to dobra decyzja. Udział na silę mógłby się zakończyć rwą kulszową. Wiedziałam, chce wystartować w B7D. Zresztą prosto z TUTa jechałam realizować małe marzenie odkładane od dwóch lat – nocny spływ kajakowy przez rezerwat Przytoń. Musiałam być sprawna, by sobie poradzić na przeszkodach. Nocne obrazy, latająca chmara nietoperzy nad głową, pięknie rozświetlone gwiaździste niebo i szum rzeki.

razem2

Odzywająca się zwierzyna i pokonywanie każdej kolejnej przeszkody, dostarczyły wystarczająco dużo wrażeń. Wiedziałam też, coś muszę ze sobą zrobić, albo zakończę zabawę w bieganie. Niemal codziennie bez względu na ilość zajęć, godzinę końca pracy, poświęcałam czas na ćwiczenia pod kątem kontuzji. Chciałam czy nie chciałam, bez tego nie dałoby rady. Efekty same przyszły. Ból zniknął, wróciła radość biegania. Siłowo czułam się mocno. Pokazał to niedawny start w Biegu rzeką, Walka z mułem i błotem i 2 miejsce wśród kobiet na mecie. Satysfakcji dodawał fakt wygrania z dziewczynami, z którymi na asfalcie nie miałabym szans. Ostatni ultramaraton w weekend na kajakach, mimo trudnej rzeki Łupawa, też pokonałam bez żadnych dolegliwości. Nawet bywało, przeciągając kajak dwuosobowy pełen rzeczy z namiotem, jedzeniem i piciem. Kajaki to taka druga miłość, Rzeki przemierzamy od jakiś kilku lat. Zawsze z całą masą przygód. Zresztą na Łupawie było ich sporo. Czasem nieco niebezpiecznych momentów. Odcinkami rzeka ma charakter górski. Wody czy piany w kajaku można się spodziewać. No i pamiętam jak na mecie naszej wyprawy, łące tuż przy moście przy głównej wiejskiej drodze, urządziliśmy sobie piknik podgrzewając makaron z sosem na kuchence turystycznej, wzbudzając zainteresowanie okolicznych mieszkańców, oczekiwaliśmy na transport. Po jakieś godzinie dopłynęła grupa mężczyzn pokonująca trasę w kajakach jednoosobowych. Wystartowali nieco przed nami z tego samego punktu danego dnia. Przemierzyli 24 km, dla nas był to drugi dzień na rzece – łącznie 45 km. Podjechała ich firma po kajaki. Powiedzieli do obsługującego – trudna ta rzeka, zdecydowanie nie nadaje się na kajaki dwuosobowe. Spojrzeliśmy się na nich. Nie? – z zadziwieniem odpowiedzieliśmy. My tak płynęliśmy przez 2 dni i to jeszcze z dziećmi – dodaliśmy. Sama miałam jedno na pokładzie.

Czułam się silna i w formie. Zarazem wypoczęta i szczęśliwa. Spędzałam wolną chwilę na szlakach w grupie i sama. No i Ola na wizycie tuż przed startem powiedziała – fizycznie jestem gotowa. To dawało mi spokój. Nawet z lekkim zdziwieniem spojrzała na mnie, gdy weszłam pełna energii i uśmiechu do gabinetu. Wyspałam się, wstałam o 9 – zażartowałam, nie pamiętając kiedy pozwoliłam sobie ostatnio na tak długa drzemkę. Przed biegiem zaplanowałam sobie urlop. Byłam gotowa, by przynajmniej uzyskać wynik jak sprzed roku.

przed starte

Byłam lekko zestresowana, jak zawsze przed ultra. Ta nutka niepewności, co nakręca. Czułam się dobrze, a przez Gosię nabrałam ochoty by przyspieszyć odkładany w czasie start w UTMB o którym zaczęłam myśleć coraz odważniej. Choć może zacznę od CCC. Przed startem B7D rzucałam żartami, Gosia wspomniała – widać humor jest. Dopisywał, mimo wyjątkowo ciężkiej nocy. W której ostatecznie przestałam walczyć by zasnąć, i wstałam szybciej niż. planowałam. O ile w ogóle można to nazwać snem. Ledwo zmrużyłam oczy na jakieś 2-3 godzinki.

Fot. maratonypolskie.pl
Fot. maratonypolskie.pl

3..2…1… ruszyliśmy. Na zegarku 3 nad ranem. Znałam trasę, pamiętałam z zeszłego roku. Wiedziałam co mnie czeka. Czułam się dobrze. Po asfalcie, a potem w górę. W drodze na pierwszy szczyt – Jaworzynę Krynicką. Biegło się przyjemnie, choć czułam, jest cieplej niż w roku ubiegłym. Tym razem w rękawkach było mi najzwyczajniej za gorąco. Im wyżej, tym jednak temperatura niższa. Zwłaszcza po nocy. Gdzieniegdzie ciało przeszywały chłodne podmuchy wiatru. Przyjemne. Co jakiś czas zamieniłam z kimś słowo. Podziwiałam widoki zaspanego świata i nieba pełnego gwiazd. Niestety dość często bardziej należało patrzeć pod nogi. W miarę upływu dystansu stawka się rozciągała.

Na szczyt i w dół, tak prezentował się profil trasy. Podziwiając krajobrazy. Za którymi tak tęskniłam. No i miał przywitać nas piękny wschód słońca. Powoli w oddali zza masywem gór przebijały się czerwone barwy.

Zbiegi bywały trudne technicznie. Spora liczba kamieni na których nie trudno krzywo postawić nogę. Zresztą wywracało się wielu. Pierwszy punkt minęłam podobnie jak rok temu z ponad 30 min zapasem. Uzupełniłam płyny i ruszyłam dalej. Miało być już w dół. do Rytra. Nad miastem unosiła się mgła. Dodając wszystkiemu bajkowego klimatu. To te momenty dla których się biega. Dla których kocha życie na szlaku. Niektórzy zazdroszczą, inni nie rozumieją tej drogi. Tego, że więcej mnie nie ma w domu niż jestem. Tego, że ledwo się rozpakowuje i znów pakuje. Nie potrzebuje wygody. Bycie na szlakach, czyni mnie szczęśliwą.

tepp002

Do pierwszego przepaku dobiegałam niemal o 8:00. Właśnie startował bieg na dystansie 64 km. Stojąca przy punkcie pani skierowała mnie na lewo, by grupa startująca na mnie nie wpadła. Tyle, że wbiegłam, a przed sobą miałam kolejną grupę szykującą się do startu. Ten odbywał się falowo. Nie wiedziałam, gdzie mam iść i co robić. Gdzie mogę uzupełnić płyny. Stojący sędzia zaczął coś do mnie krzyczeć, że mam przez mate przebiec. Patrzyłam się, ale byłam nieco zdezorientowana. Miałam za sobą 5 godzin w górach startując w środku nocy. Krzyczał coś dalej, a stojący obok zwyzywał od głuchych. Podeszłam do niego, ten dalej – że przez matę muszę przebiec. Ogarnęła mnie złość, tłumaczę, przecież skierowano mnie tutaj. Ten dalej – przez matę, jakbym faktycznie była głucha. Aż wreszcie stojąca pani, która mnie skierowała mówi – przez pierwszą przebiegłam, to wystarczy. To jak w końcu? Sędziowie nie dogadują się między sobą? Wybiło mnie to z rytmu. Zamiast trafić na punkt, gdzie na innych imprezach z reguły jest wsparcie, otrzymuje krzyki i pretensje. Przez głowę przeszły mi tylko myśli: Drogi organizatorze, nie jestem maszyną, jestem człowiekiem. Czuje i wiem co znaczy zmęczenie. Być może ten starszy pan i drugi z brzuszkiem tego nie rozumieją, ale czy to znaczy, ze maja mnie demotywować? Chciałam stamtąd uciec jak najszybciej. Uzupełniłam tylko płyny do pełna i wybiegłam jak tylko się szybko dało. Zapomniałam się schłodzić wodą. Mimo wczesnej pory słońce już dawało się we znaki.

Za mną startowała kolejna fala 64 km. Biegłam z nimi. Jedni mnie wyprzedzali, innych ja zostawiałam w tyle. Droga wiodła szeroką utwardzona ścieżka. Wiedziałam, za chwile się skończy. Będzie mocno pod gore i wąsko. Bałam się tego momentu. W zeszłym roku ciężko się tam wyprzedzało. Teraz startujących było więcej. Efekt – kolejka.

tepp003

Pierwszy raz na biegu ultra czekałam w kolejce. Minuty uciekały, a stać przyszło nam na otwartej przestrzeni. Gdy już udało się przedostać na górę, wyprzedzałam. Bardziej – próbowałam. Do kolejnego punktu blisko – 9 km. Tam zameldowałam się już z 2 godz. zapasem, choć gdyby nie kolejka, byłoby więcej, bezpieczniej. Uzupełniłam płyny, pochłonęłam 2 kubki wody z Izo. Z 3 wylałam na siebie. Szukałam czegoś do jedzenia. Akurat osoba z obsługi rzuciła karton z resztka pomarańczy mówiąc nieco aroganckim tonem – bierzcie, więcej nie będzie. Znów spojrzałam na to z zadziwieniem. Miało zmotywować czy demotywować zawodników? Wzięłam kawałek, współczując reszcie, która przecież jak tu dobiegnie, nic nie zastanie. Ruszyłam dalej. Czasowo podobnie jak przed rokiem. Obawiałam się kolejnego odcinka. Do następnego punktu dzieliło 21 km Dużo, jak na obecne warunki bez możliwości uzupełnienia wody. Słońce z każdą godziną dawało o sobie znać coraz bardziej. Wylane kubeczki wody na głowę dawno wyparowały. Ratowałam się moczeniem buffa w każdej mijanej rzeczce, gdy za długo ich nie było – w kałuży. Czułam się lepiej przygotowana niż rok temu pod kątem formy. Tylko to słońce. Paliło. Zapomniałam posmarować się filtrem UV, teraz płaciłam za to wysoką cenę.

Fot. Gosia Szydłowska
Fot. Gosia Szydłowska

Napawałam oczy widokami. Rozbieganymi owcami. Najgorsze wciąż na mnie czekało. Pod górę i z góry.  Do przepaku na 66 km w Piwnicznej-Zdrój. Dołączył się biegacz. Zagadywał, potrzebował tego. Spytał czy nogi bolą. Mówił, że schodzi. Chce żyć, wrócić normalnie do pracy. Odpowiedziałam – walczę dalej. Do końca. Miałam przecież jeszcze zapas czasu. Zbiegając w dół usłyszałam ku***. Zobaczyłam zawodnika, odwrócił się tyłem do kierunku naszego biegu. – Wszystko ok? – spytałam. Psychika, ta droga się nie kończy, a ulica która mamy biec wcale nie przybliżała się z każdym kilometrem. Droga wiła. Było jednak w dól. Przy jednym z domów mieszkańcy wystawili wiadra z woda. Znów wylałam na siebie. Napiłam się. Chyba woda ze studni. Przyjemnie zimna.

W Piwnicznej czekał kolejny przepak. Po drodze mile słowa strażaków obstawiających trasę wywołały uśmiech na twarzy. Przy domach co kawałek dzieci z kolejnymi wiadrami wody i piciem. Wypiłam kompot – lekko malinowy, nie za słodki. Taki domowej roboty. Smakujący wyśmienicie. Zimny. Znów kubki wody wylałam na głowę, wiedziałam, ze to starczy w najlepszym przypadku na 5 kolejnych minut biegu. Asfalt się topił pod butami. Wbiegłam do wygrodzonej strefy, uzupełniłam płyny. Szukałam coli jakiegoś jedzenia. Chwyciłam tylko garść rodzynek. Odebrałam swój worek, ciesząc się, że rano wrzuciłam tam 0,5 l butelkę rozgazowanej coca-coli. Otworzyłam z utęsknieniem i zaczęłam pic. Po pierwszym łyku padło rozczarowanie. Cola będąca w worku na słońcu przez kilka godzin się chyba niemal ugotowała. I tyle było radości. Ani to smaczne ani orzeźwiające. Tu jednak obsługa najmilsza. Swój worek odłożyłam na miejsce. Wolontariusz podziękował, że zrobiłam to sama i dla nich to wielka pomoc.

Nie zamierzałam się zatrzymywać. Ruszałam dalej. Przez most, nabrałam ochoty wskoczenia do mijanej rzeki. Tu zaczynało się podejście. Strome i długie, wijące. Mijałam ludzi co zawracali. Piotr spytał się jak tam? Walczę do końca odpowiedziałam. W miarę pięcia się wyżej zaczynałam się gotować w środku. Czułam, temperatura mojego ciała zaczyna chyba przekraczać dopuszczalne normy. Męczył mnie niewiadomy kaszel. Padło pytanie czy chora jestem. Nie – odpowiedziałam. Dopadała mnie hipertermia. Mimo systematycznego uzupełniania płynów. Każda mijana rzeczka i kałuża były moje. W tym momencie nie liczyło się nic. Tylko wypatrywanie wody. Chłodzenie. Mijani zawodnicy siedzieli, leżeli pod krzakami. W cieniach, którego tu było jak na lekarstwo. Pięłam się w gore, mimo, że każdy krok był dużym wysiłkiem. Przegrzewałam się. Usiadłam na chwile pod krzaczkiem. Będzie dobrze – odpowiadałam mijanym zawodnikom. I szczerze w to wierzyłam. Po chwili wstałam ruszałam wspinać się dalej. Wokół rozpościerały się pola. Byliśmy na otartej przestrzeni w południe na wysokości, a promienie słońca wypalały. Tak jakby celowały w kolejnych, którzy po chwili siadali bądź kładli się.

Obejrzałam się. Widoki z góry na pola i górskie domostwa były piękne. Ich oglądanie kosztowało. Powiedziałam – dziś wiem, piekło jest w niebie. I przecież już w nim bywałam. Pod nosem nuciłam SDM – „dopóki sił, będę szedł, będę biegł, nie dam się”. Kolejny punkt czekał na 77 km. Niemal cały mój zapas czasowy znikł. Może ta chwila siedzenia zamieniła się w godziny? Może pod górę wtaczałam się jak ślimak? Nie wiem, nie pamiętam. Strąciłam chyba rachubę czasu. Wiem tylko, przez głowę ani razu nie przeszły mi myśli o zejściu. Być może 6 start na dystansie 100 lub więcej km przekonywał – jestem w stanie to zrobić.

77 km minęłam z 15 min zapasem. Znów szybkie uzupełnienie płynów i w drogę. Wiedziałam, co mnie czeka. Pod górę. Znów otwarta przestrzeń. Przy mijanych domach gdzie się tylko dało polewałam się wodą. Tym rodzinom zawdzięczam wiele. Gotowałam się. Przed sobą widziałam górę. I ludzi korzystających z wyciągu. Nade mną. To już ostatni trudny odcinek – powtarzałam w myślach. Już tylko ostatni punkt na 88 i do mety. Tyle, że słońce mnie sparaliżowało. Widziałam, nie tylko ja się meczę. Wokół wiele wysportowanych osób w koszulkach z najcięższych imprez….tez padało. Tak niewiele do mety…  Spojrzałam na zegarek. Jakbym się obudziła ze snu. Ze stromego zbiegu ruszaliśmy w las. Ocieniony. Zbawienie. Ocknęłam się za późno. Wiedziałam, nie wyrobię się przed limitem. Mimo to nie zwalniałam. Na drodze faceci, twardzi, a ze łzami w oczach. – Co porażka? – stwierdzali. Tak – przytakiwałam głową. Decydują minuty. Na Bacówce zachodziło słońce…

14199277_1024386047629743_2885123595801461698_n

Przemierzając niedzielne szlaki szukałam odpowiedzi na pytania, co zadziałało źle. Przecież byłam przygotowana. Jak inaczej uznać, ze po 88 km po górach nie bolały mnie nogi? Coś jednak nie poszło. Może organizm już w tym roku walczył w zbyt skrajnych warunkach wystarczająco dużo? W głowie kołatała się myśl – „Jeśli chcesz się poddać, przypomnij sobie, dlaczego zaczęłaś?” Spojrzałam na rozpościerające się pasma górskie. Z tego samego powodu zacznę raz jeszcze. W końcu, nie trzeba być w czymś najlepszym, wystarczy, że się to kocha. Agata z biegowych tras pisała, znając mnie do rana będzie nowy cel, chyba mnie już trochę zna, kalendarz znów ma zapełnione daty. Starty w Krynicy to taka sinusoida. Pierwszy rok, ucieczka ze szpitala po operacjach i przekreślone szanse na sportowy tryb życia, dokładnie po roku (w zeszłym) pokazanie, że jednak można, teraz coś nie poszło. Statystyka jest po mojej stronie. Za rok będzie… tak jak chciałam.

„Porażka nie oznacza, że przegrałem
tylko że jeszcze nie osiągnąłem sukcesu.
Porażka nie oznacza, że nic nie zyskałem,
tylko że się czegoś nauczyłem.
Porażka nie oznacza, że jestem głupcem,
tylko że mam dość wiary aby próbować.
Porażka nie oznacza, że mam się wstydzić,
tylko że ośmieliłem się próbować.
Porażka nie oznacza, że mam rezygnować,
tylko że muszę postępować w inny sposób.
Porażka nie oznacza, że jestem gorszy,
tylko że nie jestem doskonały.
Porażka nie oznacza, że straciłem czas,
tylko że mogę zacząć od nowa.
Porażka nie oznacza, że powinienem się poddać,
tylko że muszę bardziej się starać.
Porażka nie oznacza, że nigdy mi się nie uda,
tylko że muszę mieć więcej cierpliwości.”
~John. C. Maxwell, Postawa zwycięzcy

Po drodze posprzątałam nieco śmieci. Ich ilość przerażała. Z bólem patrzyłam też na to na biegu. Butelki, opakowania po żelach, nie zgubione, rzucone obok ścieżki…

tepp004

PS. Festiwal miał też w sobie miły akcent. Otrzymałam wyróżnienie w plebiscycie Biegowy Dziennikarz Roku 2015/2016. Cieszy, tym bardziej, ze informacji o plebiscycie nie wrzucałam zbyt często, nie rozsyłałam, nawet kilka osób spytało się dlaczego. Nie łubie żebrać o glosy. Zagłosowali Ci co cenią to co robię, a to daje najwięcej satysfakcji.

biegowy dziennikarz roku

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *