Entuzjazmu i dobrej woli nie zabrakło – wolontariusze Kaszubskiej Poniewierki

Za każdą imprezą stoją ludzie. Organizatorzy wkładający często całe serce w przygotowania, jak i wolontariusze. Spędzają na trasach bywa więcej czasu niż zawodnicy. Mimo nieprzespanej nocy są pełni energii do działania. Gotowi pomagać/dopingować. Przygotowani na różne warunki pogodowe. Zapłatą za ich trud jest uśmiech zawodników. Czasem zwykłe, proste „dziękuję”.

Ultramaraton Kaszubska Poniewierka nieoficjalnie został uznany najlepszym debiutem imprezy ultra na Pomorzu. Organizatorzy w gronie których znaleźli się zawodnicy biegów ultra jak Mariusz Adamczuk, Monika Wierzba czy Zwolo, wiedzieli czego potrzeba zawodnikom. Potrafili też w niezwykły sposób zintegrować pomorskich biegaczy do wspólnej inicjatywy.

Fot. Malgorzata Grzeszczak
Fot. Malgorzata Grzeszczak

Tereska Pietrzak po zamknięciu punktu na którym miała okazję pracować od wchodu słońca wspomniała – Lubię pracę z ludźmi, jest wesoło, można kogoś dopingować. Męczę się też, ale inaczej. Jest to pozytywne zmęczenie. Na tym samym punkcie spotkać można było Ewę Przykłotę – Kolejna świetna przygoda w gronie przyjaciół biegaczy za mną. Bycie kierownikiem odcinka trasy i punktu odżywczego to niesamowicie odpowiedzialne zadanie, ale jednocześnie ogromna przyjemność z pomagania biegaczom tym bardziej i mniej znajomym… Z godziny na godzinę emocje coraz większe i kołaczące się w głowie myśli czy wszystko już załatwione i czy aby o czymś nie zapomniałam? Po miesiącach przygotowań wreszcie nadszedł ten dzień… Wiedziałam, będzie dobrze, bo z tak świetną i sprawdzoną drużyną Wolontariuszy- biegowych przyjaciół- Terenią, Agatą i Piotrkiem musiało być dobrze. Bijąca od nich pozytywna energia dodawała mi pewności, wszystko przebiegnie zgodnie z planem i to w fantastycznej atmosferze. Punkt w Skrzeszewie, który obstawialiśmy był strategicznym punktem umiejscowionym w połowie trasy- na 50 kilometrze biegowej poniewierki i nie mogło się tu nie dziać w klimacie Kaszub – kaszubska kapela, chleb ze smalcem i ogórkiem, smaczne wypieki przygotowane przez Panie z lokalnego kola gospodyń wiejskich, owoce, słodkości i pomocni wolontariusze. Wszystko to spowodowało radość uczestników, dodało im sił do pokonania kolejnych kilometrów i mam nadzieje na długo pozostanie w ich pamięci, bo w mojej z pewnością na bardzo długo….

lodowka

Kamil Bobkowski – Poniewierka to moje pierwsze zetknięcie z wolontariatem przy imprezie biegowej, i od razu wielkie pozytywne zaskoczenie, od pierwszych chwil miałem do czynienia z ludźmi wyjątkowo otwartymi i mającymi pozytywny wpływ na swoje otoczenie. Moją uwagę przykuł profesjonalizm organizacji, to niesamowite, że potrafi zebrać się tyle osób z kompetencjami do przeprowadzenia ultramaratonu, i ich największą satysfakcją jest satysfakcja startujących zawodników.

Przy poniewierce pracowałem cały dzień od 5 rano do późnego wieczora i nie odczułem zmęczenia chyba dlatego że pozytywna energia płynęła od każdego z kim przyszło mi współpracować ale także od wyjątkowych ludzi jakimi są zawodnicy, istni niezłomni wojownicy. Kiedy spoglądałem na zawodników i dopingowałem ich w biegu zawsze w zamian otrzymałem uśmiech bez względu czy był to 30 czy 50 czy 90 km. Dzień po zawodach wiem że chcę być częścią takich spotkań w przyszłości. Mam nadzieję trafić na równie odlotowy team 😉

Kamil Bobkowski
Kamil Bobkowski

Bartek Moll – Byłem wolontariuszem na Ultramaratonie Kaszubska Poniewierka. Stałem w okolicy Babich Dołów oraz później na przejściu przy ulicy Spacerowej w Gdańsku. Ale w zasadzie to jest bez znaczenia co się robiło. Każdy był potrzebny. To była przyjemność w najczystszej postaci. Po pierwsze fajnie jest poznać wszystkich zawodników, przybić piątkę z wieloma znajomymi i nieznajomymi, zamienić parę słów, zapytać jak się czują, dodać wiary. Po drugie masz świadomość, że uczestniczysz w super świetnym biegu, który organizują biegacze dla biegaczy. Jeszcze raz wielkie brawa dla organizatorów.

Witek Bubamara Szara – Moja perspektywa — trochę biegów ulicznych (kilka lat temu), oczywiście w ogonach, trochę biegów górskich (parę Rzeźników, parę za granicą). Swoje w d… dostałem i wiem jak wygląda bieg ultra z perspektywy tego z ostatnich 20% stawki — czym cierpię, czego potrzebuję, co mnie uskrzydli. Mam odniesienie z tegorocznego Swiss Iron Trail, który jest znany z niesamowitego entuzjazmu woluntariuszy. I rzeczywiście pod tym względem opieki nad biegaczami jest wyjątkowy. Więc porównuję tu do baaardzo wysoko zawieszonej poprzeczki 😉

Perspektywę do refleksji mam ograniczoną, byłem na PK3/Decathlon, trochę focąc, pomagając na punkcie żywieniowym, i najdłużej „witając” wbiegających z ścieżki wokół jeziora Jasień w „cywilizację”, gdzie z patelni (słońce przygrzewało ostro) wypadali pod górkę, kończącą się 3m prawie pionowym prożkiem 🙂 Stan wielu biegaczy był taki, że po usłyszeniu „Teraz dalej w lewo, lewą stroną drogi przez most, tam zobaczycie następnych wolontariuszy i macie mniej niż 400 m do punktu”, wiele osób po dojściu do przejścia dla pieszych (z 50 m) przechodziło na drugą (prawą) stronę ulicy. Może wiedzieli, że Decathlon JEST po prawej, bo był.

Na punkcie żywieniowym łapaliśmy pierwszą dwudziestkę, szło to niezwykle sprawnie. Niektórym zabieraliśmy plecak i laliśmy czego chcieli do bukłaka, zaznaczając, że może nie warto do pełna, bo za 15 km mają następny punkt. Chętnie oddawali. Szło to sprawnie i nie miałem wrażenia, żeby ktoś się niecierpliwił. Jak ktoś nie chciał, to oczywiście nikt mu siłą tego plecaka nie wyrywał 🙂 W podjadanie się nie wtrącaliśmy, każdy brał co chciał, ile chciał.

Co było fajne – energia Łukasza się udzielała. To takie „drive by example” (nie mam lepszego porównania) On robił różne rzeczy i widać było zaangażowanie i jakość i to się udzielało. Byłem pod wrażeniem jak grupa nie znających się w gruncie rzeczy ludzi przyszła na punkt i bez jakichś specjalnych uzgodnień podzieliła się pracą i wszystko jakoś samo poszło sprawnie. Niesamowite. Oczywiście Wojtek nad tym trochę czuwał, ale bez specjalnego dyrygowania. Czy to by się sprawdziło przy wydawaniu 1000 pakietów (a nie 200) i obsłudze 500 setkowiczów? Przypuszczalnie nie. Ale tu było widać z jednej strony ustalenie pryncypiów – staramy się wychodzić na przeciw oczekiwaniom biegaczy, uwzględniać, że na tym etapie logika myślenia może szwankować i trzeba próbować przewidywać czego będą/mogą potrzebować, a z drugiej strony – osobiste doświadczenie wielu osób z obsługi, jako biegacze byli po tej drugiej stronie i wiedzieli o co chodzi. Prosty przykład, mieliśmy super numery startowe – kula z kałacha by pewnie tego nie przestrzeliła i było na 30-tkę wiele osób z paskami do numerów bezradnymi, bo długopis słabo się sprawdzał w dziurkowaniu tego cuda. I tu nasz stół do obsługi depozytów i żeli się sprawdził cięliśmy nożyczkami dziury w tych numerach zyskując wdzięczność. A przede wszystkim zaskoczenie, że w ogóle wiemy o co chodzi. 

Wojtek Zwierzyński bardzo fajnie konkretnie i jednocześnie na luzie dysponował co ma się dziać. I się działo. Ludzie wystawieni na wysuniętych „wrażliwych” miejscach byli co jakąś godzinę zmieniani i mogli odetchnąć. Myślę, że to też wpływa na pozytywne nastawienie do tego co się robi, brak znużenia i zniecierpliwienia. Co przekłada się na entuzjazm w podejściu do biegaczy. Jednej rzeczy nie można zaprzeczyć, entuzjazmu i dobrej woli nie brakowało. Zarówno woluntariuszom, jak i organizatorom.

I jeszcze mniej oczywisty przykład, właściwie na sekundy przed startem 30 km na punkt wpadło pierwszych dwóch setkowiczów. Dostali super aplauz od startujących, start się o tą minute opóźnił, żeby ich wypuścić na trasę bez tłoku. I to jest właśnie fajne w organizacji, że ponad regulamin przekłada się biegowe realia i na siłę nie egzekwuje rzeczy, które w konsekwencji nie są dobre.

Co jeszcze z perspektywy woluntariusza? Chyba byłem najstarszy, ale nie dano mi tego odczuć -co chyba jakoś świadczy o innych biorących udział w tej zabawie. Bo może najistotniejsze w tym przedsięwzięciu było to, że chyba każdy w swojej roli robił to dla zabawy (w sensie have fun, cieszyć się) ? I wracając na chwilę do Swiss Iron Trail, z tego co widziałem naprawdę nie mamy się czego wstydzić 🙂 Ja się przynajmniej świetnie bawiłem i bez żadnego ociągania wezmę ponownie w tym udział. Z dowolnej strony zresztą.

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *