Odpoczynek w wersji ultra – I Bieg Przemytnika

Jeśli dochodzisz do wniosku, samo pokonanie określonego dystansu ultra, dostarcza za mało wrażeń, znam doskonałe metody by start sobie utrudnić. Wiele z tych elementów przećwiczyłam już na sobie. W tym niektóre na ostatnim I Biegu Przemytnika. Dodatkowe atrakcje gwarantowane – mogę tylko potwierdzić.

Zaczęło się od treningu. Co tygodniowego Nocnego biegania z wilkami i czołówkami. Andrzej tylko zapytał – a może byś chciała się wybrać na bieg ultra po poligonie. To ostatnie słowo zaciekawiło. Od zawsze lubiłam wojskowe klimaty. I mimo, że nie do końca wiedziałam, gdzie Aleksandrów Kujawski dokładnie leży, nie przejmowałam się tym. Gdy Paweł dodał – będziecie mieć dużo piasku, przecież tam poligon to duża pustynia, w oczach pojawił się błysk. Radości jak u dziecka – jak skomentowali to obecni na treningu panowie. Jadę – odparłam. Godzinę później byłam już na liście startowej.

Wszystko było na spontanie. Pewnie dlatego miało w sobie ogrom przyjemności. Czystej radości. Od spontanów nie oczekujemy zbyt wiele. Cel miałam jeden – odpocząć. Nigdzie nie udaje mi się tak jak na ultra. Potrzebowałam się oderwać od goniących terminów. Ultraprzygoda to dla mnie idealne rozwiązanie. Zmienia patrzenie. Pozwala na reset. Po którymś kilku-dziesiętnym kilometrze, największym zmartwieniem stają się kwestie typu: zjeść żela teraz czy za kilometr.

Aleksandrów Kujawski przywitał nas lekkim wieczornym deszczem. Sprawnie odebraliśmy pakiety, choć u organizatorów dało się wyczuć stres. Gdzieś zastanawiam się jak to będzie. Przed startem w samym regulaminie były zamieszania. W jednym miejscu start o 5:00, a niżej w programie już 3:00. Przy zapisach wyskakiwała kwota opłaty 120 zl, tymczasem wciąż obowiązywało 80 zl. No i strona biegu niedopracowana, w wyniku czego przeglądarki odbierały ją jako niebezpieczną. Na wszelki wypadek wgrałam sobie trasę w zegarek.

Rozłożyliśmy się na pobliskiej hali. Znajomych twarzy nie zabrakło. Wypakowując rzeczy do startu odkryłam – nie mam czołówki. Mimo przygotowania jej do spakowania. Od razu napisałam do biegowych Przyjaciół. Na odzew nie trzeba było długo czekać. Kup sobie znicza – zasugerował Paweł. Panowie ostatnio mówili, starty w ultra o tej porze roku są słabe, bo kwiaty drogie, ale żeby kazali od razu sobie jeszcze znicza kupować? Rozbawiona położyłam się spać. Co ma być to będzie. Na szczęście ciemno będzie tylko przez chwilę. No i zawsze to jakaś motywacja by biec za kimś. Początek zamierzałam więc biec z Andrzejem.

14955924_1073497612718586_1279691748959023445_n

Tygodniowe zmęczenie zrobiło swoje. Zasnęłam bez problemu. Budzik ustawiłam na chwilę przed 4 nad ranem. Do depozytu miałam kilka kroków. Tyle, że na hali gwarno zrobiło się już po 3. Do tego ktoś wpadł na pomysł gniecenia plastikowej butelki. O dłuższej drzemce można było zapomnieć. Na śniadanie baton i banan. I w drogę…

Zmierzaliśmy grupą na start. W okolice dworca. Przed kilka uwag co do trasy, miejscami niebezpiecznej jak określał to komendant poligonu. Zwietrzałe żelbetowe płyty z których wystają metalowe pręty i druty czy też pola robocze poligonu – teren poza wyznaczona trasą jest niebezpieczny, mogą na nim występować niewybuchy. Obowiązuje absolutny zakaz schodzenie z drogi stanowiącej trasę biegu – podkreślali. Mamy się nie bać odgłosów strzałów. No i atrakcją ma być też rzeka na ok. 67 km, której poziom sięga do kolan. Im dłużej słuchałam, tym bardziej mi się podobało. Zarazem czułam dziwny spokój. Mimo, że moje przygotowanie do startu było żadne.

Ruszyliśmy. Miasto zaspane. Trzymałam się Andrzeja i Beaty. Gawędziliśmy. Po chwili wbiegliśmy do lasu. Na skrzyżowaniach drogę wskazywali żołnierze. Szybko wzrok przyzwyczaiłam do ciemności. Skupiałam się bardziej na kształtach. Przeskakiwałam nad korzeniami. Nie zauważałam tylko błota i kałuż. Momentami czulam tempo za szybkie. To nic. Byleby tylko do świtu. Zadziwiał mnie ten spokój, który miałam w sobie. Być może kwestia, że od biegu oczekiwałam tylko doświadczenia nowej przygody. Brak czołówki miał też swoją zaletę. Patrzcie jakie piękne gwiaździste niebo – wspominałam do towarzyszy biegu. Jest zatem szansa, pogoda będzie nam sprzyjać – uznaliśmy zgodnie. Chłód co prawda był odczuwalny, ale przecież to już listopad.

Droga przypomina mi ścieżki TPK, choć może bardziej łagodne. Miejscami lekko pod górkę i w dół. Widać oznaczenia. Z każdym kilometrem stawka rozciąga się coraz bardziej. Czuję się dobrze – szczęśliwa. Brakowało mi tego. Mimo, że mówiłam nigdy więcej, brakowało mi jesiennego startu w Harpaganie. Do startu w Przemytniku podchodziłam na tyle spokojnie, że nawet do końca nie byłam obeznana z punktami żywieniowymi na trasie. Wiedziałam tylko, że pierwszy jest na jakimś wzgórzu i że coś w okolicach 21 km.

W okolicach 20 km dałam znać Andrzejowi i Beacie by lecieli swoje, a ja odrobinę zwolnię. Choć właściwie to kolejne kilometry biegliśmy niemal razem wymijając się wzajemnie na trasie. Pierwszy punkt był usytuowany na wzniesieniu – Wzgórze Czarneckiego. Na szczyt prowadziły wąskie schody. Żołnierze już czekali. Od razu proponowali: herbatę, kanapki. Wzięłam tylko kilka rodzynek. Zostawiłam pierwszy przemyt.

Jak wspomniał OrganizatorI Bieg Przemytnika (…) miał kontekst historyczny wpisany w realia terenu, który niewiele się zmienił przez miniony czas. Na przełomie XIX i XX wieku rzeka Tążyna dzieliła zabory: rosyjski oraz pruski. Biegacze wcielili się w postaci patriotów, którzy przeprowadzali za granicę uchodźców politycznych oraz przenosili pieniądze ze sprzedaży majątków emigrantów, dostarczali ważne dokumenty i inne cenne przedmioty. Bieg podzielony był na pięć etapów. Każdy etap wymagał pobrania „przemytu” – przedmiotu o kształcie pałeczki. Przemyty były oznaczone numerem zawodnika, który po dostarczeniu go na koniec etapu pobierał kolejny. Ostatni przemyt trzeba było dostarczyć na metę.

Sprytnie. Tym sposobem organizator potwierdzał, że ktoś dotarł na punkt. Zarazem budziło lekkie obawy. Co jeśli zgubię zakrętkę bądź też przemyt? Zadawało sobie to pytanie jeszcze kilku zawodników.

Ruszałam dalej. Jeszcze przed chwilą leśne widoki zastąpiło rozpościerające się poligonowe pustkowie. Mające w sobie jakąś magię. Widok mnie nie przerażał, wręcz przeciwnie. Zbiegłam piaszczystą ścieżką w dół. Za mną jeden z biegaczy krzyknął czy nie zgubiłam żela. Nie otwierałam plecaka, więc było to niemożliwe. Jaki? – spytałam się. Jak zgubiłaś, to powinnaś wiedzieć – odpowiedział dość nieprzyjemnym tonem. Trasa poprowadzona została lekko naokoło. Ten zawodnik ścinał sobie drogę na skos. Droga wytyczona jest tutaj – wspomniałam wskazując na taśmy. A co ja nie mogę tędy – odpowiedział. To było tylko potwierdzenie, nie warto z nim dyskutować ani nawet rozpoczynać rozmów. Zbędne to. Przez kolejne km biegliśmy nieopodal siebie. Jednak jakoś zniechęcało to mnie. Skorzystałam z tego, że zatrzymał się, a ja pognałam do przodu. Więcej na trasie już go nie spotkałam.

przemytnik001

Poligonowe odcinki pełne były tabliczek z ostrzeżeniami. O niewybuchach, niebezpieczeństwie. Miejscami bunkrów czy wraków. Czasami dość piaszczystymi odcinkami. Bywało, długimi niekończącymi się prostymi drogami. Nie przeszkadzało mi jednak nic, a nawet podobało mi się to. Do tego z lekkim zadziwieniem patrzyłam na to jak spokojnie mi się biegnie. Kolejny punkt w okolicach 42 km mijam z uśmiechem.

Fot. Aleksandrów Kujawski
Fot. Aleksandrów Kujawski

Znów żołnierze oferowali smaczne jedzonko. Pomidorową rozkoszowała się już Beata z Andrzejem. Mnie też proponowali, ale wybrałam tylko herbatę. Odczuwalne było, że temperatura oscyluje bliżej zera. Wojskowi dopywali się o trasę. Śmiałam się – fajna droga w nicość. Na te słowa inni też wybuchali śmiechem. Andrzej żartował – za dobre tu jest jedzenie. Nie chce się ruszać dalej. Punkty odżywcze były świetnie zaopatrzone. Jednak nie byłam specjalnie głodna. Wciągnęłam tylko swojego żela. I w drogę. Delektując się każdym kolejnym kilometrem. Ciszą, spokojem i lasem.

Fot. Aleksandrow Kujawski
Fot. Aleksandrow Kujawski

Utwierdzałam się w przekonaniu, lubię ultraprzygodę. Chyba faktycznie nie zostałam stworzona do siedzenia w miejscu. Kolejne kilometry mijały, a poligonowe klimaty i pustka nie zniechęcały. Na 46 km zadzwonił telefon. Obiecałam być pod telefonem, to odebrałam. Właśnie kończę rybę po grecku, może chcesz wpaść dziś na obiad – usłyszałam. Jestem gdzieś po środku niczego, z dala od Gdańska – wiec raczej to nierealne – tylko dodałam. Mój żołądek jednak od razu przypomniał sobie, na punkcie ominęło mnie dobre jedzenie.

Wszystko pracowało jak należy. Miałam spory zapas czasu do limitów. Chyba tylko pochwaliłam dzień za szybko. Łatwo, przyjemnie? To nie dla mnie… W okolicach 49 km piaszczystą drogę zamieniły płyty. Poczułam tylko jak tracę równowagę. Potknęłam się o wystający drut. Zewnętrzną częścią prawej dłoni walnęłam w beton, lewą starałam się chyba zamortyzować upadek. Tyle, że kolano i łokieć były szybsze. Płyty postanowiły mnie na koniec jeszcze spoliczkować. Poczułam draśnięcie. Przeszył mnie taki ból, że pomyślałam jedno – już nie wstaję. Próbowałam zebrać się, ale na początek uznałam, tylko usiądę. Jak to mawiają, co należy zrobić po upadku – podnieść się jak dzieci. Dogonił mnie kolejny biegacz, spytał czy może chcę się przejść kawałek. To jest najfajniejsze na imprezach ultra, na pomoc zawsze możesz liczyć. Powiedziałam – dzięki, dam rade, choć mój głos chyba nie brzmiał przekonująco. Polało się trochę krwi, a ja zaczęłam się śmiać. Bieg bez dodatkowych atrakcji, to bieg stracony. Przecież lubię się zmasakrować, choć tym razem odrobinę przesadziłam.

Dogoniła mnie kolejna ekipa Marek i Jacek. Mówiłam, niech lecą swoje. Pewnie i tak nas dogonisz – dodali. To, że ukończę bieg, było oczywiste. Tylko ręka niepokojąco bolała. Ograniczony został zakres ruchu w palcach. Zamierzałam przyjrzeć się temu na mecie. Kolejny punkt zlokalizowany był w szkole przed 60 km. Skorzystałam tylko z łazienki by opłukać rękę.

Trasa wiodła wioskami. Słonce przyjemnie świeciło, choć chłód dawał się we znaki. Za sobą nie widziałam nikogo. Przed sobą – Andrzeja. Doganiałam go. Zarazem dziwiłam się lekko sobie, że bez braku przygotowania mimo 65 km wciąż czuję się dobrze. No i mogę truchtać w tempie 5:50-6:20/km. Nie była to chyba żadna duża wioska. Pojedyncze domy, a za nimi rozpościerały się pola. W oddali widać było znów las. By do niego wskoczyć wystarczyło przejść przez rzeczkę.

bieg przeytnika

Na drugim brzegu siedział Andrzej z Markiem. Skarpetkami osuszali stopy. Ściągnęli buty na przejście

– ściągasz buty – krzyknęli.
– głęboko? – zapytałam.
– do kolan – odpowiedzieli.
– eee, to nie – krzyknęłam zanurzając nogi. Zresztą nie brałam takiej opcji nawet pod uwagę. Ręka bolała przy zwykłym otwieraniu żela, a tu miałam próbować majstrować coś przy butach? Od razu poczułam jak łydki zostają zmrożone. W stopy zrobiło się zimno, na szczęście do mety dzieliło mnie najwyżej z 10 km.

Dogoniłam zawodników startujących na dystansie półmaraton rozegranego w ramach Biegu Przemytnika. Próbowałam przekonać panów ratowników, że to nie za mną muszą jechać, nie jestem ostatnia. Zadziałało dopiero na ostatnim punkcie kontrolnym usytuowanym na małym wzniesieniu. Tam też dopadł kryzys. Metę było już słychać, ale droga wiła. I zamiast przybliżać, dźwięki oddalały się. Wreszcie oczom ukazało się miasto. Tabliczka Aleksandrów Kujawski ucieszyła. Mieszkańcy zdali się nie czuć sportowego klimatu. Jedni pytali się – co dziś się tu dzieję, inni nie wiem czy próbowali dopingować, na pewno nie mili pojęcia jak. Mijała mnie starsza pani na rowerze – co, brak sił – rzuciła. Spojrzałam się na nią z niedowierzaniem. Droga do mety wcale nie była prosta. Nawet miejscami żołnierz się pytał jaka trasa i kierował w inną stronę. Niby miało być 200 m, a tu prosta, potem w prawo i dwa razy w lewo – informował inny. Ta końcówka była dołująca. Nie tylko dla mnie jak się okazało. Wreszcie przekroczyłam matę pomiarową oddając ostatni przemyt.

Fot. Aleksandrów Kujawski
Fot. Aleksandrów Kujawski

Jak się okazało, zajęłam 3 miejsce OPEN kobiet. Z apetytem pochłonęłam trzy miski pomidorowej, dochodząc do wniosku, to było wyjątkowo przyjemne 78 km ultra. Dzięki któremu miałam ultraszybki odpoczynek. Po biegu bolała tylko ręka, która na kilka dni uprzykrzyła życie. Na szczęście maści zadziały, a po ranach zostały tylko strupy. Start był zarazem świetnym czasem na przemyślenia. Czas na zmiany i walkę o cele w 2017.

bieg przemytnika

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *