Po pierwsze dom, a dopiero nawet po trzecie bieganie czy sport – Marcin Dybuk

Marcin Dybuk, śmiało można powiedzieć – człowiek, który w trójmiejskim środowisku sportowym już trochę namieszał. Zapewne słyszeliście o akcjach: Pomorze Biega, Aktywuj się w Triathlonie, czy cyklu imprez triathlonowych Triathlon Energy, to min. Marcin za nimi stoi. Zawodowo związany jest z Radiem Gdańsk, tam też czasem można Go usłyszeć. Z Marcinem spotkałam się jakiś czas po Jego starcie w Berlin Marathon. Z dystansem królewskim zmierzył się równo 100 dni od operacji. Od wspomnień ze zmagań rozpoczęła się nasza rozmowa.

To był fajny bieg. Wiedziałem jednak, że biegnę tylko po to żeby przebiec. Nie wiedziałem jak zareaguje organizm. Nie byłem wybiegany. Wytrenowany. Brak było przygotowania. Trochę też tak przez Ciebie pobiegłem. Pomyślałem,  jeden maraton już na koncie mam, coś tam pobiegałem, w razie czego sercem będę biegł. I tak prawie było. Biegłem z Rafałem, aby mu pomóc, ale nie przeszkodzić. Nie chce mi się biegać dla biegania. Muszę mieć cel. Komuś pomóc albo coś zrobić przy okazji lub powalczyć o życiowkę – wspominał.

– Czułem, jestem w stanie poprowadzić Rafała na 4:00.  Na ok. 20 km wspomniałem – kolana mnie bolą. Rafał – mnie też, ale nic nie mówię, wolę o tym nie myśleć. Cały czas trzymaliśmy tempo. Zobaczyliśmy koszulki z Polski. Podbiegliśmy do dziewczyny. Spytałem się skąd są. Z Poznania – odpowiedzieli. Na co biegniecie? – pytałem dalej. No na 4:00 – wspomnieli. Ooo – to biegniemy z Wami. Ale biegli za mocno. Trzymali tempo ok. 5:20. Jakie 4:00? – zacząłem się zastanawiać. Nie wytrzymamy tego tempa. Rafał odpuszczamy – nakazałem.

Dalej trzymaliśmy swoje tempo. Na 30 km Rafał zaczął przyspieszać. Czemu tak ciśniesz – 5:20, zwolnij – wypowiedziałem. Zwolniliśmy. Na 35 km nagle mówi do mnie – Marcin, nie dam rady na 4:00. Ja do Niego – ja też nie dam rady. Dawaj biegniemy, razem, mam zresztą Twoją flagę Gdańska – kontynuowałem. Rafał tylko wypowiedział – ja muszę przejść do chodu. Biegniemy, nie wkurzaj mnie – nakazałem.  39 km był najgorszy, dla mnie też. Czułem, zaczynam odpadać. Tempo spadło do 6:40. Próbowałem wyprostować nogi – sztywne. Spotkaliśmy też dziewczynę z Poznania ponownie. Pytam co jest? Ona – masz siłę jeszcze gadać? Mów coś do mnie, proszę Cię mów coś do mnie – prosiła.

Jak masz na imię? – pytałem. – Kasia – odpowiedziała. Ale co mam mówić?

Co chcesz – wspomniała. Mówię – Rafał dalej chodź. On – nie dam rady. Jak zacząłem gadać, Kasia zaczęła przyspieszać. Zostaję z kumplem. Powiedziałem masz tylko 2 km, w rzeczywistości miała prawie 3. Pobiegła. I tyle ją widzieliśmy. Na metę wbiegłem zmęczony, ale i szczęśliwy. Ukończenie królewskiego dystansu daje mi sporo satysfakcji, chyba nawet więcej  niż triathlon. Teraz planuję starty w kolejnych miastach. W 2017 roku Poznań i walkę o 3:30. Ponadto start w Ironman 70.3 Gdynia. Debiut na tym dystansie w triathlonie. To dwa główne starty. Chciałbym pobiec we wszystkich największych maratonach. Berlin już mam na koncie. Jeszcze Londyn, Tokio, Nowy Jork, Boston. Chciałbym co roku przynajmniej jeden maraton zaliczyć. A co dwa lata – dwa.

Marcin Dybuk i Rafał Obłuski

Wracając do Berlina 100 dni przed miałeś operację. Nie obawiałeś się?

Marcin: Jasne, że się obawiałem. Wszyscy mi odradzali. Lekarze mówili – odpuść, daj spokój. Bardziej odradzali start w Ironman Gdynia na dystansie sprint. Tam mocno wałczyłem ze sobą. Miałem pakiet, nawet juz rower spakowany do samochodu by zawieść do strefy startowej. Odpuściłem w ostatniej chwili. To była dobra decyzja. Jak potem kibicowałem Aldonie, która startowała, mówiłem sobie – może zrobiłbym to na luzie – treningowo. Prawda jest jednak taka – nie umiem. Nie oszukujmy się. Nie umiem na luzie treningowo. Nawet jak biegałem 10 km. Albo komuś pomagałem złamać czas albo jak biegnę sam, to na tyle ile fabryka daje.

W Berlinie były powątpiewania czy to nie za szybko. Na ok 6 tyg. przed startem, spotkałem się z Radkiem Dudyczem i pytał się czy biegnę. Odpuszczam – wspomniałem. Mało czasu, nie jestem przygotowany – dodałem. Spytał się o czas. Zostało mi 6 tyg.  To dasz rade. Przebiec dasz rade, rekordu nie będzie, ale po doświadczenie – powiedział. Wróciłem do domu i pomyślałem – czemu nie. Zacząłem znów regularnie biegać. Biegałem 12-14 km. Umówiłem się z Rafałem na trening. Planował 30 km, a ja – 20 km, aby zobaczyć na jakim etapie jestem. Ostatecznie przebiegłem 25 km, z czego 23 spokojnie, 2 ciężej, ale pod górę. Za tydzień miałem to powtórzyć. Jak na złość znowu mnie coś złapało. Jakiś nerwoból. Taki, że spać nie mogłem. Siedzieć nie mogłem. Spałem na siedząco, ledwo chodziłem, ledwo oddychałem. Pomyślałem – przewiało, przejdzie. Jednak tak nie było. Poszedłem do lekarza, dostałem maści, to chyba nerwoból – usłyszałem. Pojechaliśmy do Bełchatowa organizować triathlon.  Po imprezie napiłem się piwa. Nie ruszyłem się już. Nie byłem w stanie. Wezwali karetkę, zabrano mnie do szpitala. Lekarz przypuszczał – nerki. Zrobili usg. To nie nerki. Prawdopodobni nerwoból od kręgosłupa – wspomniał. Wtedy byłem pewny, że start mam z głowy. Bo jak? Z rozwalonym kręgosłupem. Tym bardziej, że po operacji rozcięte mięśnie brzucha, wiec wszystko co wypracowałem przez 2 lata zniknęło.

Poszedłem do fizjoterapeuty. Powiedział – to nie jest kręgosłup. Pojechałem znowu na usg – niezwykle dokładne. Wynik – nic nie jest. Powiedziałem pójdę pobiegać. Idź, zobaczymy – uznał fizjoterapeuta. Pierwsze 2 km – ból. Co ja robię? Ledwo ruszam nogami – zastanawiałem się. Po 2 km lepiej. 3-4 – ból ustępuje. Po 8 km było po bólu. Nikt nie wiedział co mi było, ale dni na trening stracone. Co mam zrobić, pobiec maraton? – zacząłem się zastanawiać. Skontaktowałem się z organizatorami czy mogę przenieść opłatę. 30 euro powiedzieli że mogą zwrócić za koszulkę, i tylko o 30% tańsza opłatę w przyszłym roku, ale pewne miejsce. Uznałem-  jadę. Spróbuje dobiec. Po cichu liczyłem, będę biec z Rafałem. Do momentu kiedy będę mógł. Jak wspominałem, maraton w całości pokonaliśmy razem. Wbiegając na metę szczęśliwi, ale i zmęczeni. Wtedy doceniłem przygotowania przed Gdańsk Maraton. W Berlinie popełniłem mnóstwo błędów. Nawet nawadniać zacząłem się dopiero w piątek przed zawodami. Trochę z biegu go zrobiłem. Podsumowując Gdańsk biegło się głową, a w Berlinie – sercem.

Marcin dybuk

Dwa maratony za Tobą. Pamiętasz swoje początki?

Marcin: To był 2012 r. Do Radia Gdańsk, gdzie zacząłem pracę przyszli panowie z MOSiRu i mówią, że razem robimy Bieg Westerplatte. Powiedziałem muszę w tym pobiec i zobaczyć co to jest skoro mamy zainwestować w to fundusze. Popatrzyli się na mnie – ale to jest za 3 miesiące, dasz radę się przygotować? – dodali. A co nie dam? – odpowiedziałem.

Zacząłem biegać 3-4 km. Wziąłem buty do tenisa. Sztywne, jakbyś skorupę założyła. Zwiększałem dystans. Doskonale pamiętam swoje pierwsze 10 km i czas. Pierwszy dzień urlopu w lipcu zrobiłem 10 km w 1:01:01. Cieszyłem się jak głupi. Biegałem jak mi się wydawało, chyba nawet codziennie. Kupiłem sobie tanie buty do biegania. Zrobiłem trening na schodach. Źle postawiłem nogę. Naderwałem coś w pachwinie. To było akurat przed Biegiem Westerplatte. Namówiłem do startu kilka osób. Powiedziałem – nie odpuszczę. Spotkałem Darka Drapellę, radził bym nie biegł. Zrobisz sobie krzywdę – mówił. Jak już tu jestem, pobiegnę – pomyślałem. Pobiegłem. Nastawiłem się na bieg w okolicach 50 min. Do 7 km wszystko szło zgodnie z planem. Do Siennickiej. Byłem ignorantem wszystkiego. Mówili uważaj na podbieg. Jaki podbieg? – się pytałem. Ten podbieg jednak był. Straciłem na nim bardzo dużo sił. Zapomniałem o czasie na 50 min. Jak wbiegłem na starówkę na 9 km chciałem się zatrzymać. Nie dam rady. Słońce, wiatr, słońce, wiatr, dawały się we znaki. Odpuszczam. Trudno – nie udało się. Akurat stała tam Aldona i Majka. Majka krzyczała – dawaj Tato. Wtedy dostałem powera. Przyspieszyłem. Ukończyłem w 53 minuty z haczykiem. Wielka radocha, ale uszkodzona pachwina. 2-3 dni później poczułem przeraźliwy ból. Musiałem zrobić chyba z 5-tyg przerwy. Masakra, ale niesiony endorfinami wytrzymałem.

Zacząłem dalej biegać. Znowu bez jakiegoś sensownego planu. Niewiele wiedząc. Jesienią stwierdziłem poszło mi dobrze z dychą, to zapisałem się na maraton – 1 Orlen Warsaw Marathon. Oni debiutują, to ja też chciałem. Zapisałem się ku przerażeniu Aldony. Spojrzała na mnie – zwariował – powiedziała. Teraz się z tego śmiejemy, ale wtedy to nie wyglądało tak zabawnie. Aldona wracała z pracy, to ja już pędziłem na trening. Wracałem zmęczony. W grudniu chciałem pokonać półmaraton. Zima nie była zbyt przyjemna, a ja nie lubiłem biegać na zewnątrz. Szybko się przeziębiałem. Poszedłem na siłownię. Był 23 grudnia. Pusto na siłowni, a ja korzystałem z bieżni. Zaraz kończymy przyszła pani z obsługi. 21:00 – tak ja też zaraz kończę, Przebiegłem 21 km, 095 m. Wyłączyłem. Koniec treningu. Szczęśliwy, jest dobrze. Niestety kolano odmówiło posłuszeństwa. Pojawił się ból. Odpuściłem 2-3 tyg i wróciłem do biegania. Umówiłem się ze znajomym na półmaraton w Płocku. Tyle, że ból kolana uniemożliwiał start. Trafiłem do lekarza, jednego, drugiego. Woda w kolanie, torbiel Bakiera, zwapnienie przyczepu. Usłyszałem – peselu Pan nie oszuka, kondycję można wyrobić, ale pesel jest pesel. Lekarz zalecił przerwę. 5-tyg kończyło się gdy byłem na urlopie.

Biegałem sobie lekko jak zalecił lekarz po plaży. Potem pojechaliśmy jeszcze w góry, na trasę Biegu Rzeźnika. Zrobiliśmy 16 km. Wcześniej pozwoliłem sobie jednak na mega podbiegi. Woda w kolanie wróciła. Znów poszedłem do lekarza – usłyszałem wariat. Niech pan już przestanie biegać,  bo z pana biegacza nie będzie. Wkurzyły mnie te słowa. Szukałem porady u innego specjalisty. Dostałem zastrzyki z kwasem. Znów przerwa zalecana. Po 6-tyg zacząłem biegać. Znów zaczęło mnie boleć. Kontuzja wracała na okrągło. Co pobiegałem miesiąc, to czekało mnie z 5-tyg przerwy. W końcu trafiłem do innego lekarza – sportowego. Zalecił pływanie i jazdę na rowerze. Był jednak problem – nie umiałem pływać. Wtedy z Marcinem Wojciechowskim jako Radio Gdańsk przyłączyliśmy się do projektu „Aktywuj się w triathlonie”. Poszedłem na pierwszy trening. Pierwszego mnie wyciągnęli z dużego i skierowali do małego basenu. Do mnie dołączyło sporo osób m.in. TriMama. Wróciłem wściekły po treningu. Nie nauczę się – mówiłem. Pierwszy, drugi trening. Wreszcie Dawid Dobroczek, prowadzący, spytał się – Co jest z Tobą? Topiłem się – odpowiedziałem. To trzeba było od razu mówić, potrzeba innego treningu – dodał. Był luty, a w lipcu miałem wystartować na dystansie ¼ Ironamna. Zacząłem uczyć się pływać – żabą, ale 5 razy  tygodniu. To okazało się być zbawienne na kolano. Ćwiczyłem, wzmacniałem.  Wystartowałem w triathlonie, Głowa wytrzymała, kolano również. Od tego momentu problemy się skończyły. Wiem co robić, jak. Poznałem swój organizm. Zajęło mi to 2,5 roku. Dziś wiem, że jak coś jest nie tak, to idę do fizjoterapeuty. Roluje się. Przebiegłem majowy  maraton bez bólu.

dybik

W międzyczasie postanowiłeś rozbiegać Pomorze?

Marcin: Jak złapałem bakcyla, to przeniosłem to na miejsce pracy. Udało się wciągnąć partnerów w projekt  i wystartować. Trenowaliśmy przez pierwszy rok pod okiem trenerów m.in. Prof Wojciecha Ratkowskiego. Po roku uznaliśmy by pójść dalej. Dodaliśmy aspekt pomagania. Ruszyliśmy z pomarańczowymi koszulkami cegiełkami, z których zakup przekazywaliśmy na cele charytatywne. Pomogliśmy dotychczas 16 osobom. Zebraliśmy ponad 200 tys zł. To nadaje sens. Kiedy my zdrowi możemy pomoc innym. Nabiera to lepszego wymiaru.

Oprócz tego w sport wciągnąłeś całą swoją rodzinę?

Marcin: Gdy borykałem się z kontuzją kolana, to raz drugi wyszła ze mną Aldona (żona) pobiegać. Jej tempo było odpowiednie dla mnie. Było takim tempem rehabilitacyjnym, które zalecił lekarz. Aldona wystartowała w jednej, drugiej dziesiątce. Złamała godzinę. Dużo uczyliśmy się siebie nawzajem biegając. Bakcyla do sportu załapał syn Dawid i córka Maja. Jak pojawił się temat triathlonu Aldona powiedziała, że chce wystartować, zresztą to ona pierwsza zadebiutowała. W Brodnicy na dystansie 1/8 Ironmana, ja miesiąc później w Gdańsku. Później w Mrągowie z dystansem 1/8 zmierzył się Dawid To co wydawało się niemożliwe kiedyś w domu, czyli rowery na ścianach, dzisiaj wiszą. Jak kiedyś powiedziałem Aldonie – powiesimy na ścianie rowery, usłyszałem – chyba zwariowałeś. Teraz w centralnym punkcie wisi rower Aldony. Pytam się czy przeszkadza, nie no – gdzieś musi wisieć – słyszę. Kajtek, najmłodszy syn, gra w piłkę nożną, ale w triathlonie dziecięcym tez wystartował, z czego byłem bardzo dumny. Pamiętam jego zmęczenie po wyjściu z wody, gdy krzyczałem – dajesz synu, dajesz. On się nie lubi męczyć, ale dał z siebie wszystko. Lubimy sport, towarzyszy nam. Tak tez staramy się teraz planować wakacje, by była możliwość realizacji pasji. Zdarzało się, że gdy najmłodsi Kajetan i Majka spali, z Aldona i Dawidem ruszaliśmy na trasy rowerowe np. we Włoszech. Razem, bądź osobno w różne tereny, po czym wracaliśmy kolo 10-11 i spędzaliśmy już czas cala rodzina.

Marcin Dybuk

W temacie rodziny, razem z Aldoną postulujecie o równowagę między sportem a życiem rodzinnym. Wynika to z Twoim początków, gdy byłeś mocno pochłonięty treningami, choćby spędzając czas przed wigilia na bieżni?

Marcin: Sport jest piękny i uzależnia. Trzeba jednak zachować granice. W pierwszym roku jej nie miałem. Widziałem, odbijało się to kosztem rodziny. Ona na tym ucierpiała. Nie wiem skąd Aldona miała tyle cierpliwości. To było wariactwo. Neofici są wariatami. Biegają, biegają, nic naokoło nie widzą, bo endorfiny działają, uzależniają. Jest to fajne, czujesz się lepiej, chudniesz. Sam schudłem 15 kg. To Aldonie się podobało, był efekt pozytywny. W którymś momencie zauważyłem, trzeba mieć umiar. Trudno jest go zachować. Nauczyłem się tego. Takiej samodyscypliny.  Jak widzę, że nie mam przestrzeni do biegania, to biorę ciuchy i biegnę z pracy do domu, mam 8 km. Czasami przyjadę rowerem, ale rzadziej. Częściej biegnę, co ma spore zalety. Zostawiam pracę, stres… biegnę do domu, jestem odstresowany, biorę prysznic i jestem do dyspozycji rodziny.

morsowanie

To jednak trzeba sobie poukładać. Przyjęliśmy metodę układania sobie życia. W tej chwili mamy plan: każdy z nas robi śniadanie danego dnia, kanapki do pracy/szkoły innym, każdy z nas robi obiad, ma sprzątanie kuchni,  wyprowadza psa – danego dnia. Liczba obowiązków jest rozdzielona na imiona. Każdy ma swój dzień. Jednocześnie każdy ma swoje zajęcia w tygodniu. Aldona i Majka – taniec, Kajetan ma treningi piłkarskie i mecze w weekend, Dawid chodzi na siłownie i po kontuzji zaczyna wracać do treningów. Ale przede wszystkim przygotowuje się do matury. Czasami trzeba z czegoś zrezygnować. Dla mnie najtrudniejsze jest chyba obecnie patrzenie na rówieśników, którzy zaczynali w podobnym momencie robią duży progres i są dużo dalej ode mnie. Nie mam tyle czasu na triathlon ani bieganie. Wiem, że gdybym mógł więcej trenować, pewnie wyniki byłyby lepsze, choć 3:45 w maratońskim debiucie i tak cieszy. Nie mogę jednak. To jest mój świadomy wybór. Nie żałuję, bo mam rodzinę/dom/pracę zawodową. Biegania jest tyle, by nikt mi nie zarzucił, że odbiło mi na punkcie sportu. Pilnuję też, by nie rozmawiać tylko o triathlonie czy bieganiu. Chce być człowiekiem, który ma coś więcej do powiedzenia. Sam unikam ludzi którzy gadają tylko o jednym.  Cenię sobie wspólne treningi np. z Rafałem Obłuskim, że można pogadać o różnych rzeczach. Dom musi być poukładany. Po pierwsze dom, a dopiero nawet po trzecie bieganie czy sport.

Jak wspominałeś, zajęliście się też organizacją cyklu triathlonowego, kontynuujecie go?

Marcin: Tak, nawet ruszyły już zapisy na Triathlon Energy. Nikt nie wierzył, że się uda. Pamiętam jak Adam przyszedł do mnie z propozycją. Powiedziałem, nie mam czasu. Za jakiś czas powtórzył przy Aldonie. To Ona podchwyciła, że w jej rodzinnej miejscowości można zorganizować trathlon. I tak to się zaczęło. Był Starogard Gdański, Lidzbark, Bełchatów. Włożyliśmy w to całe serducho i cały wolny czas. Kosztowało nas to sporo zaangażowania, nawet dzieci. Dzisiaj jak sobie myślę o tym zwariowanym roku, debiutancka impreza cyklu była kiedy ja byłem w szpitalu, i jaki ciężar spoczął na Aldonie i Adamie, to kręci mi się łza w oku. Ile Aldona musiała wówczas przejść. Nie wiem jak Ona to zrobiła. Jest dla mnie aniołem, bohaterem, kimś niesamowitym. Wyobraź sobie, 16 czerwca oglądamy mecz Polska-Niemcy u Rafała i Rosseliny, dojeżdżamy do domu. Nie jestem w stanie się ruszyć z bólu. Aldona zabiera mnie do szpitala – niedrożność dróg pokarmowych. Po 20 min wzięli mnie na oddział, dzień później zrobili operacje. Aldona była przy mnie, a trzeba było jeszcze przygotowywać start. Kilka kwestii było niedogranych. 18 odwiedziła mnie, a nawet 19 po wszystkim przyjechała do mnie. Nie wiem jak Ona to zrobiła, ja bym tego nie wytrzymał. Jest wielka. Później by Lidzbark, Bełchatów. Na koniec wielkie zaskoczenie. Jak te imprezy zostały odebrane przez ludzi. Gdyby ludzie wiedzieli ile się działo, co sie wydarzyło. Co zrobiła Aldona i Adam. W ocenie lepszego triathlonu dostaliśmy 4. Po całym cyklu 90% uczestników poleciłoby zawody znajomym. Jedną rzecz wszyscy powtarzają – serducho dla ludzi. To była siła naszego triathlonu, a przy okazji chęć pomagania innym. Charytatywna działalność. Zrobiliśmy akcję w Lidzbarku, gdzie mała Ala wystartowała z Tatą, był to początek do przyszłorocznej akcji, gdzie Alę zastąpi niepełnosprawny chłopiec. To było marzenie Aldony.  Skąd braliśmy na to siłę? Z miłości do drugiego człowieka? Dużo przychylności ludzi. Jasne, popełniliśmy błędy. Nie wszystko się udało. Pracujemy teraz nad przyszłym rokiem.

aldona-i-marcin

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *