Ultra w krainie lodu – Szlak Skarszewski

– Po co? – padło po raz kolejny pytanie, gdy próbowałam wytłumaczyć plan na weekend. Nie, to nie są zawody. Chcę przemierzyć najtrudniejszy szlak Pomorza – Szlak Skarszewski, ze Skarszew do Sopotu, nocą, zimą.

Powodów, pewnie mym mogła znaleźć tysiące. Najprościej, potrzebuję w życiu wyzwań, które najlepiej motywują do pracy. Może i herbata pita w ciepłym pokoju przestała mi smakować. Brakowało w niej dodatku – przygody. Być może dojrzałam by zrealizować nie tylko to co nie udało się cztery lata temu podczas Śniegołazów, ale i wydłużyć dystans. Wtedy mieliśmy pokonać odcinek od Skarszew do Otomina w zorganizowanych zmaganiach, właśnie Śniegołazach. Przegrałam z dużą ilością śniegu, dopadającym wyziębieniem gdzieś w połowie trasy. Pokonanie 27 km zajęło nam wówczas ok. 6 godzin. Błądziliśmy sporo. Być może teraz też czułam potrzebę sprawdzenia swojej formy przed największymi wyzwaniami tego roku w kwietniu i lipcu.

Podczas jednego z samotnych wybiegań wybierałam ścieżki jak chciałam. Wreszcie dobiegłam do Drogi Leśniczych, spojrzałam na oznaczenia. Byłam w miejscu w którym łączyły się trzy szlaki: niebieski, zielony i czarny. Znane mi doskonale w odcinkach trójmiejskich. Pobiegnę zielonym, a właściwie, czemu by któregoś dnia nie przebiec całego zielonego? – pomyślałam. I równie szybko spojrzałam na wolną datę w kalendarzu. Jak tylko nad nią przysiadłam, otworzyłam mapę szlaków. Na jednym nigdy się nie kończy, przyznajmy to szczerze, a może by tak przebiec wszystkie? Taka nieoficjalna biegowa korona Szlaków Pomorskich. Mamy ich przecież tyle, pięknych, nieznanych. Nie trzeba uciekać gdzieś daleko by poznać smak przygody. Tym razem jednak podchodząc do tego odrobinę z głową. Mogłabym dać sobie limit: tydzień/ miesiąc. Wiem, dałabym radę. Tylko jakim kosztem? Chcę ze swoich aktywności czerpać jak najwięcej przyjemności, nie bólu. Nauczyłam się, nie muszę już niczego udowadniać. Nabrałam doświadczenia, ktoś nawet zażartował podczas jednej z rozmów,  już w życiu doświadczyłam tyle, że mogę zawstydzić niejednego czterdziesto-paro latka. Mnie po prostu ciągnie w świat przygód – odpowiedziałam. Uznałam po konsultacji z Olą z Fizjolab, będę obserwować swój organizm i wybierać, kiedy mogę sobie pozwolić na jaki szlak.

„Nie pytaj czego świat potrzebuje. Pytaj co czyni cię pełnym życia i rób to. Ponieważ tym czego świat potrzebuje są ludzie pełni życia.”
~Howard Thurman

Wreszcie nadszedł 28 stycznia. Miałam wrażenie, że stary dworzec kolejowy w Skarszewach nie zmienił się ani odrobinę. Tym razem nie padał tylko śnieg (4-lata temu panowała lekka zamieć). Jego warstwa jeszcze zalegała na drogach i ulicach, właściwie bardziej lód. Ruszyliśmy ok. 20:20. W liczbie 9 osób. Ciszyłam się. W PKSie Bartek wspomniał – co samej byłoby Ci smutno? Miał rację. Niesamowity był odzew ludzi, którzy nawet jeśli pukają się w głowę słuchając pomysłów na podniesienie sobie poziomu adrenaliny, dodają – potrzebujesz towarzystwa? Dla których nie jest problemem zarwać noc czy też wstać o 4 nad ranem tylko po to by dołączyć na trasie. Którzy wiedzą, nie otrzymają żadnego medalu, nikt nie będzie na nich czekał na żadnym punkcie z dodatkowym piciem. Dostajemy coś więcej, wspomnienia – ktoś dodał.

Mimo wczesnego wieczora, miasto było puste. Jakby zapadające już w sen. Paradoksalnie mimo powrotu po latach pamiętałam niektóre ścieżki jakbym była na nich wczoraj. Czekałam tylko aż wbiegniemy na pola. Wtedy zapadaliśmy się na tym odcinku w śniegu po kolana, a miejscami po pas. Nikt nie wiedział gdzie ścieżka, to my je wytyczaliśmy. Teraz zapowiadało się lepiej.

Śniegu było pół metra mniej. Tyle, że zamarzniętego. Czasami na tyle, że utrzymywał nasz ciężar. Czasem, niestety zapadając się. Nigdy nie znając dokładnie głębokości, po kostkę, a miejscami po łydkę. Biegło się przez to ciężko.
– Dobrze byłoby schudnąć z 50 km – zażartował Andrzej. Wtedy poruszanie się nie sprawiałoby tyle trudności. Bartek poprosił – zgaście na chwilę czołówki. Popatrzymy w niebo.

Było bezchmurnie. Niebo rozświetlone gwiazdami. – Taka odrobina romantyzmu – zażartował potem Bartek. Nie goniły nas żadne limity. Nie mieliśmy ich. Mogliśmy sobie na to pozwolić. Na polu, na którym z każdej ze stron rozpościerała się warstwa śniegu. Chyba nie są o popularne ścieżki. Było za to bardzo dużo odciśniętych małych łapek. Wilki? Na to wygląda – odpowiedzieli panowie. Ostrzegali nas, widoczne były w tych rejonach. Zarazem uspokajali, sam z siebie nie zaatakuje. Bartek uznał, w razie konieczności poświęci swoje kabanosy, które spakował do plecaka. Zresztą jedzenia miał sporo.

Pakowanie się było małym wyzwaniem logistycznym. Zabrać tyle, by przetrwać, a jednocześnie nie dźwigać zbyt wiele na plecach. Jedzenia i picia musiało wystarczyć. I kilka dodatków jak folia NRC czy suche skarpetki, powerbanka też nie zaszkodziło mieć. Najbliższego otwartego sklepu spodziewać się mogliśmy na 70 km. Zresztą już w PKS Bartek mówił, byleby tylko dobiec do Żabki.

Z pola wbiegliśmy do lasu napotykając pierwsze problemy nawigacyjne. Oznaczenia są są… i nagle nie ma. Na szczęście szybko to weryfikowaliśmy. Dobrze, że mieliśmy tracka szlaku przygotowanego przez Zbyszka. Miejscami co prawda chyba został zmieniony ostatnimi czasy, ale bardzo to pomagało. Bez niego podobnie jak na Śniegołazach cztery lata temu, szukalibyśmy prawidłowej drogi. Choć ścieżki były tylko orientacyjnie. Nie było widać, gdzie woda, gdzie pole, dopóki osoba z przodu nie zamoczyła nogi. Padło na Beatę. Żartowali tylko – jakie jeszcze atrakcje zafundowałaś? Drogi w lesie okazały się być jeszcze trudniejsze: zamarznięte koleiny. Oblodzone. Ciężko było iść, a co dopiero biec. Chyba jeszcze nigdy żadna trasa nie wykręcała tak naszych stawów skokowych. Na odcinkach zrytych przez dziki, zamarzniętych, nie było mowy o żadnym bieganiu. Gdzieniegdzie trzeba było przeskoczyć rzeczkę. Połączenie najtrudniejszego szlaku technicznie z zimową porą roku i jeszcze nocą, samo mówiło – lekko nie będzie. Choć może odrobinę spodziewałam się lepszych warunków.

Znów szlak zniknął z naszych oczu, a zegarek poinformował – oddalamy się od niego. Na przełaj między drzewami. W dół. Słychać było tylko skrzypienie śniegu i pękanie lodu, zresztą te dźwięki towarzyszyły nam niemal przez całą wyprawę. Bartek skomentował – Twoje wycieczki są zawsze pełne atrakcji. Trzeba było niezwykle skupiać się na trasie. Wkraczaliśmy jak na lodowisko. Kręcąc niemal piruety, czasami kończące się upadkiem. Na szczęście pozostawały po nich tylko siniaki. W plecaku miałam nakładki z kolcami, tyle, że trasa była na tyle zmienna, że ciągle trzeba by je zakładać i ściągać. Zajęłoby to sporo czasu. Tym bardziej, że każda nawet chwilowa przerwa na wyciągnięcie jedzenia powodowała lekkie wyziębienie. Temperatura nie było mocno ekstremalna. Może z około 7 kresek poniżej zera jak informowały prognozy pogody. Wystarczające, by po kilku godzinach zmagań woda w soflasku czy cola w butelce była z dodatkiem lodu.

Wszystkie mijane miejscowości jakby spały. Co prawda przebiegaliśmy przez nie tylko krótkimi odcinkami. Na odśnieżonych, czarnych nawierzchniach nogi wydawały się niezwykle lekkie. Nie na długo, bo za każdym razem, gdy nogi chciały się rozpędzić – droga wiodła w las, koleiny i lodowisko. Na jednym z wejść tabliczka. Nieco przechylona w dół. Zerknęłam – polowanie.

Ale dziś? Spojrzałam na nią z dużym niepokojem raz jeszcze. Nie znalazłam żadnej wzmianki, przeglądając informacje z okolicznych rejonów o polowaniu. Nieco dalej znaleźliśmy pozostałości, chyba po dziku.

Tak naprawdę do Kolbud nie ma za bardzo przewyższeń na trasach. Przed centrum tylko nieco oblodzone strome podejście, które przypominało bardziej wspinaczkę na czterech. W okolicach ronda po niecałych 42 km odłączyła się część ekipy, kierując się do samochodu, który zostawili tu wcześniej. Żartowaliśmy, maraton w krainie lodu mają za sobą. Podzielili się tym co im zostało m.in. batonami. I już w czwórkę: Zbyszek, Bartek, Piotr i ja, kontynuowaliśmy dalszą drogę.

Zbyszek, mając w pamięci Śniegołazy sprzed czterech lat obawiał się o drogę w rejonach Łapina Dolnego i Doliny Raduni. I w porze letniej nie jest tam lekko. Ścieżki wąskie i skarpy z których łatwo można wpaść do wody. Do tego przewalone drzewa. Nie jest tak źle – odpowiedziałam do Zbyszka, gdy sprawnie pokonaliśmy pierwszy odcinek. Och, jaka byłam naiwna.

Strome, wąskie na szerokość stopy ścieżki dopiero czekały. Akurat zadzwonił Zibi, chciał z Asią dołączyć się w okolicach Otomina. Powiedziałam szybko – oddzwonię jak będę na bardziej bezpiecznym gruncie. Śmiało kroczyłam krok za krokiem. Ostrożnie, ale bez stresu. Do czasu. W pewnym momencie noga poślizgnęła się. Zaczęłam się zsuwać w dół. Tylko krzyknęłam próbując się złapać jakieś gałęzi. Myśląc nawet trzeźwo poczułam, że muszę spróbować obrócić się lekko w prawo. Jest szansa, zatrzymam się na drzewie. Byłam przerażona. Trwało sekundy, a zdawały się być minutami. Z całą siłą wbiłam nogę w gałąź, próbując się na niej utrzymać. Wpadnięcie do jeziora skończyłoby moją zabawę ze szlakiem. Panowie ruszyli z pomocą. Piotr podał dłoń by podciągnąć mnie lekko do góry. Też się poślizgnął. Zsuwaliśmy się jeszcze bardziej w dół. Na szczęście tu znów było drzewo, o które zahaczyłam nogę. Piotr też się na nim zatrzymał. Rękami usilnie trzymałam gałąź i czułam, że jedna noga już mi zwisa nad wodą. Z przerażeniem spojrzałam w dół. Było to miejsce oddalone od cywilizacji o kilka km. Gdybym wpadła, mokra musiałabym przemierzyć co najmniej kilka kilometrów w mrozie. Zbyszek z Bartkiem zażartowali, że brakuje im tylko aparatu. Z pomocą udało się wspiąć do góry. Tyle, że teraz z niepokojem patrzyłam na każdą kolejną skarpę. Szlak też raz był widoczny, raz nie. Wiedzieliśmy podążać trzeba wzdłuż brzegu. Lodu nie brakowało. Bartek pytał się Zbyszka – ile jeszcze? 1 km – odpowiadał. Po dłuższym odcinku pytanie się powtarzało, jak i odpowiedź. Ten 1 km w rzeczywistości miał 6 km. Mimo żwawego kroku, wspinaczkami nad przewalonymi drzewami i stąpaniem po lodzie na skarpach, krótkiej przygody ze zjazdem, przemierzenie tych 6 km zajęło nam ponad półtorej godziny. Nie odczuliśmy nawet tego.

Wreszcie na bezpiecznym gruncie oddzwoniłam do Zibiego. Nic, że po jakiś ponad czterdziestu minutach od ostatniej rozmowy. Był już w drodze. Bartek poprosił by kupili colę, jeśli znajdą jakiś otwarty sklep. Właściwie wszyscy mieliśmy na nią ochotę. Weźcie raz cztery – dodałam w rozmowie. Najgorsze było za nami.Teraz tylko do Otomina, a potem ścieżki już znam niemal na pamięć. I stety – niestety wiem, to na odcinku Gdańsk – Sopot są najgorsze górki. Do Otomina dotarliśmy bez problemów, nawet ścieżki miejscami nieco bardziej przyjazne na bieganie od dotychczasowych. Zatrzymaliśmy się chwilę na pętli. Przywitaliśmy z Zibim i Asią, wypiliśmy ciepłą herbatę. Ten cudowny smak gorącej herbaty, po niemal całej nocy zmagań. Ten nieporównywalny z niczym innym.

Fot. Joanna Sztybor
Fot. Joanna Sztybor

Ruszyliśmy dalej. Tym razem spojrzałam znów na drogę. Lodowisko… Powiedziałam – zakładam kolce. Mam dość wywrotek na lodzie i siniaków, których już zdążyłam się nabawić.

Tyle, że przez tę chwilę zaczęły zamarzać mi ręce. Nie mogłam ponownie założyć rękawiczek. Mróz coraz bardziej dawał się we znaki. Niestety dłonie to moja pięta achillesowa zimowych aktywności. Marzną mi niemiłosiernie. Konsekwencje niegdyś niemal odmrożeń. Na nic zdadzą się nawet dwie pary rękawiczek sportowych, ba i trzy próbowałam. Pomagają mi tylko rękawiczki neoprenowe do nurkowania, a dopiero na nie rękawiczki biegowe. Tyle, że jakby zrobiły się za małe, a czucie w palcach zaczęłam już tracić. Ze sporym wysiłkiem ale udało się. Po niecałych 5 km dotarliśmy na drogi utwardzone w rejonach Karczemek. Przez moment biegłam w kolcach, ale bałam się, że odczują to moje stawy. Bartek pomógł je ściągnąć. Po kilometrze w rejonach Jeziora Jasień – znów lodowisko. Kolców już jednak nie tykałam. Powoli zaczynałam opanowywać jazdę w butach biegowych na lodzie.

Bartek z coraz większym uśmiechem odliczał kilometry do Żabki. W rejonach PKMki Kiełpinek z naprzeciwka biegli Michał i Monika Sawicz. Trochę jak żebracy spytaliśmy się czy mają coś do jedzenia. Monika oddała kawałek czekolady. Po krótkiej wymianie zdań pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej podążając za zielonymi oznaczeniami. Już teraz niemal na pamięć. Lód nie odpuszczał. Czekał tylko przeskok przez rzeczkę.

Fot. Joanna Sztybor
Fot. Joanna Sztybor

Zibi próbował przeskoczyć. Wpadł do wody mocząc nogi. Nie widziało mi się to, by potem pokonać jeszcze 20 km. Awaryjnie na przebranie miałam skarpetki. Z pomocną dłonią, udało się przedostać na drugi brzeg. Humory nas nie opuszczały. Towarzystwo Asi i Zibiego wprawiało w dobry nastrój. Asia, niczym matka co chwila wypytywała o samopoczucie, mówiąc, że dobrze wglądam. Tylko warkocz się już rozwalił. Był mocno zapleciony z dużą ilością gumek do włosów. Cienkie, elastycznie idealnie sprawdzają się,gdy pękną gumki se stuptutów. Awaryjnie byłam na to przygotowana. Mimo tego, że robiłam się lekko senna, fizycznie czułam się znakomicie. Nic, a nic, no może poza stłuczeniami, poobijanymi jak nigdy stopami, nie bolał mnie żaden mięsień czy kolano. Dzień przed odwiedziłam standardową Olę w Fizjolab. Nie mogłam uskarżać się na żaden ból. Do tego udało się wyraźnie wzmocnić mięśnie siłowo. Praca na ćwiczeniach siłowych przyniosła efekty. Niezwykle ucieszyłam się z poprawy, to motywuje by pracować dalej, ciężej.

Nawet słońce zaczynało już wstawać, ukazując nam unoszącą się czerwoną plamę nad horyzontem. Chciałam się napić coli, ale to była już cola z przewagą lodu. Gawędziliśmy o wszystkim i o niczym. Do domu miałam już blisko, jednak nawet przez myśl mi nie przeszło by skręcać. Przy najtrudniejszym podejściu w stronę „Głowicy”, panowie zatrzymywali się uśmiechając się – jaki piękny widok. Robili kilka kroków do przodu i ponawiali wypowiedź. Trzeba przyznać, stanowiliśmy niezwykle zgrany zespół. Na lodzie, gdy tylko Zbyszek zaczął się śmiać z lodowych telemarków Asi, sam zaczynał kręcić piruety. Na szczęście trzymając się pobliskiej siatki odgradzającej drogę od terenów działkowych. Bartek Żabkę miał coraz bliżej. Rozpoczął więc rozmowę o tym co by zjadł.

Nie miałam nic, na co bym miała ochotę. Mimo tego, że lekko jakby burczało mi w brzuchu. Czułam tylko zimno. Próbowałam sobie przypomnieć co cieszyło mnie na ostatnich ultra. Wiem, zjadłabym drożdżówkę wreszcie odpowiedziałam. Piotr odłączył się do domu. Panowie zaopatrzyli się w aloes w swoim wymarzonym sklepie, a ja od razu z Asią i Zibim udaliśmy się do piekarni. Pewnie wyglądaliśmy nieco dziwnie. Ba, gdyby ktoś się przypatrzył, miałam nienaturalnie podarte buty. Musiała gdzieś cholewka nie wytrzymać na krawędziach lodowych tras. Po chwili w piekarni byliśmy w komplecie. Zimno było mi coraz bardziej. Poprosiłam byśmy ruszyli, właściwie wyszłam pierwsza, reszta wiedziałam, że będzie gonić zaraz. Ostatnie 11 km minęło dość szybko. Do biegu motywował mróz. W Sopocie na mecie czekała na nas Magda. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy, dotarliśmy niemal przed południem. Niezwykle ucieszeni udaliśmy się w stronę swoich domów. No prawie, bo przyłączając się ze Zbyszkiem do transportu samochodowego Zibiego i Asi, wracaliśmy przez Otomin, ale to już dodatkowa historia.

Okazuje się, by przeżyć przygodę wcale nie trzeba ruszać w góry. Tylko jeszcze długo po, mimo gorących pryszniców, ciepłych herbat, siedzenia pod kocem, nie mogłam pozbyć się odczucia zimna. Niesamowite jest jednak to, że mimo trudnych warunków, dotarliśmy cało.

Dziękuję wszystkim ogromnie za wsparcie w realizacji kolejnych pomysłów, za towarzystwo na trasie i niesamowite wiadomości. Teraz czas na kolejne szlaki 🙂

Bartek Moll i Zbyszek Korduła
Bartek Moll i Zbyszek Korduła

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *