Szlak Kartuski. Czy to wilk?

Spotkaliśmy się na spotkaniu Ultra Wyzwania organizowanym przez Kaszubską Poniewierkę. Zaczęliśmy rozmowę o szlakach. W planach było powtórzenie Szlaku Trójmiejskiego – nocą, w końcu obiecałam tym, co nie mogli pojawić się na ostatniej wycieczce, że ją powtórzymy.

– Zróbmy coś szalonego – rzucił Marcin. Może Szlak Kartuski jednak? – dodał.

Na ten szlak wybierałam się już od jakiegoś czasu. Był na liście, kolejny po Skarszewskim i Trójmiejskim. Konsekwentnie realizując pomysł nieoficjalnej korony Pomorskich Szlaków PTTK na biegowo. Początkowo padło – czemu by nie. Po niemal 2-godzinnej prelekcji Rafała Bielawy i Andrzeja Zyskowskiego, opowieściach o zmaganiach ultra, było już – ruszamy.

Tydzień później siedzieliśmy już w PKMce zmierzając na start Szlaku Kartuskiego. Jechała nas szczęśliwa 7 chciało się powiedzieć. Niemal stały trzon ekipy wszystkich wypraw. Sezon startowy w pełni, termin nie był więc zbyt przyjazny. Korzystając z jednej prostej zasady – idealny termin dla wszystkich nie istnieje, nie zamierzałam odkładać tego na później, dodając – przecież zawsze możemy to powtórzyć w późniejszym terminie. Asia, Zibi i Marcin postanowili pokonać ok. 24 km kończąc zmagania w Żukowie, Monika i Beata ok.47 km – kończąc w Gdańsk-Kiełpinek. Zaczęło się wesoło. Biegacze niespecjalnie korzystają przecież z komunikacji, toteż niewiele brakowało, a co niektórzy wsiedliby do PKMki z biletem dla psa. To tylko zapowiadało wesołą wyprawę.

W Kartuzach skierowaliśmy się w stronę miasta. Po chwili jednak zawróciliśmy na peron szukając wyjścia na drugą stronę. Tak bowiem wskazywał track wgrany w zegarki. Trzeba przyznać, bezcenny wynalazek podczas ostatnich wypraw. Szlaki bywają odcinkami jakby zapomniane. Za dnia można się pogubić, to co dopiero nocą? Z peronu odruchowo pobiegliśmy na prawo. Marcin narzucił mocne tempo. Jeszcze przed chwilą 26 m dzielące nas od startu szlaku zamieniło się na niecałe 500. Wróciliśmy i ruszyliśmy w lewo. Po chwili znów padło – eee, to jednak nie tu. Zaczęliśmy żartować, za 7 godzin wciąż będziemy biegać wokół dworca szukając początku szlaku. Można by było spytać przechodnia którędy do Gdańska, nie wiem tylko czy nie traktowałby tego jako głupiego żartu, ewentualnie wskazał drogę do pobliskiego psychiatryka. Kiedyś, podczas jednej z pierwszych wypraw Szlakiem Nadwiślańskim, błądząc, mając po dziurki w nosie błota, spytaliśmy się mieszkańca pobliskiego domu o drogę do Gdańska. Jego spojrzenie wystarczało, by przekonać się, za normalnego to cię w takich sytuacjach nie wezmą.

Najwidoczniej początek znajdować się musiał na terenie budowy przy dworcu. Ruszyliśmy. Po chwili ujrzeliśmy w końcu oznaczenie na drzewie. Byliśmy na właściwej drodze. Mimo dość wczesnego wieczora jak na piątkowy wieczór na ulicach panowały pustki. Biegliśmy wzdłuż zabudowań. Chyba po raz pierwszy nie analizowałam trasy, zabrakło na to czasu. Trójmiejskie fragmenty były mi znane, ale te z Kartuz pokonywałam po raz pierwszy. Marcin zaczął opowiadać historię mijanego kościoła, a ja na moment się wyłączyłam spoglądając na zmianę – raz pod nogi, a raz w gwiazdy.

Czułam się świetnie, a nawet wspaniale. Noc zapowiadała się chłodna, na bieganie idealna. Dlaczego znów wybraliśmy noc? Zawsze powtarzam, ma ona w sobie jakąś magię. Na dodatek uznaliśmy, w sobotę jak gdyby nigdy nic przed śniadaniem będziemy w domu. Cały weekend na ogarnięcie spraw bieżących i zaległych. Zresztą nocą, jakoś tak człowiek jest bez presji by gdzieś zdążyć. Czas jakby zwalnia. No i i ta adrenalina dodaje smaczku.

Krętą ścieżką zbiegliśmy do drogi na wzór bulwaru nad jeziorem. Z oddali myśleliśmy, toś stoi na dole, okazał się to być pomnik. Czekałam tylko aż wbiegniemy w las. Chcąc sprawdzić, czy opowieści o tym, że na tym odcinku jest w nim sporo wody – są prawdą. Gdzieś błota odrobinę było czy wody stojącej, ale nie tyle, by traktować je jako poważne utrudnienie.

Tylko Monika podążając za mną po chwili wspomniała – a Paweł ostrzegał by za Tobą nie biegać.  Zdaje się padło to w momencie, gdy już nogami wpadła w błoto. Nie miało to zbytnio znaczenia, czekał nas bieg przez łąkę, na której postawienie nogi w suchym miejscu raczej nie udało się nikomu. Jeszcze przez pole i znów byliśmy na drodze. Takie odcinki były super odmianą od utwardzonych dróg, które dominowały. Nawet gotowa byłam wypomnieć – wyjątkowo mało atrakcji tutaj. Na szczęście nie zdążyłam wspomnieć tego głośno, bo wbiegliśmy w rejony Jaru Raduni. Terenach, które można albo znienawidzić albo pokochać, W moim przypadku było to drugie.

Dochodziła północ, a prawdziwa przygoda zaczynała się dopiero rozkręcać. Nie pasowało mi tylko zielone oznaczenie na szlaku, który przecież tędy nie przebiega. Dalej – znów zielone, ale z pozostałościami spraju. Uff…Chyba ktoś wpadł na głupi żart. Ogrom przewalonych dużych drzew, szerokości często nie mieszczącej się w objęciach rąk

Łatwiej się było do nich przytulić niż przeskoczyć. Miejscami strome skarpy z których łatwo zafundować sobie kąpiel w wodzie, podejścia przypominające wspinaczkę i zejścia, gdy się wdrapało za wysoko przemieniające się w zjazdy. Nad drzewem, pod drzewem, między drzewami. Prawdziwie naturalny tor przeszkód. Mimo przeszkód, uśmiech nie schodził mi z twarzy. Inni też nie narzekali. Chyba się wszyscy już przyzwyczaili, dodatkowe atrakcje to nasza specjalność. W pewnym momencie euforię szczęścia zamienił strach.

– Cicho, patrzcie zwierzyna – powiedzieli chłopaki z przodu. Po naszej lewej stronie na skarpie wpatrywały się żółte ślepia. Na tyle blisko, że widzieliśmy kształt, a jednocześnie daleko, nie sięgało tam światło czołówki. Nie był to dzik, nie była to sarna. Na lisa trochę za duży. Za nim pojawiły się kolejne ślepia. Wilk? Wiedzieliśmy doskonale, w tych rejonach występują. Szkoda czasu na rozmyślanie w takich sytuacjach, lepiej gnać dalej. Nie byłoby nawet gdzie uciekać, chyba, że do rzeki, wzdłuż brzegu której wiódł szlak. Z jednej strony wiedziałam, zwierzyna sama nie zaatakuje. Wilk będzie szczerzył kły, ale tak samo boi się człowieka. Z drugiej, odrobina niepewności została. Skoro tak wiele razy nie jesteśmy w stanie przewidzieć zachowania człowieka, możemy mieć pewność jak zareagują stworzenia spotkane w środku nocy? Panowie narzucili tempo, a panie lekko spanikowane krzyczały tylko, by zaczekali, nie zostawiali ich tu. Biegnąc po środku, ucieszyłam się, że nie jestem tu sama. Panowie w swoim zwyczaju podnieść chcieli dziewczyny na duchu, dodając -najstraszliwsze zjawy dopiero na nas czekają gdzieś w ciemnym lesie. Ach, ta nocna wyobraźnia. Beata krzyknęła – jak tylko ich dopadnę, to nie wrócą żywi. Uśmiech znów powrócił. Sporo czasu nam tam zeszło, pozostało się cieszyć, nie musieliśmy uciekać przed żadnymi limitami.

Powróciły też utwardzone drogi, które na nas czekały, gdy tylko dotarliśmy do mostu kolejowego w Rutkach. Wiedzieliśmy jedno – jeszcze tu wrócimy. Najlepiej za dnia. Dotarliśmy do Żukowa, po drodze tylko panowie chyba wracający z imprezy coś krzyczeli z samochodu Bardziej niż zwierzyny, to bałam się właśnie kierowców. Mam czasem wrażenie, że w tych rejonach wypadki zdarzają się zbyt często.

Na rondzie w Żukowie do samochodów skierowali się Asia, Zibi i Marcin. Na pożegnanie dodali – niczym się z Wami nie podzielimy, bo już nic nie mamy. Chłód dawał się we znaki coraz bardziej. Przyspieszyliśmy. Droga to ciągła prosta w większości utwardzonymi ścieżkami/płytami/asfaltem wzdłuż pól i zabudowań. Czułam się dobrze. Zmiana trybu codziennego życia ze stojącego na bardziej siedzący jeśli chodzi o pracę, zaczęła mi służyć.

Mijaliśmy kolejne miejscowości aż wreszcie wbiegliśmy w dobrze mi znajomy Otomiński las. Choć do celu zostało niemal 30 km, to można było powiedzieć – to już w domu. Przy ścieżce znów pokazały się oczy zwierzyny. Tym razem byliśmy pewni – to lis. Znów powróciłam myślami do tego co widzieliśmy przy Jarze Raduni. Skoro tu miałam pewność, że to lis, to co było tam? Doszłam ostatecznie do wniosku, pora ciekawość odłożyć na bok, może jednak lepiej nie zagłębiać się w to? Ptaki zaczynały ćwierkać, dzień się budził. W rejonach 47 km odłączyły się Beata i Monika. Ze Zbyszkiem ruszyliśmy w stronę Sopotu. Pocieszał trasa, która już wiodła tu w większości po ścieżkach leśnych. Na kolejnych kilometrach na zmianę witały nas dziki i sarny. Las zaczynał tętnić życiem.

Zbyszek myślał już tylko o parkrun, miał przebiec 5 km trasę po raz 250-ty jako druga osoba w Polsce. Na ostatnich kilometrach zwolniliśmy. Nieco zmarzłam. Byłam pewna – uda się, a śniadanie będzie smakować wyjątkowo dobrze. Jak to na końcówce wypraw bywa, zaczęliśmy wspominać co byśmy zjedli. Zbyszek wspominał o jajecznicy, a ja zażartowałam – frytki. Choć wiedziałam, że bardziej po prostu brakuje mi soli niż frytek. Zauważyliśmy także kolejny raz – oznaczenia na tablicach kilometrów szlaku są błędne. Tak samo było na Skarszewskim i Trójmiejskim.

Na naszej mecie po lekko ponad 67 km – dworcu w Sopot Kamienny Potok pogratulowaliśmy sobie wzajemne, a ja już zerknęłam na mapę ze szlakiem Wejherowskim… Uśmiałam się także sama z siebie, kiedy idąc do samochodu oddalonego o ok. 1,5 km szukałam oznaczeń szlaku na drzewach…

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *