Szlak Trójmiejski na raz – Pomorskie Szlaki PTTK na biegowo

Spotkaliśmy się w SKM-ce w niedzielny poranek. Mimo 7 rano na zegarku, nikt nie narzekał. Humory dopisywały. Chciałoby się powiedzieć – jak zawsze. Tym razem już wspólna podróż wprawiała w dobry nastrój. Nawet mimo tego, że miejscowy automat pożerał pieniądze, ale nie drukował biletu. I pan z obsługi raczej nie był skory do współpracy. Uśmiechałam się sama do siebie. Szalonych pomysłów nie trzeba realizować w pojedynkę.

Ruszyliśmy w liczbie 19 osób z Gdyni Głównej. Chętnych było więcej, ale termin tuż przed Półmaratonem w Gdyni i Maratonem w Gdańsku nie zachęcał, gdy przygotowania w pełni. Większość, postawiła na odcinki tras, licząc na dobrą zabawę i satysfakcjonujące zmęczenie. Nie zawiedli się, a dodatkowo poznali nowe ścieżki.

Szlak Trójmiejski – żółty, niegdyś nazywany był Szlakiem Wzgórzami Trójmiasta, pamiętał to zdaje się tylko Marcin, który chyba nie mógł przypuszczać, że po 34 latach osiągnie coś, o czym już zdążył chyba zapomnieć. Wykreślając dziecięce, harcerskie cele z planów na przyszłość. Szlak w całości przebiega w granicach administracyjnych Gdańska i Gdyni. Stanowi idealne miejsce wypadowe. Dzięki urozmaiconej rzeźbie terenu, nie wprawia w monotonię. O ile jest możliwe odczuwanie jej w ogóle w lesie, niektórzy twierdzą, że jednak można. Mimo kolejnych lat spędzonych na ścieżkach, wracam na nie ponownie raz jeszcze. Przy każdej porze roku, dnia, ścieżki te same, a wyglądają jakby inaczej. Czasem z większą ilością nawet liści, a bywa wiatr już rozniósł je w inne doliny. Nawet ten przemierzałam już wielokrotnie. Nigdy jednak na raz. Przyszedł i na to czas.

Na trasie nie brakuje przewyższeń, chciałoby się powiedzieć – wzgórz, które tak potocznie nazywamy. Specjaliści w tej tematyce już mnie poprawiali, taka forma ukształtowania terenu to grzęda. Wzgórze, wciąż brzmi lepiej 😉

Tematów do rozmów nie było końca. Mimo żartów między odwieczną wojną miast Gdyni i Gdańska, nawet zawzięci Gdańszczanie musieli przyznać, w Gdyni nie brakuje urokliwych odcinków. Pierwsze promienie słońca dawały o sobie znać, a ćwierkające ptaki przypominały – zaczyna się wiosna. To był ten moment w którym chciało się rzec, było niemal wszystko, by niedzielny poranek zaliczyć do idealnych. Po ok. 11,5 km, przedzierając się odrobinę przez przewalone drzewa i lekko zarośniętą ścieżkę, dotarliśmy na Górę Donas – 205,6 m n.p.m. Niestety będąca w okolicy wieża widokowa o tej porze roku i dnia jest zamknięta. Mierzy 70 m, natomiast taras widokowy znajduje się na wysokości 26,5 m. Widok – robi wrażenie.

Z uśmiechami pokonywaliśmy kolejne kilometry. Do grona naszych kibiców dołączyły czaple, które latając nad naszymi głowami dodawały uroku całemu wypadowi. Nie spieszyło nam się nigdzie, limity nas nie goniły. Nie mieliśmy żadnych ram czasowych. Co jakiś czas peleton zatrzymywał się by poczekać na tych, co z tyłu delektowali się okolicznościami przyrody, fundując sobie przy tym niesamowity relaks dla głowy. Był tylko cel – szlak od a do z. Realizując przy tym nieoficjalną koronę pomorskich szlaków PTTK na biegowo.

Wraz z rosnącym dystansem odłączały się kolejne osoby. W okolicach 20 km wybiegliśmy naprzeciw przygotowującym się do 3. Gdańsk Maraton w ramach przygotowań Biegaj z Głową. Przybiliśmy piątki podążając za oznaczeniami. Niecałe 3 km dalej zagadali nas rowerzyści pytając się o trasę. Uznali – dla nich żółty jest najtrudniejszym szlakiem, patrząc z perspektywy rowerowej. Spytałam się czy byli na zielonym, chyba zawsze dla mnie to będzie numer jeden w skali trudności.

Gdzieniegdzie potaplaliśmy się chwilę w błotku na odcinkach, ale wciąż z uśmiechami parliśmy do przodu. Czasem żartując, kto tu tę górę przed nami postawił. Na jednym z podejść obejrzeliśmy sobie krótki filmik techniki zbiegania – pływania. Pewnie, gdyby było więcej trawy, panowie skusiliby się przetestować.

Po 33 km zameldowaliśmy się w pobliskim supermarkecie by uzupełnić płyny. Zrobiło się tylko nieco chłodniej, słońce schowało się za chmurami. Oczywiście na koniec, nie mogliśmy sobie odmówić zahaczenia o Górę Gradową. Cel osiągnięty. Nie czekał na nas medal, nawet jedzenie, ale towarzyszyła radość z prostoty, pasji. chęci pokonywania samego siebie. Przemierzyliśmy ok. 46,6 km z sumą przewyższeń 1079. I już wiem, jeszcze tam wrócę, i to nie raz. Dla niektórych był to najdłuższy pokonany dotąd dystans. Dla Marcina przemierzenie szlaku w całości po 34 latach. Pewnie nigdy by się nie spodziewał, że kiedyś nie tylko pokona go na raz, ale jeszcze zrobi to biegiem. Dziękuję wszystkim za towarzystwo i przybijane piątki.

Czas planować kolejne szlaki.

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *