„Nigdy nie zostawiamy swoich” – II KRS Formoza Ultramaraton

Miesiące przygotowań w miarę możliwości czasowych, długie wyczekiwanie, stres przedstartowy, opanowana logistyka… i nieprzewidziana przeszkoda. Tylko dlaczego uśmiech nie schodzi mi dziś z twarzy? Mimo pechowych zdarzeń weekend przyniósł także ogrom tych pozytywnych. Życie uczy, wkurzasz się chwilę na los, ale ostatecznie masz kolejny powód do śmiechu. Choć może i tu jedna zasada – nigdy się nie śmiej ze swojego numeru startowego.

Start zaplanowany niemal od zeszłego roku. Co prawda przez moment miałam prawdziwie kobiecy dylemat – start w Ekstremalnym Rajdzie na Orientację Harpagan czy może Ultramaraton KRS Formoza? O tej drugiej myślałam już  w roku ubiegłym. Niestety wtedy kolidowało to z Rzeźnikiem Ultra. Miałam okazję startować/ chować się za obiektywem na innych imprezach organizowanych przez Stowarzyszenie Żołnierzy KRS Formoza, jak Bieg Morskiego Komandosa. Po rozmowach z uczestnikami ubiegłorocznej edycji wiedziałam, warto. Lubię klimaty wojskowe, pewnie dlatego i takie imprezy jak ta czy też Bieg Przemytnika z trasą po poligonie wojskowym niezwykle przypadły mi do gustu. Harpagana zostawiłam na jesień.

Informują o imprezie na łamach Biegowego Świata, udało się zachęcić kilka osób do startu, toteż znajomych miało nie zabraknąć. Z najdłuższym dystansem mierzyć planował się jeszcze m.in. Witek Noga i Andrzej Jarmołowski. Zgodnie uznaliśmy, obowiązuje tu niezła promocja. Skoro wszystkie dystanse są w tej samej cenie, to za najdłuższy przelicznik był ok. 50 gr/km. Szkoda było nie skorzystać, w końcu taniej niż taksówka. Co prawda niektórzy uznali to za „kompletną nieodpowiedzialność”. Już tyle „nieodpowiedzialnych rzeczy” w tym roku zrobiliśmy, gdyby patrzeć przez ten pryzmat, choćby realizacja nieoficjalnej korony szlaków pomorskich PTTK na biegowo, większość po nocy, a patrząc przez pryzmat styczniowego pokonywania Szlaku Skarszewskiego, to cud, że wszyscy wrócili cało, a było tego więcej… Jak kiedyś wspominałam – bez wyzwań, pogoni za marzeniami, może i bezpieczniej, ale nijako.

Zameldowaliśmy się w Przywidzu w sobotni poranek. Sprawnie odebraliśmy numery startowe. Mi przypadł, no właśnie – 112. Tak, skojarzenie było od razu i odrobinę się z tego pośmialiśmy. Już wiem, w przyszłym roku – poproszę o inny. Powiedziałam – wracam. Następnym razem tanio skory nie oddam. Czułam lekki żal, że nie pognałam w dalszą drogę, ale…

Rozdysponowaliśmy rzeczy na przepaki i wyczekiwaliśmy startu. Byłam wypoczęta, dobrze się czułam. Jak nigdy przed pilnowałam ilości snu. I w sumie uznałam – jestem w stanie to zrobić. Wystartowaliśmy punkt 12. Czołówka narzucała tempo. Starałam się trzymać swoje. Nogi zapodawały. Początek ścieżki po kocich łbach, lekko pod górę. Potem mieszanka ścieżek polnych, leśnych. Kilometry mijały z niezwykłą lekkością i szybko. Psychicznie wmówiłam sobie: pierwsza pętla – to start maratonu, druga – maraton po ciężkim wysiłku, trzecia – maraton po ultra, a czwarta – to już tylko maraton został. Głowa zaakceptowała to z łatwością. Rządna przygód i wrażeń. Chodziło o to by nieco się zmasakrować w pięknych okolicznościach przyrody. Biegłam. Rozglądałam się na boki. Było tak jak lubię – swojsko, leśnie. No i w całym zabieganiu, miałam wreszcie czas dla siebie.

Punkty rozlokowane były w odległości ok. 12 km między sobą. Na pierwszym uzupełniłam tylko wodę. Dostałam ogrom wsparcia od wolontariuszy. I pognałam dalej. Zatracałam się w kilometrach. Czerpałam przyjemność, czując jestem w odpowiednim miejscu i czasie. Wiedziałam, mam ogrom wsparcia Przyjaciół, a także ludzi, którzy mi kibicują, tak po prostu. W drodze do drugiego punktu dominował las. Jak w domu. Ścieżki bez ciężkich przewyższeń, choć byłam świadoma, przy 3/4 pętli i małe górki będą niczym zdobywanie prawdziwych szczytów. Minął mnie Andrzej wspominając – słońce lekko daje popalić. Mimo wietrznego dnia w lesie wszytko ucichało. Jeszcze z górki, po płytach i wzdłuż brzegu małego jeziora. Pięknie tu – pomyślałam sobie. Niemal naokoło. Potem wioska, bruk i ścieżką pod górę – w okolicach 32 km. To chyba najbardziej wymagająca droga pod górę. Zaraz ścieżki przez łąki i zbieg ze stoku narciarskiego. Suunto poinformował  – zbliżasz się do mety. Nie zgadzał się tylko kilometraż. Szybkie uzupełnienie żeli z przepaka, który zostawiłam w okolicach 36 km (tuż obok mety) i dalej w drogę. Ku zaskoczeniu przez podmokły teren. Pod mostem – przez rzeczkę, by ominąć wybiegania na drogi. Prawdziwy klimat Formozy i wcale mnie to nie zdziwiło, w końcu wiele różnych atrakcji czeka zawsze na Biegu Morskiego Komandosa. Na koniec odcinek określany mianem przez niektórych – niekończąca się opowieść. 8 km wokół jeziora, którego końca nie widać. Prawdziwy test psychiczny. Udało się go przetrwać bez większych trudności. Na metę. Czas poniżej 5:30 zadowalał w pełni. Wszystko szło zgodnie z planem. Uzupełnienie wody, kilka chrupek w garść i na drugą pętlę. Szło lekko, ale bez szarżowania. Z szacunkiem do każdego kilometra – jak mawiał Andrzej. Trasę już zdążyłam spamiętać. Zresztą oznaczenia były dobre. Nie były to taśmy w ogromnych ilościach. Znaleźć można było za to tabliczki ze strzałkami w newralgicznych miejscach. Ogrom czasu spędzam na szlakach, jestem przyzwyczajona do takich oznaczeń.

Powtórka z rozrywki. Tylko wieczór się zbliżał. Chłód, a przez moment rozpadał się grad. Uśmiechnęłam się. Normalnie to być nie może. Tak zwyczajnie, byłam szczęśliwa. Do czasu. Wioska, bruk, i pojawiający znikąd przybłęda – kundel. Lubię zwierzęta, ale chyba nie luźno biegające po wioskach psy. Zmora niektórych rajdów na orientację. Zbliżał się w moją stronę. To był odruch, skok w bok. Tyle, że kocie łby nie pozwoliły na dostateczne utrzymanie równowagi. Poleciałam na bok. Jako pierwsza uderzyła ręka, potem biodro. Przeklnęłam, gdy przeszył mnie ból. Usiadłam nie zważając na psa. Zebrałam się w sobie szybko, już kiedyś usłyszałam, mam dużą odporność na ból. Zaczęłam iść przeklinając cały świat. Gdy zaczęłam mieć trudności ze zgięciem palców, spojrzałam na rękę. To nie wyglądało dobrze. Celem stało się dotarcie w okolice punktu na 36 km pętli, dla mnie to już w okolicach 80 km . Co robić dalej? – pytałam samą siebie. Intuicja kazała odpuścić. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodła…

Przez moment przy punkcie toczyłam wewnętrzną wojnę. W końcu uległam. Weszłam do knajpy, która zamieniła się w bazę w tym czasie, powiedziałam kończę. Paradoksalnie nie zmęczyłam się. Pokazałam tylko rękę. Wezwano medyka. Schłodził i założył bandaż. Usztywniona bolała jakby mniej. Pojawił się mętlik. Walczyć? Ręka to nie noga, można biec. Tyle, że trzeba umieć ocenić ryzyko i wartość. Chyba za dobrze znam walkę o powrót do zdrowia, minęły od niej niespełna 3 lata. Momentu w życiu, w którym miałam zakończyć biegową przygodę. Jestem uparta, to mnie tylko zmotywowało. Od tej pory i tak udało się wiele rzeczy. Tak naprawdę nie ma w życiu rzeczy niemożliwych, są tylko chwilowo niewykonalne – jak mawiają. Nie potrzebowałam statusu bohatera czy męczennika. Chciałam przygody, ale w zdrowiu, choć wiem w życiu i tak dostatecznie często ryzykuję. Najwidoczniej to musi poczekać. Nie wylewałam żalu jak zdarzyło się to po Biegu 7 Dolin. Zaśmiałam się tylko, limit pecha wyczerpany, zatem teraz musi być już tylko lepiej. Nie wiem skąd było we mnie tyle optymizmu mimo wszystko. Może to, ta sytuacja, ta impreza, nie tylko nie zniechęciła, ale wręcz zachęciła do życia na szlakach. Miłości do wyzwań nie oszukasz. Zrobiłam też szybką kalkulację majowych projektów. Muszę być sprawna, muszę być zdrowa. Poza tym bałam się, skoro pojawiła się jakaś opuchlizna, to organizm miał z czym walczyć. Niekoniecznie miałby to być dystans. Na pytanie organizatorów o numer startowy, dodałam tylko – stosowny do sytuacji – 112.

Noc spędziłam w drewnianej knajpie, miejscu przepaku. Muszę też przyznać, z niezwykłą troską organizatorów. Czekałam do porannego startu kolejnych osób z ekipy. Zresztą nie wyobrażałam sobie powrotu. I co? Fotel? Gdy inni się męczą? Nie. Mottem Formozy jest – „Nigdy nie zostawiamy swoich”. To trochę jak u mnie, wyczekiwanie Przyjaciół i znajomych na mecie też dostarcza ogromu wrażeń. Skoro mi się nie udało, to przecież mogę się cieszyć z tymi, którym się udało. System rozwalił zwłaszcza Witek Noga, w swoim drugim starcie w biegu ultra bez mapy zajął 2 miejsce. Pokonując 100 mil morskich w czasie 21:55:07. Wracamy za rok, wiem też z deklaracji, na starcie będzie jeszcze więcej znajomych twarzy. Po biegu ogrom pozytywnych maili i wiadomości utwierdził mnie, oparcie w Przyjaciołach mam zawsze. Najpiękniejsze były te – „zdrowiej, potrzeba Cię na szlaku”. Czas zatem dalej realizować projekt nieoficjalnej korony Szlaków Pomorskich PTTK, bo jestem jakby nieco niewybiegana 😉

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *