Szlak Wejherowski – ok. 55 km nocnych wrażeń

Piątkowe popołudnie, zamiast odpoczywać po tygodniu znów pozostało pakowania niezbędnego ekwipunku do drogi. Celem był Szlak Wejherowski – ok. 55 km. Od słowa do słowa, a grono chętnych wzrastało. Tym razem nie mogłam postawić na standardowe zaopatrzenie. Widok Coli wywoływał odruch wymiotny, a i na jedzenie nie mogłam już patrzeć. Uświadomiłam sobie, na szlakach spędziłam ostatnio przesadnie wiele czasu. Ok. 30 minutowa drzemka też mocno rozleniwiła. Znalazłabym tysiące powodów by zostać pod ciepłym kocem, tyle, że w tym aspekcie nie dogadałabym się sama ze sobą.

Godzinę później byliśmy już w SKMce. W liczbie 11 osób, w tym Marta na rowerze. Zapowiadało to wesołą wycieczkę. Nikomu nie przeszkadzało, że biegniemy w nocy. Wręcz przeciwnie. Dla niektórych weekend zapowiadał się pracowicie, czekały dzieci do odprowadzenia na zajęcia, czy też uroczystość komunijna. Do rana przecież zamierzaliśmy wrócić. Szacunkowo koło 5-6 rano, u niektórych pozostali domownicy powinni jeszcze spać. Być może brzmi to dla niektórych abstrakcyjnie. Tak jak i cała nasza rozmowa w drodze. Pasażerowie przyglądali nam się dziwnie. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Zapewne spoglądając na zegarek, a było już po 21, myśleli tylko o odpoczynku. Po rozleniwiającej drzemce sama miałam takie myśli. Tymczasem przygoda czekała.

W Wejherowie zameldowaliśmy się po 22. Przerwa na przebranie się, toaletę trochę się wydłużyła. Mimo, późniejszej godziny startu niż na poprzednich szlakach, tu życie tętniło. Nie to co na Szlaku Kartuskim czy Skarszewskim. Ludzie przechadzali się po ulicach, a nawet nam kibicowali. Wzbudziliśmy małe zainteresowanie. Mimo czasem, stanu pod wpływem, byli dla nas bardzo gościnni.
– Dokąd biegniecie? – zapytał jeden z przechodniów.
– Do Gdańska – odpowiedzieliśmy, zdając sobie sprawę, że jaka by to odpowiedź nie była i tak brzmiałaby zabawnie.

Od początku oznaczenie szlaku jest bardzo dobre. Odcinek po mieście. Panowie jakoś często zauważali sklep monopolowy, a za chwilę już do lasu. Noc zapowiadała się niezwykle przyjemna. Ciepła. Jeszcze sprzed kilku dni prognozowane deszcze pozostały tylko przypuszczeniami. Nawet księżyc jakoś mocno świecił. Biegliśmy, miejscami skacząc przez błoto. Przy leśnej ścieżce minęliśmy samochód, nie chcąc przeszkadzać jakby odrobinę przyspieszyliśmy. Nie spieszyliśmy się nigdzie, toteż tempo nie było wygórowane.

Po lekko ponad 9 km dotarliśmy w rejony Jeziora Wyspowo. Ktoś spędzał tu chyba majówkę rozstawiając swój namiot. Ścieżka zrobiła się wąska i błotnista. Miejscami wymagający dania większego susa. Mimo panującego mroku mówiłam – pięknie tu jest, pewnie jeszcze piękniej jest za dnia. Blask księżyca odbijał się w tafli jeziora.

Nieco dalej widok samochodu, który jechał ulicą prostopadłą do nas i zatrzymał się kilka metrów dalej wzbudził ciekawość. Co o tej porze tu robił? I dlaczego się zatrzymał? Z lekkim niepokojem biegliśmy dalej. Kolejne samochody odjeżdżały. Wreszcie w oddali ujrzeliśmy ognisko. Marcin z naszej ekip już był w pobliżu, pognał szybciej. Uczestnicy biesiady przestraszyli się nas myśląc, że jesteśmy jakąś służbą. Uciekli w popłochu.

Kolejne kilometr to droga wzdłuż jezior. Zaczęliśmy nawet żartować, że ktoś chyba przed nami biegnie i maluje szlaki, a my po prostu kręcimy się w kółko. W obrębie około 8 km mija się: jezioro Borowo, Pałsznik, Rąbówka, Bieszkowickie i Zawiat. Nocną porą wszystko wygląda do siebie podobnie. Jeszcze bardziej nabrałam ochoty by wrócić tu kiedyś za dnia. Do celu zostało lekko ponad 30 km, wydawało się to być blisko. Zresztą, szlak jest o tyle problemowy nocą, że gdzieś po drodze bez wsparcia kogoś zmotoryzowanego trudno byłoby dotrzeć do domu.  To chyba najbardziej wszystkich motywowało. Nie ma gdzie zejść = trzeba biec. Cieszyłam się z towarzystwa. Nie było żadnych pakietów startowych, punktów odżywczych czy medali. Jedzenie trzeba było zabrać ze sobą i całą drogę dźwigać na plecach z nadzieją, uzupełnić można będzie na mecie. Wszyscy mieli jeden cel, nieco się zmęczyć i mieć co wspominać. W końcu wspomnienia to najlepsza pamiątka każdych zmagań. Nawet jeśli w tym co robiliśmy nie było żadnej poprawności. Andrzej, który mógłby uznać za naszego biegowego filozofa tylko wspomniał – jak już wpadniesz w takie towarzystwo, to już trudno z niego wyjść. Jak zaczniesz się szwędać nocami po lesie, to nie przestaniesz. Choć chyba najbardziej lubię słowa Andrzeja przed każdym ultra – zacząć spokojnie, z szacunkiem do każdego kilometra.

Dobiegliśmy do cywilizacji. Być może mieszkańcy uodpornieni są na hałasy. Wydawało się jakbyśmy zbudzili połowę psów na wiosce, które mocno ujadały. Chyba został mi jeszcze mały uraz po zmaganiach na Formozie, choć w lekkiej niepewności byli wszyscy. Dziewczyny to nawet sobie gazy kupiły. W drodze prowadzącej jakby przez czyjeś gospodarstwo, czworonóg skakał tak mocno, mimo przypięcia na łańcuchu, że zaczęliśmy się obawiać, zaraz się zerwie z uwięzi. Przy spotkaniu z biegającym luzem psem, trzymaliśmy się razem, a chłopaki wzięli w ręce kamienie by w razie co odwrócić jego uwagę. Mimo zamiłowania do zwierząt, chyba psów na wioskach nie polubię.

W okolicach 36,5 km minęliśmy Leśny Ogród Botaniczny, miejsce jak się okazało, które co niektórzy chcieli zobaczyć do dawna. Piotr dał znać, że z Martą z uwagi na rower wybiorą prostą drogę. Nas miały czekać górki. Faktycznie w lesie nagle „wyrosły” nam drewniane schody. Był kolejny powód do śmiechu. Na dodatek wchodziło się na górę, tylko po to by kawałek dalej zbiec z kolejnych schodów. Do celu mieliśmy coraz bliżej, a rozmowy dalej nie ucichały. Nie brakło też atrakcji. Przy szerokiej leśnej drodze szlak odbijał w chaszcze – dosłownie. Prawdziwie dziki teren pod górę. Na szczycie widok na leśne wzniesienia niczym z gór. Ptaki rozpoczynały swój koncert.

Wreszcie dotarliśmy w rejony zamieszkałe. W nogach było już ok. 50 km. Panowie zauważyli piekarnię. Nie było co liczyć na otwartą. Dziewczyny poznały znajome tereny biegu TUT- Trójmiejski Ultra Track. Wspominając przechodzenie pod wiaduktem. Co prawda nie wszyscy byli w stanie uwierzyć, że trasa faktycznie tamtędy przebiega. Andrzej w oddali wypatrzył toitoi. Ucieszony postanowił z niego skorzystać. Akurat obok wyszedł Pan. – Kolega tylko skorzysta – wspomnieliśmy do niego.
– Doceniaj każdy toitoi na trasie – zaczął Andrzej – nigdy nie wiesz kiedy będzie kolejny. Uśmiechnęliśmy się.

Na koniec czekały najbardziej krajobrazowe bajkowe tereny. Być może dlatego, że było już jasno. Skok po kamieniach przez rzeczkę. Dla szukających alternatywnych tras – przeprawa po drzewach. Co prawda też bardzo mocno zaminowane końskimi odchodami. Było ich naprawdę dużo. Problem wydaje się być uciążliwi, w drzewach wisiały kartki – „sprzątnijcie końskie kupy”.

Końcowe kilometry mijały na podziwianiu krajobrazu. Dla mnie przy lekkim czuwaniu i łapaniu zasięgu telefonem. Zmagania rozpoczynała bowiem ekipa Breaking2 próbując złamać 2 godziny na dystansie maratońskim.

Na „mecie” Suunto pokazało ponad 55 km, panowie usiedli sobie na ławeczce spoglądając na monopolowy. Na ich niepocieszenie trzeba się było szybko zbierać,  SKMka na nas by nie poczekała. Było coś po 6 rano. W komunikacji Pan Spytał się czy jedziemy biegać. Właśnie wracamy – odpowiedzieliśmy. Tym razem tak źle nie wyglądaliśmy. Gdy przypomniałam sobie ubiegłotygodniową wycieczkę odcinkiem Szlakiem Kartuskim, gdy do PKMki wsiadałam z Asią mając buty całe w błocie, trzęsącymi się rękami z zimna wyciągałam kilka złotych by kupić bilet, wyglądem przypominałyśmy raczej zagubione, chciało mi się śmiać.

Na koniec padło jedno pytanie – kiedy następny? Będzie, w końcu plan jest prosty – obiegać wszystkie główne szlaki na Pomorzu. Jasne, nie ma w tym nic poprawnego z typowego treningu, chcę przygody, tego ostatnio szukam w bieganiu. Szlaki mi w pełni tego dostarczają.

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *