Enea 5150 Warsaw Triathlon – olimpijka Rafała Obłuskiego

Kierunek Warszawa. Do stolicy wyruszyliśmy z Gdańska wraz z Marcinem w sobotę ok. godziny 10. Droga minęła szybko i po kilku godzinach dotarliśmy na miejsce, a w zasadzie do pierwszego etapu naszego wypadu czyli na Plac Teatralny.

Właśnie tam umiejscowione były biuro zawodów (gdzie odebraliśmy pakiety startowe) oraz strefa T2. Zawody te były bowiem zorganizowane z dwiema strefami zmian. T1 nad Zalewem Zegrzyńskim, gdzie po pływaniu przesiadaliśmy się na rowery oraz T2 właśnie na Placu Teatralnym, gdzie kończył się etap kolarski i zaczynał biegowy. Tu również ulokowano metę i strefę finishera. Osobne strefy zmian wymuszają na organizatorach system nazwijmy go „workowy”. Szanując czas zostawiliśmy więc worek w strefie T2. Znalazły się w nim (w moim przypadku) buty biegowe oraz czapeczka. Chwilę po tym udaliśmy się w kierunku Zalewu Zegrzyńskiego. W T1 musieliśmy wstawić rowery, obowiązkowo w sobotę czyli w przeddzień zawodów, bo tego wymagał regulamin. Przy wejściu do strefy jeszcze obowiązkowa fotografia z przyklejonym numerem i w kasku oraz kontrola ogólna stanu technicznego roweru. Odwiesiliśmy sprzęt na stojakach i przykryliśmy go czule foliowymi pokrowcami, bo prognozowany był deszcz. Obyło się bez niego ale nad Warszawą przechodził wyraźnie jakiś front atmosferyczny. Silny wiatr rozhuśtał zalew, który pokrył się falą. Zniosło nawet boje czekające już na zawody. Jedna myśl – oby tak wietrznie nie było jutro…

Rowery ustawione. Buty rowerowe, kask, skarpetki i okulary powędrowały do worków. Odwiesiliśmy je na specjalne do tego celu ponumerowane stojaki. Ponownie udaliśmy się w stronę miasta. Z dworca centralnego odebraliśmy Aldonę, żonę Marcina, która miała wystartować w tych samych zawodach wraz z koleżankami w sztafecie.

Później zrobiliśmy zakupy na śniadanie oraz na wieczorne kibicowanie naszej drużynie narodowej. Tak się złożyło, że w sobotni wieczór biało-czerwoni grali swoje kolejne spotkanie w ramach eliminacji do MŚ w piłce nożnej. Ale bez obaw. Zaopatrzenie kibica było tym razem ze zrozumiałych względów subtelne 🙂 Zapakowaliśmy nasze sprawunki do samochodu i udaliśmy się na przedstartową kolację. Nasze prywatne pasta party obyło się bez pasty ale królowała kuchnia włoska. U „włocha” pogaduchy, żarty i miłe spotkanie ze znajomymi, również startującymi w niedzielę. Przyszedł czas na powrót na kwaterę, żeby obejrzeć mecz. Nasi kopacze sprawili, że w dobrych nastrojach kładliśmy się spać. Wygrali 3:1 z Rumunią.

Rano pobudka o 5. Przedstartowy rytuał czyli kawa, śniadanie, toaleta. Do zabrania były jeszcze pianka, strój startowy, bidony do roweru. Zdecydowaliśmy się na jazdę pierwszym autobusem. Były one podstawione przez organizatorów w okolicy strefy finishera i miały nas dowieźć na miejsce startu. Jak się okazało, wczesna pobudka opłaciła się. Będąc już na miejscu w Nieporęcie, słyszeliśmy od wielu zawodników, że zorganizowana komunikacja dla uczestników skończyła się dość szybko. Wielu ze startujących dojeżdżało taksówkami, podobno na koszt organizatora. Niepotrzebne zamieszanie.

Na miejscu w T1 sprawdziliśmy rowery, zerknęliśmy na wodę. Mieliśmy jeszcze sporo czasu. Osobiście wolę taką wersję niż przybycie na ostatnią chwilę i działanie w pełnym stresie przed startem. Mała przebieżka, rozciąganie i „wbiliśmy” się w pianki. Rozpływanie. Sprawdziliśmy też jak wygląda wejście do wody. Okazało się, że dobre 100 m trzeba iść / przebiec, żeby dotrzeć do głębokości umożliwiającej pływanie. Nie było tak wietrznie jak w przeddzień więc i fala mniejsza.

Ciekawie rozwiązano sam start. Do wody zawodnicy byli wpuszczani wg. zasady rolling start. Co kilka sekund, na sygnał gwizdka, 8 zawodników ruszało do wody. Zadziałało bardzo fajnie. Nie było gęsto. Nie było „pralki”. Po nawrocie fala jakby trochę się nasilała a od połowy dystansu zaczęło mi się tradycyjnie nudzić. Nic dziwnego, przecież to 1500 m w wodzie. No ale dopłynąć trzeba 🙂 W końcu ostatnia boja i kierunek brzeg. Mijając punkt pomiaru czasu zerknąłem na zegarek. 35 minut… Oj, bardzo słabo. Później dość długi dobieg do strefy zmian. Złapałem swój worek z rzeczami potrzebnymi na etap rowerowy. Na szczęście był na swoim miejscu. Rok temu w Poznaniu ktoś zabrał koledze jego worek z rzeczami do biegania, wtedy zawody skończyły się dla niego przedwcześnie…

Trochę szarpałem się z pianką. W końcu udało się przebrać i za tzw. belką wyznaczającą początek odcinka kolarskiego wsiadłem na rower i ruszyłem w kierunku Warszawy. Trasa okazała się dość płaska, co jednak nie oznacza, że obyło się bez podjazdów. Nie tak stromych jak w Gniewinie ale jednak. W połączeniu z podmuchami wiatru, szczególnie na wiaduktach, dawało się to mocno odczuć. Prędkość spadała dość wyraźnie. Później, już na Nabrzeżu Gdańskim udało się trochę nadrobić ale czas i tak niepowalający. 40 km w 1:21 czyli znowu bez przekroczenia średniej prędkości (magicznych dla mnie) 30 km/h.

Na Placu Teatralnym odstawiłem rower, złapałem worek w T2. Tym razem przebieranie poszło sprawniej. Zmiana butów, zmiana kasku na czapeczkę i w drogę.  Przede mną ostatni, 10 kilometrowy odcinek zawodów. Tym razem do pokonania były dwie pętle po 5 km. Trasa dla mnie zupełnie nowa więc pierwsza pętla na rozpoznanie. Była też mocno urozmaicona. W górę, w dół, kostka, kamień, beton, asfalt, kilka nawrotów. Ciężka i ciekawa. Najcięższy odcinek to bez wątpienia ulica Karowa, z jej zbiegiem i podbiegiem a wszystko to po granitowej kostce. Czułem to w nogach i piętach jeszcze przez 3 dni. Końcówka biegu to walka o cenne sekundy. Niestety, na moim zegarku poprzyciskałem nie te guziki co trzeba i nie mogłem kontrolować wszystkiego na bieżąco. Na ostatnich metrach wyprzedziłem jeszcze Bożenę (zwyciężczynię swojej kategorii wiekowej), która nie była z tego zbyt zadowolona. I nie dziwię się. Nigdy tego nie robię bo wygląda to dość komicznie gdy na ostatnich metrach biegniesz sprintem.  Ale w ferworze walki o złamanie 3 godzin chciałem powalczyć o cenne dla mnie sekundy. Jak się miało za chwilę okazać, mój zryw na finiszu niczego nie dał. SMS od organizatorów rozwiał wszystkie wątpliwości, 3:00:10.

Dużo radośniejsze wieści mieli Tri Dybuki. Marcin poprawił się na tej samej trasie w porównaniu z zeszłoroczną edycją o 13 minut. Natomiast największą niespodziankę zaserwowała nam Aldona, która jak wspominałem startowała z koleżankami w sztafecie. Dziewczyny wywalczyły trzecie miejsce i stanęły na podium. Brawo.

Podsumowując samą imprezę to mam trochę mieszane uczucia. Niby wszystko zadziałało. Była dobrze wyznaczona i zabezpieczona trasa, wspaniali jak zawsze wolontariusze, była koszulka okolicznościowa i piękny medal. Może niepotrzebnie miałem wygórowane wyobrażenie o imprezie „na licencji Ironman-a” Nie tyle oczekiwałem czegoś więcej, co myślałem, że jakimś drobiazgiem mnie zaskoczy. Tym czasem była to po prostu  dobrze zorganizowana impreza triathlonowa, bardzo liczna (ok. 1000 startujących), z trudnym logistycznie (trudniejszym dla zawodników niż organizatorów) systemem dwóch stref zmian i systemem workowym. Rozczarowany byłem również ilością kibiców na trasie. Owszem, na części biegowej było sporo dopingujących. Jednak najczęściej wyglądali na rodziny startujących lub sympatyków grup biorących udział w zawodach, którzy razem przybyli do Warszawy. Reszta wyglądała na przypadkowych spacerowiczów. Do tego wpadka z transportem zawodników na start i strefa finishera tylko dla startujących a zamknięta dla rodzin i dzieci. Mogli sobie pogratulować przez kraty ogrodzenia 😉 Po zawodach preferuję jednak rodzinną i piknikową wersję a la Gniewino, Starogard czy jeszcze kilka innych, mniejszych imprez, w których brałem udział. No ale dla najlepszych była to bez wątpienia cenna impreza. Zwycięzcy PRO open otrzymywali 1500 $ Na drugim biegunie nagrody w sztafetach: jedna (!) statuetka na 3 osoby i pompka dla każdego 😉

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować Agacie Masiulaniec i Marcinowi Dybukowi, którzy pomogli mi wystartować w tej imprezie .

Enea 5150 Warsaw Triathlon (dystans olimpijski 1,5 + 40 + 10) 11 czerwca 2017 r.
Pływanie 1500 m: 35:23 (671)
Rower 40 km: 1:21:35 (775)
Bieg 10 km: 55:39
Całe zawody: 3:00:10 (701 na 1067 startujących) 32 w kategorii M50 – nie, nie ostatni 😀

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *