Sen nocy letniej na Szlaku Zagórskiej Strugi

Obudziłam się po 8 rano w sobotni poranek. Dziwnie wyspana. Chciałam powiedzieć – miałam niesamowity sen. Spojrzałam po pokoju. Zgnieciona folia NRC, czołówka rozłożona na papierze, sugerowały, coś się jednak wydarzyło. Ubłocone, przemoczone buty, odzież potwierdzały. Znów czekało porządne szorowanie ich, a buty przecież dopiero drugi raz miałam na sobie. Mimo to uśmiech nie schodził z twarzy.

W piątkowy wieczór spotkaliśmy się w SKMce. Za cel postawiliśmy sobie pokonanie całego szlaku Zagórskiej Strugi, kolejnego w ramach małego projektu nieoficjalnej korony Szlaków Pomorskich PTTK. Daty startów ustalamy na spontanie, to w końcu taki trochę projekt po godzinach. Upodobaliśmy sobie nocne bieganie, pozwala na więcej. Przy często pracowitych weekendach to najlepsza z opcji. No i z samego weekendu jak gdyby nigdy nic można korzystać dalej. Noce maja w sobie niesamowity klimat. Niesamowitą ciszę. Zachody słońca czy też wschody w drodze rekompensują wszystko.

Do naszej ekipy, niemal stałej wypraw: Asi, Beaty, Andrzeja i Marcina, dołączyli chłopaki z UltraKrew, którym wystarczyło tylko rzucić hasło – w piątek ruszamy, by zameldowali się na starcie. Mieliśmy prowizorkę planu, sprawdzone godziny odjazdów SKMKi powrotnej z Gdyni do Gdańska. W Gdyni-Wzgórze kończył się szlak. Wiedzieliśmy jednocześnie, trasa zweryfikuje wszystko, a i żadnych wyścigów nie urządzaliśmy. Być może dorośliśmy do tego etapu biegowego, w którym możliwość doświadczania i przeżywania naszych małych przygód, daje nam więcej niż ciągłe patrzenie na zegarek i kalkulowanie. Każdy ma swój cel i swoje drogi. Naszą na szlakach jest dotrwać do końca. Nie czekają żadne medale, punkty odżywcze, chyba, że znajdziemy otwarty sklep. Zazwyczaj trzeba się jednak nastawić, wszystko pomieścić się musi w plecaku i starczyć na całą wyprawę.

Na starcie nie spieszyliśmy się. Była okazja na toaletę, ostatnie zakupy w sklepie. Było odrobinę pochmurnie, ale ciepło, właściwie duszno. Zapowiadało się gorzej, ledwie z 20 minut wcześniej zadzwoniła do mnie Siostra wspominając – „macie kurtki? Burza nadchodzi.” Zaśmialiśmy się z tego wówczas. Normalnie? To nie u nas. Atrakcje jakby zawsze są w naszym pakiecie.

Wspólne zdjęcie i w drogę. Początkowo szlak prowadzi w rejony Kalwarii Wejherowskiej. Można wręcz odnieść wrażenie – człowiek kręci się w kółko. Pod górę, mijając kolejne kapliczki, to w dół. Tu niegdyś rozgrywany był bieg po schodach. Imprezę zaprzestano, ale osoby, które już kilka lat siedzą w bieganiu, wciąż pamiętają. Jacek napomknął, chciał tu zawitać jeszcze w młodzieżowych czasach, musiał czekać tyle lat, by w końcu zobaczyć. Nigdy nie było po drodze, do teraz. Bieganie pozwala dotrzeć w tak wiele fantastycznych miejsc.

Wspomnieliśmy naszą obecność w Wejherowie nie tak dawno temu przemierzając Szlak Wejherowski. Wówczas mieszkańcy, już lekko pod wpływem, dopingowali nas na każdy kroku jakbyśmy brali udział w zawodach. Tym razem było spokojniej. Ok. 3 km dalej wbiegliśmy na festyn. Jedni właśnie unosili się nad ziemią w balonie, inni szykowali się do przedstawienie. Świętowali Noc Świętojańską. Okoliczny park był piękny, a my na chwilę przenieść moglibyśmy się w inny klimat. Idealne miejsce, idealny czas – rzuciła Asia, która od razu uruchomiła do pracy aparat.

Fot. Joanna Sztybor

Zagórska Struga dopiero odsłaniała nam przed sobą swoje niespodzianki. Pokazując – nie jest za bardzo lubiana przez spacerowiczów. Udeptaną ścieżkę zastąpiły zarośla. Pokrzywy sięgały niemal po szyję. Nie potrzeba było długo, by ich dotyk poczuły nogi i ręce. Nawet nie zamierzaliśmy szukać obejścia. Dzikie klimaty? Chyba lubimy je coraz bardziej. Ledwie niecały tydzień temu podobne drogi czekały nas na wycieczce trasą Ultramaraton Kaszubska Poniewierka.

Co jakiś czas występowały problemy nawigacyjne. Odznaczeń brakowało w wielu newralgicznych miejscach. Dobiegliśmy do cmentarza w Wejherowie – Śmiechowo. Skręt, ale po nim pytanie które lewo? To bardziej lewo? Czy to trochę mniej? Panowie postanowili biec wzdłuż płotu. Na odcinku 200 m nie było nic co by wskazywało tędy leci trasa. Marcin miał wgranego tracka, sugerował obejście. Wspólnie z Asią i Beatą uznałyśmy – wracamy do miejsca, gdzie biało-czarno-biały ślad widzieliśmy po raz ostatni. Wiele wypraw nauczyło, skróty czy gdybanie z zapamiętanej w głowie mapy, nigdy nie kończy się dobrze. Nie to, że nie lubię atrakcji. Czasem jednak tak mamy, my kobiety, intuicja podpowiada nam, by zrobić coś tak, a nie inaczej. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.

Miejscowe ścieżki, domki i unoszące się nad nimi leśne wzgórza wprawiały w iście górski klimat, by wreszcie zagłębić się w las. Wyjątkowo gęsty, a tym samym ciemny. Zaczynało się ściemniać. Ścieżki były przyjemne, wąskie prowadzone wysoczyzną. Rozglądaliśmy się na lewo i prawo mówiąc – jak tu pięknie.

Fot. Joanna Sztybor

Bywa, niektórzy się dziwią, jak można być tak zafascynowanym lasem? Jeszcze po zmroku? Gdy niemal wszystkie ścieżki wyglądają tak samo? Powiemy tylko, każda ścieżka jest inna. Może, zwyczajnie spędziliśmy w nim już tyle czasu, że widzimy więcej? Nie, nie wierzymy w elfy czy krasnoludki. Z bajek już wyrośliśmy, nie da się jednak zaprzeczyć klimat lasu bywa magiczny, pewnie dlatego tak często przewija się w baśniach i bajkach.

„Lasy są jak ludzie – pisał John Foster – i aby je poznać, należy z nimi przebywać. Z przypadkowych spacerów, gdy trzymamy się dobrze udeptanych ścieżek, nie narodzi się nigdy bliskość. Jeśli chcemy się zaprzyjaźnić z lasem, należy mu składać częste i pełne szacunku wizyty o różnych porach; o poranku, w południe i wieczorem, wiosną, latem, jesienią i zimą. W innym razie nie poznamy go, jak należy, a wszystkie próby udawania nie zrobią na nim wrażenia. Las ma swoje sposoby trzymania obcych na dystans i zamyka serce przed zwykłymi spacerowiczami. Nie ma sensu szukać więzi z lasem z innych pobudek, niż szczera miłość. Las to rozpozna i skryje przed nami wszystkie sekrety. Lecz jeśli okażemy mu uczucie, będzie życzliwy i obdarzy takimi skarbami piękna i radości, jakich nie da się kupić ani sprzedać na żadnym targowisku.”
~Lucy Maud Montgomery

Las gęstniał coraz bardziej. Zapadła decyzja, wyciągamy czołówki. Byliśmy w tych rejonach niedawno wracając z Nocnego Biegu Parami w Redzie, wtedy biegliśmy trochę na dziko, tzn. tylko miejscami zahaczając o odcinki czarnego szlaku, decyzja o to w którą ścieżkę skręcić podejmowana była wraz z pojawieniem się nowej drogi. O ten fragment szlaku jednak zahaczyliśmy. Wtedy też las tu wydawał się wyjątkowo ciemny. Po chwili wybiegliśmy na pole, zatrzymując się w zachwycie. Tak jakby za gęstym lasem czekała nas teleportacja w Beskidy. Zaśmialiśmy się, zrobimy zdjęcia i roześlemy z informacją – do rana jednak nie zdążymy, zabiegliśmy za daleko. Rozpościerająca się mgła nad lasem przypomniała o górach. Byliśmy wciąż niedaleko, w Zbychowie.

Zachwyceni krajobrazami zgodnie uznaliśmy, cokolwiek wydarzy się dalej, dlatego miejsca warto było tu dotrzeć. Znów z drobnymi problemami nawigacyjnymi dotarliśmy do Rumi. Tu odłączyła się od nas Asia. Postanowiliśmy skorzystać ze sklepu. Jeden okazał się już być zamknięty, skierowaliśmy się bliżej centrum, by po chwili wrócić na trasę. Zmianie ulegała pogoda. Mżawka zamieniała się w mocniejsze opady. Te w ulewy. Jakbyśmy prowadzili wyścigi, to powracaliśmy do łagodniejszych opadów, to znów byliśmy jak pod prysznicem. Odzież nie była w stanie już przyjmować tej ilości wody. Chłopaki z UltraKrew odbili do swych domów, został z nami Jacek. Dochodziła 1 w nocy. Beata zaczęła coś mówić o normalności, przecież nie ma to jak spędzać środek nocy w lesie schylając się pod gałęziami. Czy można tak bardzo lubić utrudnianie sobie życia? Wkroczyliśmy na łąki. Buty przesiąkły wodą. Ścieżki stawały się błotniste. Nagle usłyszeliśmy chlup. Jakby coś dużego i ciężkiego wskoczyło do wody. Jeszcze raz. Spojrzeliśmy, na szczęście to był tylko dzik. Deszcz po nas spływał, żadnej kropli więcej nie byliśmy w stanie przyjąć. Gorzej, gdy wybiegaliśmy na otwarte przestrzenie, a o swoim istnieniu przypominał wiatr. Przeszywając falą zimna. Była to zarazem największa motywacja by biec. Z każdym kilometrem byliśmy coraz bliżej celu. W Gdyni Witomino spojrzały na nas z zakamarka ślepia, to kot. Zdziwiliśmy się, co on robi w lesie? Czyżby te stworzenia też polubiły takie rejony? Przypomniałam sobie, odcinki tego szlaku już kiedyś robiliśmy. Pamiętałam te ścieżki i przebieg, choć obecnie trasa zmieniła się. Wtedy skakało się przez tory, pewnie wreszcie ze względów bezpieczeństwa ktoś to zmienił. Potwierdzały oznaczenia, widoczne na tym fragmencie, ale po prostu świeże. Nie wyblakłe, niemal niewidoczne jak wcześniej. Deszcz widząc, że nie dajemy się złamać też ustępował.

Dotarliśmy do Gdyni Wzgórze Św. Maksymiliana coś po 3:30 nad ranem, bez większych kryzysów. Choć zapewne każdy z nas jakieś małe miał, ale o nich nie mówiliśmy. 57 km w nogach, takie nasze własne ultra. Pozostało nam czekać niemal 20 minut na SKMke. Wyciągnęłam kurtkę, którą przez cały bieg miałam w plecaku. Trzymałam ją by chociaż coś suchego zarzucić na siebie na mecie. Wytrzymała ulewę schowana. W razie do rozważałam wykorzystanie foli NRC. Zmoczeni, ubłoceni weszliśmy do wagonu. Większość wracała właśnie z imprezy. Pewnie dziwnie wyglądaliśmy, a jeszcze dyskutowaliśmy o kolejnych naszych pomysłach, które być może brzmiały abstrakcyjnie jak biegowy projekt „wywózka”. Zaczynałam trząść się z zimna. Dojechaliśmy do Gdańska. Beata zaoferowała podwózkę, mimo, że do domu dzieliło mnie tylko z 1,5 km od peronu, skorzystałam. Wyciągnęłam folie, okrywając się nią. Po coś ją zawsze mam w plecaku, zażartowałam. Tylko jak wytłumaczyć tym ludziom pod blokiem, że to nie jest szata króla. I owszem, wracam z imprezy, ale takiej nieco innej. Uznałam, nie ma sensu z nimi dyskutować. W domu dokładny przegląd. Bilans, 2 nieproszonych gości kleszczy chciało się zaprzyjaźnić ze mną, na szczęście nie zdążyli za bardzo.

Jak to mówią – „kawał nikomu niepotrzebnej roboty”, ale jaki kawał przygody 🙂
Za nami:
Szlak Skarszewski – 81,8 km
Szlak Trójmiejski – 46 km
Szlak Kartuski – 66,9 km
Szlak Wejherowski – 54,6 km
Szlak Zagórskiej Strugi – 56,7 km
Kolejne etapy przed nami. 

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *