Trzeba wyrzucić z głowy słowo „niemożliwe” – Ania Stępień-Sporek

Anię Stępień-Sporek na biegach spotkacie niemal zawsze uśmiechniętą. Na co dzień matka dwóch córek, zawodowo radca prawny. W codziennym pędzie życia postanowiła znaleźć czas dla siebie. Zaczęła biegać. Nie przypuszczała, jak bieganie odmieni jej tryb życia i przyniesie ogrom radości.

Pamiętasz swoje początki biegania? Co było dla Ciebie motywacją?

Ania Stępień-Sporek: Przez 34 lata swojego życia nienawidziłam biegania. Kojarzyło mi się z kolką, zadyszką, kołataniem serca i ostatnią rzeczą, o jakiej jeszcze 4 lata temu pomyślałabym, to było to, że zacznę biegać. Ze sportem było mi zawsze nie po drodze. Dodatkowo już od trzeciego roku studiów dużo pracowałam, w międzyczasie doktorat, aplikacja, praca w kancelarii, na uczelni, pisanie publikacji, konferencje. Wtedy myślałam, że przecież nie dam rady niczego wcisnąć do mojego napiętego grafiku. Nawet pójście raz w tygodniu na siłownię wydało mi się niczym wyprawa na Mount Everest. Zmieniłam zdanie dopiero po tym, jak urodziła się moja druga córka. Po krótkim urlopie macierzyńskim szybko wróciłam do kancelarii i na uczelnię. Obowiązków przybyło, a ja w tzw. międzyczasie kończyłam pisanie książki i gdzieś w tym wszystkim nagle zdałam sobie sprawę, że nie mam nawet czasu pomyśleć o sobie, jak dalej ma to wszystko wyglądać.

Wtedy trochę może samolubnie podjęłam decyzję, że czas coś zrobić dla siebie. Wiedziałam jedno – nie chcę być przemęczoną mamą, żoną, która nie ma czasu, żeby zadbać o siebie i w gruncie rzeczy ma pretensje do całego świata, że nie tak wszystko się ułożyło. Trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje życie i zrobić coś, co wtedy oznaczało, że pójdę na siłownię. Nie za bardzo jednak potrafiłam się odnaleźć w tym miejscu i któregoś dnia stwierdziłam, że spróbuję pobiegać na bieżni mechanicznej. Zaczęłam w tempie niewiele szybszym od chodzenia, potem przeszłam w chodzenie i tak wiele razy. Po kilku takich próbach przebiegłam swój pierwszy kilometr – bez przestanku! Jaka byłam z siebie dumna – 1000 m biegu i o dziwo – bez zadyszki i kolki! Może jednak to bieganie może być dla mnie? Zaczęłam zwiększać dystans, ale cały czas na bieżni, na której nauczyłam się biegać w równym tempie i spokojnie oddychać. Potem usłyszałam historię Natalii – Trimamy i zobaczyłam na jej profilu na facebooku, że przebiegła 3 km w terenie i tak jak ja ma niemowlaka w domu. To dla mnie było wielkim osiągnięciem i motywacją, żeby wyjść wreszcie na dwór. Wyszłam i przebiegłam 3 km. Nie było tak komfortowo, jak na bieżni, ale czułam się jak prawdziwy mistrz. Skakałam z radości i opowiadałam wszystkim wokół, że cuda się zdarzają. Potem poznałam Natalię osobiście, uczestniczyłam w treningu organizowanym przez nią i namówiła mnie na start w pierwszych zawodach na 10 km. To był Bieg Europejski w maju 2014 roku. Mój oficjalny początek biegania.

Przed startem byłam przerażona, bo nigdy wcześniej nie przebiegłam w terenie takiego ogromnego dystansu. W ogóle to, o czym mówili biegacze – tempo ileś minut na kilometr, kadencja, endomondo, jakieś skomplikowane zegarki było dla mnie czarną magią. Kupiłam pierwsze buty, docelowo do biegania na bieżni, bo przecież z tymi zawodami to miał być jednorazowy wyskok, które wybrała mi Agata Masiulaniec – jeszcze nie widziałam, że potem los sprawi, że nie raz wspólnie potrenujemy i to w terenie. Chciałam czarne, żeby pasowały do wszystkich strojów, bo przecież nie będę kupowała kolejnej pary.

Nadszedł dzień startu. Mój mąż nie do końca wierzył, że mi się uda i ja też nie. Od razu spodobała mi się atmosfera zawodów, te emocje, wyczekiwanie od rana. Szybkie spotkanie przed biegiem z Natalią i ruszyłam. Pamiętam, że tłum mnie trochę przeraził, tempo w jakim biegnę również. Na podbiegu na Świętojańskiej myślałam, że umrę, że to już ostatni raz i nigdy więcej. Pod Urzędem Miejskim jak zobaczyłam zegar (wtedy jeszcze swojego zegarka nie miałam) pomyślała, że jednak jeśli czas będzie poniżej godziny, to może zaprzyjaźnię się z tym bieganiem i tą dziesiątkę powtórzę. Jaka byłam szczęśliwa, jak na mecie zobaczyłam moje córeczki i męża, dostałam medal, a zaraz potem przyszedł sms z czasem 58’58”. Po raz kolejny poczułam się wielkim zwycięzcą i uwierzyłam, że mogę być biegaczem.

Nie powiem nic odkrywczego, mówiąc, że bieganie w jakiś sposób uzależnia. Dla mnie to właśnie ten czas, którego mi kiedyś brakowało – na myślenie, zastanowienie się nad życiem, przeanalizowanie bieżących spraw. Bieganie to odskocznia od codzienności, od ciągłego pośpiechu, sposób na wybieganie zmartwień i wiem, że jak jestem zmęczona i nic mi się nie chce, jak założę buty i przebiegnę te kilka kilometrów, będę jak nowonarodzona, z nową energią, pomysłami i w lepszym humorze. Złe emocje lepiej wybiegać niż złościć się na najbliższych.

ania stepien-sporek
Fot. archiwum prywatne Anna Stępień-Sporek

Do biegania wciągnęłaś chyba całą rodzinę, mąż zaczął startować za Twoją namową?

Ania Stępień-Sporek: Obecnie biega cała rodzina. Męża nie musiałam specjalnie namawiać. Biegał już w liceum i na studiach. Potem miał przerwę, ale starał się chodzić na siłownię. Widząc moją radość i zaangażowanie Filip podjął decyzję o pierwszym starcie w zawodach. To był Bieg Piotra i Pawła w 2014 roku. Przebiegliśmy go razem i potem powtórzyliśmy ten bieg w 2016 roku. Moje ambicje biegowe zachęciły Filipa do spróbowania maratonu, który przebiegł w czasie 3 godz. 56 min. Byłam z niego bardzo dumna. Wprawdzie woli krótsze dystanse i jest bardziej dynamiczny ode mnie, ale stara się mnie rozumieć i wspierać, co jest szczególne istotne, że przy dwójce dzieci, intensywnej pracy zawodowej, treningach każdego z nas, śpiewaniu Filipa wymaga dosyć dobrej organizacji. Dla dziewczynek jest oczywistym, że tata idzie na siłownię, mama pobiegać i czasem pytają, dlaczego biegnę tylko 65 km, a nie 100 km. Są zaskoczone, że ktoś im nie wierzy, że mama przebiega 100 km jednego dnia. Chętnie uczestniczą w biegach dziecięcych i każda ma w swoim dorobku po kilka medali. Czteroletnia Zosia na placu zabaw podciąga się na drążku i wspina na górę, mówiąc, że szlifuje formę na Mont Blanc, budząc zaskoczenie innych rodziców. Chyba jednak nie jesteśmy typową rodziną.

Jako mama córek, zawodowo radca prawny, masz swój sprawdzony sposób na godzenie tego z treningami?

Ania Stępień-Sporek: Przede wszystkim trzeba wyrzucić z głowy słowo niemożliwe i wytłumaczenie, że nie dam rady. Istotne jest planowanie. Kiedy wiem, że będę pracowała do późna, wstaję na trening wcześniej rano lub odwrotnie – intensywny poranek, a więc trening dopiero, gdy dziewczynki są już w łóżkach. Weekendowe wybiegania – często po 30-40 km staram się robić zanim wstanie rodzina, bo dziewczynki uwielbiają, jak jemy wspólnie śniadanie. Z mężem dzielimy się wieloma obowiązkami, bo ważne jest dla mnie, aby on także miał poczucie tego, że może zrobić coś dla siebie.

Bieganie pomaga w moim zawodzie, bo najlepiej myśli się w ruchu. Często pomysł na poprowadzenie sprawy, czy na artykuł rodzi się w trakcie biegania. Czasem na tym wszystkim cierpi regeneracja, za mało śpię, a dodatkowo praktycznie nie oglądam telewizji i co jakiś czas mam zaległości filmowe. Ale te tzw. niedogodności nagradza mi satysfakcja z kolejnego udanego startu, biegania w pięknych miejscach i uśmiechu moich bliskich na mecie oraz tego, że dziewczynki są dumne ze swojej mamy.

Fot. archiwum prywatne Anna Stępień-Sporek

Powróćmy do biegów. Niedawno ukończyłam bieg ultra w Kuusamo. Jak trafiłaś na ten bieg?

Ania Stępień-Sporek: Zaraz po pierwszym maratonie w maju 2015 roku do moich rąk wpadła książka Scotta Jurka i zaczęłam czytać o tych – wówczas jeszcze dziwnych – biegach. Nie wierzyłam jeszcze, że pokonam dystans dłuższy niż maraton, ale z zapartym tchem czytałam relacje innych i chciałam się dowiedzieć, jak najwięcej. Na facebooku polubiłam wiele stron, jakie zakładane są przez organizatorów biegów ultra. W ten sposób pewnego dnia trafiłam na ultramaraton w Finlandii. Wcześniej nazwa Kuusamo kojarzyła mi się tylko ze skokami narciarskimi. Zobaczyłam film o imprezie, logo z niedźwiedziem i od razu zakochałam się w tych widokach, zwłaszcza w wiszących mostach i pomyślałam, że chcę tam pobiec. To było mniej więcej w połowie 2016 roku, jeszcze przed moim debiutem w Biegu 7 Dolin. Niedługo po nim dowiedziałam się o tym, że 4 października 2016 roku zostanie otworzona rejestracja o godz. 18. Tego dnia byłam sama z dziewczynkami, bo mąż miał próbę chóru. Postanowiłam, że zarejestruję się zaraz po tym, jak dziewczynki zasną. Zrobiło mi się bardzo smutno, gdy okazało się, że w zaledwie kilka minut po rozpoczęciu zapisów wszystkie miejsca na dystansie 80km były zajęte. Prawie się pogodziłam, że na te cudowne widoki przyjdzie mi jeszcze poczekać, gdy któregoś wieczoru pomyślałam, że może napiszę do organizatorów o tym, jak bardzo chcę pobiec i może coś jednak da się zrobić, żebym pobiegła. Po kilku dniach wielka radość. Dostałam mail, że zapraszają mnie na bieg.

Wrażenia z biegu?

Ania Stępień-Sporek: Sam bieg wyglądał w tym roku nieco inaczej niż w poprzednich latach. Zazwyczaj odbywał się już w wiosennej aurze. Tym razem był śnieg, temperatura w okolicach zera. Te warunki chyba najbardziej zaskoczyły uczestników i wpłynęły na tempo na poszczególnych odcinkach. Trasa była dosyć ciężka ze względu na dużą ilość błota, zaspy i oblodzenia na szczytach. Czas mijał mi bardzo szybko, zwłaszcza gdy zobaczyłam pierwszy wodospad, mosty nad rzekami i piękny las. Trochę żałowałam, że nie mogę zostać w tych miejscach na dłużej, obserwować tego bardziej uważnie. Tradycyjnie zwłaszcza na początku włączyła się chęć rywalizacji, którą nieco zmniejszył dosyć groźnie wyglądający wypadek, który na szczęście skończył się tylko siniakami i dwoma wybitymi palcami. Wprawdzie na metę wpadłam po 12 godz. 38 min., pokonując 85 km i 4900 m w górę/4778m w dół, z przemoczonymi nogami, ale bardzo zadowolona i z pomysłami na kolejne przygody biegowe.

Jak to się stało, że zaczęłaś przygodę z ultra?

Ania Stępień-Sporek: Z książki Scotta Jurka dowiedziałam się, że są biegi na dystansach większych niż maraton. Była dopiero po moim pierwszym maratonie i dłuższy dystans wydawał mi się abstrakcją. Kilku moich znajomych wspominało, że w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym odbywa się ultramaraton na dystansie 65 km. Pomyślałam, że skoro oni biegną, a biegają w podobnym tempie do mnie, może spróbuję i po dwóch miesiącach byłam na starcie Trójmiejskiego Ultra Track.

Jak patrzę na to teraz, muszę powiedzieć, że byłam kompletnie nieprzygotowana, bez długich wybiegań, ćwiczeń siłowych, nie mówiąc o technice, czy innych kwestiach. Moje przygotowania oprócz standardowego biegania po ok. 30-40 km tygodniowo (teraz wydaj mi się to bardzo mało), obejmowały zakup plecaka i zegarka. Na linii startu zdałam sobie sprawę, że nie wiem, jak rozłożyć siły, jakim biec tempem, czy dam radę tyle godzin być sama ze sobą, ale byłam pełna entuzjazmu i chyba moja głowa już była na mecie.

Bieg wystartował i od razu ujęła mnie przyjazna atmosfera. Biegacze ze sobą rozmawiali, żartowali i dzięki tej atmosferze, radom i wsparciu doświadczonych ultrasów, w tym przede wszystkim Agaty Smolak, dotarłam na metę. Jeszcze kilka dni nie mogłam uwierzyć, że to zrobiłam. Po takim biegu jakoś człowiek nabiera wiary w siebie, a jeszcze jak trafia to na moment w życiu, gdy potrzebujesz jakiejś odskoczni, nabrania dystansu do spraw, które mogą przytłaczać, to istnieje duże niebezpieczeństwo, że się w tym zakochasz. Tak chyba było u mnie.

Magdalena Kałas i Ania Stępień-Sporek Fot. archiwum Anna Stępień-Sporek

Zaczęłaś współpracę z Radkiem Dudyczem. Przygotowuje Cię do startów?

Ania Stępień-Sporek: Współpracę z Radkiem rozpoczęłam na początku marca 2017 roku. Trochę teraz żałuję, że tak późno, ale jak większość amatorów myślałam, że samo bieganie wystarczy, bo przecież pełno jest planów treningowych w internecie. W momencie, gdy biegasz po 400 km miesięcznie warto jednak, żeby ktoś spojrzał na to, jaką masz technikę, czasem skorygował Twoje plany, spojrzał na to wszystko z boku. Z jednej strony jest entuzjazm, euforia, chcesz biegać wszystko i wszędzie, z drugiej w tym wszystkim łatwo jest o przetrenowanie, kontuzje, czego efektem może być nawet zakończenie przygody z bieganiem.

Okazało się, że nad techniką muszę popracować, bo niestety długie biegi nie wpływają na nią pozytywnie. Poza tym pomyślałam, że poza bieganiem długim, chciałabym spróbować biegać szybko. Po tym krótkim okresie treningów, widzę pierwsze postępy (poprawione życiówki w półmaratonie i maratonie), cieszę się ze zdrowego rozsądku Radka, choć czasem najpierw marudzę, że sugerował odpuszczenie jakichś startów, ale wiem, że to dobre dla mnie. Teraz przygotowujemy się do mojego startu w UTMB na dystansie 102 km. Pamiętam, że jak czytałam o Mont Blanc u Scotta Jurka, myślałam, że tylko szaleńcy tego się podejmują i nie sądziłam, że kiedyś dołączę do ich grona. Życie lubi zaskakiwać, a człowiek często po prostu nie wie, jakie ma możliwości.

Komentarze

Komentarze

One thought on “Trzeba wyrzucić z głowy słowo „niemożliwe” – Ania Stępień-Sporek

  1. Gratuluję determinacji w dążeniu do celu / bardzo sympatyczny wywiad. Życzę dalszych ambitnych realizacji – „marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia „…..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *