Ultra przygoda na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich

– Biegniesz dalej? – usłyszałam tuż po wejściu w niezwykłym aplauzie publiczności do punktu do Kudowy-Zdrój. Przywitanie było niezwykle miłe.
– Nie – odpowiedziałam
– Nie biegniesz? – zabrzmiało jakby moja wcześniejsze słowa kogoś rozczarowywały. To pytanie usłyszałem w przeciągu kilku minut jeszcze kilkanaście razy. Nie wiem czy brzmiałam niepewnie. Nie wiem czy wyglądałam nad wyraz dobrze, że jakby oczywistą sprawą będzie, że ruszę dalej. Przecież czasu było wystarczająco. Na szczęście nie musiałam się zbytnio wysilać by to argumentować. Odpowiadałam – kolano mi spuchło. Właściwie wystarczało na nie spojrzeć. Zarys stawu przestawał być widoczny. Usiadłam na krzesełkach. Pokazać musiałam obowiązkowe wyposażenie. Miałam dużo więcej niż to co trzeba było: dowód, folia NRC, telefon, kubek, czołówkę, kurtkę, chustę typu Buff i mapę. Choć mapa, to zdecydowanie rzecz, którą po prostu miałam. Za bardzo do użytku się nie nadawała po 10 godzinach deszczu. Mimo to dalej poszła w świat. Siedzący obok mnie zawodnik spytał się czy może ją zabrać. Brakowało mu tego w niezbędnym ekwipunku. Drugi siedzący obok zaczął zagadywać od słów – przepraszam za tę butelkę. W jego głosie dało się wyczuć lekki strach.
– Nie mnie przepraszaj – zaczęłam. To organizatora powinieneś przeprosić – dodałam wiedząc, że ta rozmowa zmierza donikąd po jego zachowaniu na trasie. Widziałam, szykuje się by ruszyć w dalszą drogę. Tyle, że skrót DSQ mógłby pojawić się w każdej chwili przy jego nazwisku. Zresztą dziś widzę w wynikach ukończył niewiele przed limitem. Miał siły pokonać 240 km, a problem stanowiło „dźwiganie” pustej butelki przez maksymalnie 15 km do kolejnego punktu. Nawet wcześniej znalazłby się śmietnik. Około 2 km za punktem odżywczym, będącym jednocześnie pierwszym przepakiem w Długopolu wolał zostawić pustą butelkę po właśnie wypitej coli na polanie. Zrobił to jakby było to czymś normalnym. Na zwróconą przeze mnie uwagę – kolego nie śmiecimy, odburknął coś pod nosem. Wrażenia nie zrobiły nawet słowa zawodnika obok mnie – wiesz, że możesz zostać za to ukarany. Schował tylko numer startowy pod koszulkę z tyłu. Jakby celowo nie miał być widoczny. Chyba zapomniał, niżej jest jeszcze imię i nazwisko. Nie, nie zamierzam nikomu odbierać realizacji marzeń, ale często staję też po drugiej stronie – organizatora. Za takich biegaczy niedługo zaczniemy mieć problemy z organizacją imprez w parkach. Jeszcze rozumiem, gdyby komuś wypadło przypadkiem coś, ale po zwróceniu uwagi nie miał problemu z podniesieniem. Miał halucynacje podczas drugiej doby, że widzi tu śmietnik. Tez zawodnik zrobił to celowo, jak wspomniałam, traktując to jak codzienność. Jak dla mnie ultra to coś więcej niż pokonany dystans, to powinno być zamiłowanie i szacunek do natury.

Jadąc na Dolnośląski Festiwal Biegowy na Bieg 7 Szczytów nie miałam żadnego konkretnego celu. Chciałam się z tym po prostu zmierzyć. Bez większej presji czy zobowiązań. Mimo, że planowałam go od dawna, był dla mnie zagadką. W ostatnim czasie dużo więcej pracowałam przy różnych projektach poza codziennymi obowiązkami, tym samym bieganie było bardzo nieregularne. Z drugiej jednak strony, dzięki realizacji pomysłu na nieoficjalną Koronę Szlaków Pomorskich PTTK na biegowo, realizowaną zazwyczaj nocami ze względów czasowych, byłam obiegana z lasem i trudnymi warunkami.

Inni zawodnicy w pobliżu na punkcie zaczynali analizować limity. Zapas czasu był spory na pokonywanie kolejnych odcinków. Kusiło, by ruszyć dalej. Czworogłowy czy łydki nie bolały zupełnie. Czułam się naprawdę dobrze jak na dystans, który już pokonałam. Nabierałam ochoty z każdą kolejną minutą by ruszyć w stronę Strzelińca. Zupełnie jakbym zapomniała dlaczego zamierzałam kończyć bieg. Nawet gdzieś tam z tyłu głowy przypomniałam sobie, w plecaku mam przecież bandaż elastyczny. Ból jakby zelżał… Na szczęście po chwili przytomnie w wewnętrznej wojnie odezwał się rozum – Ej głupia, pamiętasz gdzie prowadzi ambicja za wszelką cenę? Nie idź tą drogą „muszę”. Robiąc coś dla siebie powinno być – „chcę”. Przecież już tam byłaś, mówiłaś, że nie chcesz wracać. Ciesz się, ze swojej 130 km przygody. W końcu to aż 130 km za tobą. Możesz zrobić krok za daleko, cena jest wysoka- zdrowie. To kolano już swoje przeszło. Dwukrotnie otwierane. Chcesz znów zastanawiać się i żyć codziennie nadzieją, że wszystko będzie dobrze? Znajdziesz w sobie znów tyle determinacji? Wystarczyło. Już byłam pewna, nie ruszam dalej i jest to najlepsza decyzja. Pojawił się uśmiech. Czeka na mnie medal za 130 km. Mogę świętować niezapomnianą przygodę.

„(…) Życie to jednak nie tylko przekraczanie granic, lecz także poznawanie świata i samego siebie. Zatrzymanie się w drodze też jest ważne. Chodzi o to, by przekraczanie granic nie stało się nawykiem, czymś neurotycznym, bo wtedy nie służy odnalezieniu siebie czy biegunów, tylko zaspokajaniu uzależnienia”~Marek Kamiński „Alfabet”

Bieg 7 Szczytów startował w czwartkowy wieczór z Lądka-Zdrój. Limity są spore, na tym dystansie nie można było być pewnym jednak niczego. Słuchając rad Janka, który do mety dotarł w roku ubiegłym – miałam zacząć jeszcze wolniej niż wydaje mi się, że jest już dość wolno. Postanowiłam nie włączać zegarka. Dając sobie w pełni swobodę oderwania od liczb. Stałam zatem gdzieś na końcu stawki wyczekując wielkiego odliczania. Nie było specjalnie stresu. Była wielki luz, jakiego dawno nie czułam. Pewnie dlatego, że nie byłam świadoma, swoim startem zapewnię nieprzespaną noc Przyjaciołom i znajomym, którzy niemal co chwila odświeżać zamierzali wyniki, tym bardziej nie sądziłam, że dostarczę im tylu emocji przed monitorem. Niepewności i radości, gdy szukali mnie na dotychczasowym miejscu, a ja przeskakiwałam nawet o 20 oczek na odcinku do przodu.

3…2…1…start. Ruszyliśmy w dźwięku dzwoneczków, oklasków, okrzyków. Co jakiś czas słyszałam swoje imię, odwracałam się, zadziwiają się, że tyle znajomych zajechało do Lądka. Klimatycznego miejsca, ale jednocześnie strasznie zaniedbanego. Wystarczy odrobinę odejść od okolic parku zdrojowego by znaleźć się w miejscu w którym widok szyb zabitych deskami jest czymś normalnym. Gdzie wręcz unosi się zapach starości. Tu jakby czas się zatrzymał kilkanaście lat temu. Zresztą wspólnie z Hanią Sypniewską i Jankiem Pobłockim przyjechaliśmy tu już we wtorek. Starsi panowie w koszulach czy wystrojone panie dominowały na ścieżkach parku – kuracjusze. Biegacze nie zdążyli opanować jeszcze terenu. Właściwie spotkaliśmy tylko Andrzeja Zyskowskiego z żoną, spędzając miły wieczór na pogaduchach o przygodach na trasach ultra. Poza porozwieszanymi plakatami, nic nie wskazywało na to jak bardzo zmieni się klimat tego miejsca, a butelka coli stanie się przez moment towarem deficytowym w miejscowym sklepie.

Nie pobiegliśmy za wiele. Droga zaczęła prowadzić w górę asfalcie. Niemal wszyscy w tym samym momencie jak na rozkaz przeszli w marsz. Poruszając się w dość zwartym szyku. Było bardziej niż pewne, że z każdym kolejnym kilometrem stawka się mocno rozciągnie. Z asfaltu oznaczenia kierowały wgłąb lasu na bardziej strome podejście. Na którym należało uważać na korzenie i kamienie. Ktoś spytał jaki czas planuję? Żaden odpowiedziałam. Chciałam dodać – stosuję taktykę szalonego, niezwykle skromnego i wytrzymałego kolegi Andrzeja, który zawsze na wycieczkach powtarza – z szacunkiem do każdego kilometra. W górę, by po chwili zacząć odrobinę zbiegać. Między głazami, po głazach. Nikt nikogo nie pospieszał dając szansę na bezpieczne postawienie kroków. W takim terenie jeden zły krok może zakończyć całą zabawę.

B7S

Znów można było biec. Więcej wypłaszczeń, leśnych odcinków. Chwilami pod górę. Wyglądem teren przypominał mój ukochany TPK w Trojmieście. Nie wiem ile kilometrów miałam za sobą. Szacując po starcie byłam gdzieś w połowie stawki. W limitach powinnam się spokojnie zatem wyrobić. Tak też było. Na pierwszy punkt pomiarowy na Przełęczy Gierałtowskiej wbiegłam po ok. 1,5 godzinie. Był to 10 km trasy. Brawa od kibiców i szybkie uzupełnienie wody. Właściwie dolałam tylko brak do softflaska. Było ciepło, duszno. Starałam się pilnować picia – łyków sstematycznie. Odrobinę wlałam też do kubka izotonika by napić się na miejscu.. Kubek miałam zawsze pod ręką, trzymałam go w bocznej kieszeni plecaka. Ostrzegali mnie przed startem, by pić izo ostrożnie. Skarżyli się na niego w poprzednich latach. Poza tym to zwykłe ohydztwo – dodawali. Dotąd sensacje żołądkowe to jednak rzadkość u mnie, więc pokusiłam się zaryzykować. Bleee – mogłam powiedzieć po kilku łykach. Nie wiem z czym to rozrabiali, jak to rozrabiali, ale było to jedno z największych świństw jakie piłam. Jakieś takie smakowo pomieszane słodkie z kwaśnym. Na okropność smaku narzekało kilku zawodników obok mnie, którzy pokusili się napełnić nim swoje butelki. Niesmak pozostał, a żołądek nie zaakceptował zbytnio tego co przyjął. Dobrze, że było pod górę, bo bieg nie sprzyjał bulgotaniu w żołądku. Kolejny punkt czekał za 22 km. Ta miało być dostępne także jedzenie.

Poruszaliśmy się granicznymi ścieżkami z Czechami na odcinku Sudetów Wschodnich. Powoli zaczynało się ściemniać. Mimo pojawiających się chmur w oddali ujrzałam czerwień przypominającą o wyciągnięciu czołówki. Nawet nie wiem kiedy zrobiło się ciemno.  W oddali zaczynało błyskać. Na początku myślałam, to aparat. Po chwili kolejne błyski przecinały niebo. Wyglądało to pięknie. Nawet głośno wypowiedziałam – WOW! Wiązka światła w sekundach kierująca się w stronę ziemi. Pewnie gdyby było to bliżej, nie byłoby tak do śmiechu. Nieco dalej ktoś stał i klaskał. Pewnie normalnie nie zwróciłabym na to zbytnio uwagę, gdyby nie słowa – „Ooo Agata”. Okazało się, że Marcin z ekipą przyjechał tu turystycznie. Z dróg górskich wbiegliśmy na asfalt. Prowadzący w dól. Można było puścić nogi. Droga nieco kręciła. Stawka rozciągnęła się na tyle, że światła czołówek innych zawodników widziane były sporadycznie. Doganiałam kolejne osoby. Szacując czasowo po godzinach i czuciu swojego biegu pod katem tempa, powinnam się zbliżać do kolejnego punktu. Właściwie nawet nie wiem kiedy zaczęło padać.

Zwiększyłam zapas do limitu. Gdzieś cały czas miałam w głowie – zjem arbuza. Jakie to było moje rozczarowanie, gdy usłyszałam – już nie ma. Niektórzy nagryzali resztki z nadzieją, że jeszcze odrobinę zaspokoją swoje pragnienie. Chwyciłam pomarańcze – sucha. Uzupełniłam wodę, chwyciłam kilka żelków i pędziłam dalej. Spojrzałam na rozpiskę, kolejny punkt za 15 km, może tam załapię się na arbuzy? Przecież za mną są jeszcze zawodnicy, a tu ich na serio nie ma? Obsługa przesympatyczna, robiła co mogła, nie mogłam mieć do nich żalu, choć kilka słów krytyki na brak uszło w rozmowie z innymi biegaczami za punktem. Czekała nas najżmudniejsza wspinaczka na Śnieżnik, najwyższy punkt na trasie, pokusiłabym się o słowo – najtrudniejszy z biegu. Mimo dobrego samopoczucia mięśniowego, wzięło mnie na wymioty. Zatrzymałam się na chwilę. W oddali usłyszałam Janka i Hanię. Ich widok mnie bardzo ucieszył.
– Jak tam? – spytali.
– Żołądek mi muli – odpowiedziałam.
– Co, wypiłaś izo? – zapytał. Pokiwałam głową. A mówiłem, ostrzegałem, nie pij – tylko wspomniał.
Mówił, ale jakoś tak ciągnąć większość dystansu o samej wodzie nie wydawała mi się być dobrym pomysłem. Sam się przyznał też wziął łyka.

Może pomógł chłód, który docierając na coraz wyższe wysokości dało się czuć. Żołądek wreszcie uporał się i przestawał dawać o sobie znać. Za to deszcz nie pozwalał zapomnieć o swoim istnieniu. Dobrze się zaczynałam czuć, zaczęłam więc doganiać tych przede mną. Nasza droga jest chyba najkrótszą na szczyt, ale zarazem najtrudniejszą. Po kamienistych podejściach czekały błotnisto-bagniste odcinki. Początkowo skupiałam się na obserwowaniu gdzie podążają zawodnicy przede mną i naśladowaniu ich ruchów. Tyle, że błota było coraz więcej. Wyprzedziłam ich, starali się kroczyć jakby za mną. Zaczęłam się zastanawiać czy im napomknąć, że Przyjaciele żartują – za mną lepiej nie chodzić, zawsze wejdę w największe błoto. Dwa razy wyciągnięcie buta wymagało użycia większej siły. Bawiłam się przy tym jednak niesamowicie. Zupełnie jak dziecko – jak też dodali by Przyjaciele.

Zaczynało wiać coraz bardziej. Zawodnik przede mną zatrzymał się. Poprosił o wyciągniecie rękawków, ostatecznie kurtki. To, jak wszyscy sobie pomagali na trasie skradło moje serce do tej imprezy. Niewiele przyspieszyłam. Nie pasowała mi droga i brak oznaczeń, odrobinę zeszłam ze ścieżki. Mgła rozpraszała światło czołówki. Widoczność była kiepska. Dołączyłam do podążających. Zaczęliśmy rozmawiać. Wszystko od słów zawodnika, któremu chwilę wcześniej pomogłam wyciągnąć kurtkę – jak to dobrze, że nie wszystkie kobiety zapierniczają. Z uwagi na kamienie i korzenie droga nie była zbyt przyjazna. Zrobiło się wręcz odrobinę niebezpiecznie.
– Jak tak dalej będzie – rezygnuję – usłyszałam. W domu czeka żona, dziecko, nie będę ryzykował – padło po chwili. Przestawaliśmy być pewni czy jesteśmy na właściwej ścieżce, szukaliśmy oznaczeń. Rozumiałam w pełni słowa chęci zaprzestania rywalizacji. Sport dla wielu jest dodatkiem do życia, a traktują go nazbyt priorytetowo.

Krok za krokiem udało się dotrzeć na szeroką ścieżkę. Nogi same się rwały, usłyszałam, że zostało ok. 1,2 km do punktu. Zapas do limitu tylko rósł. Uzupełniłam wodę, nacieszyć się mogłam smakiem arbuzów, a także kawałków szynki. Było coś koło 3 nad ranem. Przez deszcz i chmury panowała ciemność. Niewiele myśląc biegłam zameldować się na kolejnym punkcie. O ile lubię na startach samotność, to teraz jakby odrobinę mnie niepokoiła. Biegłam asfaltem przez wioskę. Na szczęście psów nie było słychać. Mam do nich uraz, mimo, że lubię zwierzęta. Gdzieniegdzie tylko wpatrywały się we mnie ślepia – koty. Rad drogę przede mną przeciął jakby lis. Bynajmniej kontur najbardziej zbliżony był do tego stworzenia. Wg profilu trasy to miał być jeden z przyjemniejszych odcinków. Wystarczyło dotrzeć do Maria Śnieżna, a po nim czekała już tylko łagodna droga w dół, no może prawie łagodna, bo miejscami panujące warunki pogodowe przekształcały zabawę w taniec na błocie.

Z drogi asfaltowej czekało wejście do lasu. Nikogo przede mną, nikogo za mną. Może poczekać na kogoś? – pomyślałam. Przecież nocne bieganie po lesie nie jest mi obce – przekonywałam sama siebie. Tu jak nic zaczynała działać adrenalina, bo przyspieszyłam. Trochę jakbym bała się odrobinę tej samotności w ciemnym lesie. Po kilku kilometrach dogoniłam kolejnych zawodników. Od razu zrobiło się raźniej, zresztą zaczynało się powoli rozjaśniać. Mimo, że wciąć padało. Z lasu po kawałku utwardzonej ścieżki kierowaliśmy się na pole. Nasiąknięte wodą. Od razu poczułam zimno z przemoczonych butów. Kolejnym punktem, jednocześnie przepakiem (miejscem, gdzie można było zostawić swoje rzeczy) było Długopole. Nazwa zdecydowanie pasuje do drogi, która tam prowadziła. Znów wyprzedzałam, śmiejąc się do zawodników – cola na mnie czeka, tam ją przekazałam. Słysząc jednocześnie – kobieta nas wyprzedziła, wstyd, wzięlibyśmy się w garść.

Na 64 km przywitał mnie Zwolo, od razu zobaczyłam plakat Ultramaratonu Kaszubskiej Poniewierki i buzia uśmiechnęła się sama. Niczego na tym punkcie nie brakowało. Mieli colę, herbatę, która była niemal spełnieniem marzeń. Nie rozsiadałam się zbytnio, choć część zawodników już tak robiła. Zerknęłam na profil, kolejny odcinek to znów 17 km. Zaraz po wyjściu na drogę usłyszałam – dziewczynko, nie jest ci zimno? Nie – odpowiedziałam stanowczo. Mrucząc pod nosem – nawet jeśli, to przecież to mój problem.

– Chodź, będę miał towarzystwo, zawsze to przyjemniej – padło ze strony zawodnika. Po czym znów usłyszałam, czy nie jest mi zimo. Sugerowałam by przyspieszył, leciał swoje. Troska, troską, ale nadmierna działa irytująco na mnie na biegu. Zebrało się na szczęście jeszcze kilka osób, ostatecznie znów przyspieszyłam. Tu też wspomniany na początku zawodnik, postanowił pozbyć się „ciężaru” pustej butelki. Czułam się świetnie, droga prowadziła w górę, a ja tylko przyspieszałam, co jakiś czas włączając się w sympatyczne rozmowy z innymi na trasie. Na Jagodną wiodła szeroka ścieżka. Mijani biegacze pytali czy mi tak dobrze bez kijków? Właściwie, to nie miałam ich, bo przed startem połamały się. Pilnowałam też tego, by pracować pośladkami, a nie kręgosłupem. Ze szczytu rozpościerał się piękny krajobraz. Wciąż trasa była przyjazna. Pozostało w dół, znów zaczynałam przebierać nogami szybciej. Na punkt na 81 km wbiegłam na luzie, zadziwiając chyba samych obecnych tam GOPRowców. Rosół? Pierogi z jagodami? Tych przysmaków można tu było uraczyć. Z tego wybrałam tylko herbatę/arbuzy no i colę. Co prawda później słyszałam, mogę żałować pierogów. Nie wiedziałam jednak co na to mój żołądek, wolałam by nie przypominał sobie początkowych kilometrów. Po zbiegu ze stoku w lesie czekało błoto, sporo błota.

Swoim samopoczuciem zaskakiwałam sama siebie. Nie bolało mnie mięśniowo kompletnie nic. Znów wskoczyłam na asfalt. Podjechali ratownicy, spytali się czy wszystko ok. Tak – odpowiedziałam wciągając żela. W dół biegłam, mając w głowie – kolejny punkt na 100 km. Czesi nie byli zadziwieni naszym widokiem. To w ich terenie właśnie przemierzaliśmy trasę. Doganiałam kolejne osoby, co jakiś czas spotkania przeradzały się w sympatyczne rozmowę. Poznałam Mirka, który uchodzić może już trochę za weterana imprezy. Ukończył bieg już kilka razy, ale zdarzało się, że i kończył gdzieś na trasie. Mówił, najgorsze za nami, już tak stromych podejść nie będzie. Do tego limit się nam wydłuża, będziemy już tylko zyskiwać na czasie – dodał. Słońce zdążyło osuszyć już ciuchy, a błoto wyschnąć na butach i skarpetach. Mirek przyspieszył, a jak postanowiłam utrzymać swoje tempo.

Wreszcie spotykałam ludzi – turystów. Na rowerach i pieszych, głównie byli to Czesi. Rozbawiały mnie też oznaczenia na trasie. Trzeba przyznać był to wzorowy element imprezy. Taśmy, strzałki, można było biec cały dystans bez mapy i tracka. Zaczęło się od „do odwodnienia jeden krok” tuż przy strzałce. Zadziałało motywująco. Od razu się napiłam. Dalej – „ale nuda”. Biorąc pod uwagę fakt zbliżania się do 100 km – bawiło. Nie zabrakło też „ciśnij dziadu” – chyba. Moja reakcja była jak to typowej kobiety – no tak, a o startujących kobietach to już zapominają, że im się motywacja należy. Po czym zaśmiałam się sama ze swoich myśli. Kilkaset metrów dalej było i „ciśnij babo”.

Na 100 km w schronisku Masarykowa Chata zameldowałam się ze sporym zapasem. Obsługa dała znać, że za mną jest jeszcze sporo osób. Liczne grono zrezygnowało też ze zmagań gdzieś wcześniej. Mogę się też załapać na ciasto, czekają pyszne kawałki sernika. Nie odmówiłam. Kolejne kilometry też miały być przyjemne, choć odrobinę nudne. Zaczynała czuć pieczenie pod stopą. Chyba ją sobie odparzyłam, nie zamierzałam jednak do niech chwilowo zerkać. Na 130 km czekały świeże skarpetki i buty. To, że tam dotrę wydawało mi się niemal oczywiste z ok. 3 godzinami do limitu. Z każdym kolejnym kilometrem stopa dawała o sobie znać coraz bardziej. 12 km, tyle mierzył odcinek do Jamrozowej Polany z punktem pomiarowym, wydawało się to być bardzo mało. Zresztą sporo z górki. W miarę zbliżania zaczynałam rozważać koniec zmagań na 130 km. Na 112 km w punkcie wypiłam herbatę i zaprzyjaźniłam z półmiskiem oliwek. Po chwili wbiegła Hania Sypniewska, dałam jej znać, dokucza coś mi stopa, chyba zakończę w Kudowej. Miała się świetnie. Była niezwykle zmotywowana. Janka zostawiła gdzieś wcześniej na trasie. Powiedziałam Jej niech leci. Do Kudowy zostało 18 km. Tylko coś zaczynało się dłużyć. Kawałek za Dusznikami nie wytrzymałam. Usiadłam sprawdzić o co chodzi ze stopą. Okazało się, po raz pierwszy nabawiłam się kalafiora, dokładając 2 pęcherze, ucisk wywoływał ból. Nasmarowanie kremem nieco pomogło. Dogonił mnie Janek z ekipą. Mówi, że Hanię to goni już tak od 81 km. Wspomniałam mu, dam radę, na pewno do kolejnego punktu. Na otwartej przestrzeni południowe słońce dawało się we znaki. Na jednym ze zbiegów oszczędzając stopę noga lekko odjechała, poczułam kolano. Wystarczył kolejny kilometr by pojawiła się opuchlizna. Pozwoliłam sobie na przerwę, starając się nie myśleć co dalej, a o tym jak piękne widoki są dookoła. Wszystko szło pięknie. Nic mnie poza tym nie boli, więc dlaczego teraz? Zaczęłam lekko kuleć. Dobiegł do mnie biegacz.
– Chcesz moje kijki? Widzę, że kulejesz nieco. Mi się już zbytnio nie przydadzą na końcówce. Skorzystałam z propozycji.
– Wiesz ile do mety? – spytałam.
– Z jakieś 6,5 km – wspomniał. Będą jeszcze pola, a potem asfalt już do Kudowy.

Pola, i strome podejścia jakby wydłużyły odrobinę drogę. Na kolejnych kilometrach kolano spuchło jeszcze bardziej. Trzeba jednak przyznać, nie bolało tragicznie. Zdążyłam zapomnieć o stopie. Kuleć zaczęłam pewnie trochę samoistnie chcąc odciążyć nogę. Kudowa to trochę zaprzeczenie Lądka. Tu wszystko żyje i jakby bardziej zadbane. Czy byłabym w stanie ruszyć dalej? Pewnie tak. Nie zamierzam nad tym jednak rozmyślać. Świetne samopoczucie i brak bóli mięśniowych pozwolił wykorzystać urlop w pełni na zabawie czy spacerach z najmłodszymi z rodziny bez zdychania gdzieś na łóżku. Zresztą roznosiła mnie energia już dzień po biegu. Lądek i DFBG ma jednak w sobie magię o której mówi tak wielu. Chce się tu wracać, ja wiem, że wrócę. Wizyta u Oli Przytulskiej FizjoLab, pod której stałą opieką jestem, po powrocie potwierdziła, jest dobrze, a praca nad całym ciałem przyniosła efekty. Nauczyłam się inaczej rozkładać ciężar. Już czworogłowy czy kręgosłup nie biorą całego obciążenia na siebie. I to jest chyba największy sukces. Stan mięśni sugerował, pociągnęłabym dalej, ale… podjęłam własną decyzję z której jestem zadowolona. Choć wciąż drzemie we mnie szaleństwo, ciekawość i chęć stawiania kolejnych wyzwań, realizuję czasem ryzykowne pomysły, wyruszam czasem po prostu na szlak w nieznane, to jednak nauczyłam się słuchać własnego organizmu, znam cenę zdrowia. Wnioski z dotychczasowych życiowych lekcji wyciągnięte. Kiedyś walczyłam o wynik, czy miejsce. Teraz podążam inną biegową drogą – przygody. Nie wykluczam, że kiedyś powrócę do chęci walki o nową życiówkę. Nie widzę nic złego, w tym, że ktoś chce walczyć o wynik do czasu, dopóki czerpie z tego radość, no i robi to z głową. Właściwie to temat na dłuższą rozprawkę. Na koniec usłyszałam, mogłam od razu lecieć 130 km stałabym na podium. Nie dla podium biegam – odpowiedziałam. Biegam, bo mogę się w tym realizować, poznawać wyjątkowych ludzi i sprawia mi to najzwyczajniej satysfakcję.

Łzy szczęścia i tak popłynęły, gdy Hani i Jankowi udało się dobiec na metę 240 km. Dla Hani była to trzecia próba i kibicowałam im z całego serca.

Fot.

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *