Urodziny w wersji ultra – debiut Izy na Ultra Mazury

Przebiec pierwszy bieg ultra i zrobić sobie tym samym urodzinowy prezent? Czemu nie, w końcu kiedyś trzeba spróbować, a teraz nadarzała się ku temu idealna okazja. Zainspirowana sukcesami Agaty (Biegowy Świat) na Biegu 7 Szczytów, postanowiłam porzucić wszelkie obawy przed długim dystansem i po uzyskaniu zgody męża zapisałam się na Ultra Mazury. Bieg który w tym roku odbywał się dokładnie
w dniu moich urodzin, czyli 12 sierpnia.

Przed startem. Od lewej: Hania, Iza, Beata, Agata i Janek

W tym dniu odbywały się jeszcze 2 inne biegi ultra, o których marzę: Chudy Wawrzyniec i Gorce Ultra Trail ale z racji odległości i trudności trasy Ultra Mazury były najlepszym wyborem na debiut. Nie bez znaczenia był też fakt, że na tą imprezę byli zapisani już moi znajomi, z którymi już od prawie roku przemierzam biegowe ścieżki w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym na wycieczkach organizowanych przez Agatę Masiulaniec (Biegowy Świat) oraz Nocnym Bieganiu z Wilkami i Czołówkami organizowanymi przez Sfora Pomorze. Tak więc, wyruszyliśmy raźną 4 osobową ekipą – Marcin, Agata, Beata i Ja – w piątkowe popołudnie ku wspólnej przygodzie.

Na miejscu w Starych Jabłonkach przywitała nas cudowna pogoda, plaża pełna była biegaczy odbierających swoje pakiety startowe w pobliskim namiocie, a w powietrzu czuć już było przedstartowe emocje. Dołączył do nas też Andrzej, który przyjechał wcześniej z żoną. Po odebraniu naszych pakietów i napełnieniu brzuszków na przepysznym Barilla Party (do wyboru było kilka rodzajów makaronów, każdy w innej odsłonie: z kurczakiem, z łososiem, z suszonymi pomidorami i oliwkami, z grzybami leśnymi i jeszcze kilka innych) udaliśmy się na salę, na której mieliśmy spędzić noc razem z setką innych biegaczy. Marcin i Agata postanowili spędzić noc pod chmurką i podziwiać piękno mazurskiej nocy nad jeziorem. Agata, Beata i Andrzej startowali na trasie U100, która starowała o 3 rano, więc czekała ich pobudka już o 1.30. Ja i Marcin mogliśmy pospać do 4.30, gdyż trasa U70 startowała o 6 rano.

No i nadeszła ta długo wyczekiwana chwila – start biegu na 70km. Początkowo, nie miałam większych planów na ten bieg. Od jakiegoś czasu męczyła mnie łydka, w której naciągnęłam nieco mięsień i bałam się czy w ogóle uda się dobiec do mety. Wystartowaliśmy wspólnie z Marcinem i Moniką, którą poznałam dzień wcześniej na Barilla Party – to był również jej debiut w Ultra. Rozpoczęliśmy spokojnie, gdzieś w drugiej połowie stawki. Po paru kilometrach, które biegło mi się wprost wyśmienicie, w głowie zaczął kiełkować plan aby spróbować utrzymać tempo pomiędzy 6-7min/km jak najdłużej się da,
a potem się zobaczy. Tym sposobem odłączyłam się od moich współtowarzyszy. O Monikę byłam spokojna – wiedziałam, że Marcin chce pobiec spokojnie i na pewno będzie ją wspierał.

izabela Szczupakowska
Fot. Ania Konopka

Wspaniała okolica, lasy i jeziora sprawiły, że biegło mi się tak dobrze, iż punkty kontrolne na 10 i 25km minęły nie wiem kiedy. Na każdym chwytałam po parę cząstek arbuzów i pomarańczy oraz bananów, uzupełniając tylko płyny i ruszałam dalej. Strategię miałam taką, aby każdy, nawet najmniejszy podbieg, który wydawał się z pozoru płaski pokonywać marszem; na prostych biec założonym wcześniej tempem, a na zbiegach pełen luz. Od jakiegoś już czasu, jak się później okazało aż do mety, biegliśmy w miarę stałej grupce, która to się rozciągała pomiędzy punktami żywieniowymi, by znów złączyć się razem na „popas” na kolejnym punkcie, w tym również Agata i Kasia, które ostatecznie okazały się lepsze.

Problemy rozpoczęły się po opuszczeniu 2 punktu, kiedy pojawiły się skurcze palców w lewej stopie. Na szczęście udało się je szybko „ugasić”, korzystając z pomocy okolicznych drzew. Co było bardzo budujące, wszystkie osoby, które akurat były w niewielkiej odległości od razu ofiarowywały swoją pomoc i z troską pytały czy wszystko jest w porządku. Dzięki wielkie Ultrasi i Ultraski! J Piękne było też wsparcie okolicznych mieszkańców, którzy zorganizowali spontaniczny punkt chłodzenia, złożony
z wiader i misek z zimną wodą, do których dołączony był kubeczek do polewania. Dziękujemy – oczywiście skorzystałam, bo słonko zaczęło już delikatnie doskwierać J.

Ale to był dopiero przedsmak, bólu który miał nadejść. Po opuszczeniu punktu 3, przed oczami miałam długą drogę prowadzącą do lasu, która nie zachęcała do biegu. Postanowiłam więc, że przejdę do marszu i zjem kanapkę. Posiłek w postaci konkretniejszej niż owoce dodał nowych sił i pełna energii chciałam powrócić do biegu, gdy ścieżka z przyjemnym dla oka nachyleniem zbliżała się do lasu. W tym właśnie momencie moje łydki postanowiły zastrajkować. Najpierw w prawej pojawił się delikatny prąd zwiastujący nadchodzący skurcz. Z początku myślałam, że jeszcze uda się to rozbiegać, że może za długo szłam ale po chwili już nie miałam złudzeń. Obie łydki przeszyły mocne skurcze, przypominające rażenie prądem, skutecznie zmuszając mnie do powrotu do marszu. Próby rozciągania niewiele pomagały, skurcze nie dawały za wygraną i po paru biegowych krokach powracały ze zdwojoną siłą. Tak więc toczyliśmy walkę wygrywając raz ja one, aż moim oczom ukazał się 4 punkt żywieniowy. To było moje najdłuższe i najbardziej bolesne 9,7km w życiu.

Wbiegam na punkt w Bajkowym Zakątku lub jak kto woli Guzowym Piecu, dziękując Bogu, że będę mogła choć chwilę ulżyć moim męczarniom i nagle słyszę jak ekipa „Ultramaraton Kaszubska Poniewierka” śpiewa głośne „100 Lat”. Po chwili dociera do mnie, że to chyba dla mnie śpiewają, mało tego czekają na mnie z otwartym szampanem (Picollo). Były życzenia, uściski i dużo śmiechu. Taką właśnie niespodziankę sprawili mi moi biegowi przyjaciele – jeszcze raz dziękuję Wam bardzo, jesteście wspaniali! Zaskoczenie i wzruszenie odebrało mi mowę ale z ogromną radością, niczym kierowca Formuły 1 po wygranym wyścigu, przejęłam butelkę z szampanem aby wzniecić nieco fontanny. Było pięknie J.

Pozytywne emocje sprawiły, że na dłuższą chwilę zapomniałam o bólu w łydkach sponiewieranych skórczami. Rozciągnęłam się porządnie i wtedy przypomniałam sobie, że koleżanka z biegów (Agata S. dzięki, uratowałaś mi życie) wspominała, iż jej brat ratuje się w takich sytuacjach solą, zwykłą solą. To może zadziałać, pomyślałam i zaaplikowałam sobie kilka cząstek pomarańczy i arbuzów ze sporą ilości soli. Czas było ruszać dalej – pełna obaw, wspólnie z Agatą i Kasią oraz paroma chłopakami, opuściłam punkt, do mety zostało już tylko i aż 22km.

Jakież było moje szczęście, gdy po przejściu do biegu okazało się, że nogi są jak nowe. Wiadomo, było zmęczenie ale mogłam normalnie biec. Nie wiem czy to zasługa dłuższego odpoczynku na punkcie i naładowania pozytywnymi emocjami, brak skurczów, czy też świadomość tego, że jest już tak blisko do mety, czy wszystko razem sprawiły, że dalszy odcinek trasy choć niełatwy minął dość szybko. Marzyłam już tylko o tym, by być na mecie, zanurzyć nogi w jeziorze i wypić zimne piwko, które obiecali organizatorzy. Robiłam więc wszystko, by zrobić to jak najszybciej. Jeszcze tylko okrążyć jezioro, na którego drugim końcu już widać i słychać metę i jest, nareszcie wymarzony koniec, ostatni zbieg i finisz. Niesiona dopingiem kibiców, szczęśliwa wpadam, właściwie wskakuję na metę. Wolnotariusze wręczają mi wymarzone piwko, pojawiają się Agata i Kasia, które przybiegły wcześniej – gratulujemy sobie nawzajem. Cudowna chwila! J Jeszcze tylko sprawdzenie wyników – czas 09:00:49 i 7 kobieta na mecie. Jestem bardzo zadowolona.

Po biegu było jeszcze oczekiwanie na przyjaciół z trasy U100 (Beatę, Andrzeja i Agatę) oraz Monikę i Marcina – wszyscy dobiegli szczęśliwie z doskonałymi czasami, a potem lody i Garden Party z pysznymi potrawami z grilla. Dla chętnych był jeszcze basen i SPA ale my nie skorzystaliśmy. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.

Ultra Mazury to świetnie zorganizowana impreza. Polecam ją wszystkim, którzy zastanawiają się czy wystartować w niej za rok. Wspaniałe krajobrazy, leśne ścieżki które uwielbiam, bardzo dobrze oznaczona trasa, cudowna atmosfera, troskliwi wolnotariusze, przyjaźni mieszkańcy i przepyszne jedzenie przygotowane przez kucharzy z Hotelu Anders – to wszystko sprawia, że na pewno kiedyś tu wrócę. Na 100km oczywiście!

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *